"W słusznej sprawie" - читать интересную книгу автора (Katzenbach John)

Rozdział piąty

PONOWNIE W CELI ŚMIERCI

Dziennikarze wkraczają niekiedy w pewną strefę, przestrzeń – omijają muszkę i trafiają w sam cel. Wszelkie inne sprawy codzienne zacierają się, a zebrany materiał zaczyna przybierać w wyobraźni konkretne kształty. Luki w fabule, niekompletne fakty, które należy uzupełnić, ukazują się w pełnym świetle; dziennikarz uzupełnia wszystkie elementy artykułu, jak grabarz rzucający na wieko trumny zgarnianą łopatą ziemię.

Matthew Cowart dotarł do tej strefy.

Niecierpliwie stukał palcami po pokrytym linoleum blacie stołu, czekając, aż sierżant Rogers przyprowadzi Fergusona do sali widzeń. Podróż do Pachouli napełniła go energią pytań i odpowiedzi. Artykuł już na wpół powstał w jego umyśle; nastąpiło to w chwili, gdy Tanny Brown gniewnie przyznał, iż Wilcox uderzył Fergusona. To niewinne przyznanie się rozpostarło całą panoramę kłamstw. Cowart nie wiedział, co dokładnie zaszło pomiędzy detektywami i ich ofiarą, ale wiedział, że było wystarczająco dużo pytań, aby uzasadnić jego artykuł i prawdopodobnie, żeby ponownie rozpatrzyć sprawę. Teraz pragnął nowych składników. Jeśli Ferguson nie zabił dziewczynki, to kto to zrobił? Gdy Ferguson stanął w drzwiach z nie zapalonym papierosem wystającym z ust i naręczem dokumentów sądowych, Cowart omal nie skoczył na równe nogi.

Uścisnęli sobie dłonie i Cowart przyglądał się, jak Ferguson sadowi się na krześle na przeciwko niego.

– Będę na zewnątrz – powiedział sierżant, zamykając dziennikarza i skazańca w małym pomieszczeniu. Rozległ się trzask przekręcanego zamka. Więzień uśmiechał się, nie z zadowoleniem, ale kołtuńsko i przez krótką chwilę Cowart, porównując uśmiech, który widział przed sobą, z lodowatą złością, jaką wyrażały oczy Tanny’ego Browna, poczuł niezdecydowanie. Po chwili to uczucie minęło, a Ferguson rzucił swoje akta na stół, który pod ich ciężarem wydał stłumiony łoskot.

– Wiedziałem, że pan wróci – powiedział Ferguson. – Wiedziałem, czego się pan tam dowie.

– I jak się panu wydaje, czego się dowiedziałem?

– Że mówiłem prawdę.

Cowart zawahał się i postanowił osłabić nieco pewność siebie więźnia.

– Dowiedziałem się, że część z tego, co pan mówił, była prawdą.

Ferguson natychmiast się najeżył.

– Co, do diabła, ma pan na myśli? Nie rozmawiał pan z tymi gliniarzami? Nie widział pan tego miasteczka wsioków? Nie dotarło do pana, co to za mieścina?

– Jeden z tych wsiowych gliniarzy jest czarny. Nie powiedział mi pan o tym.

– Co, myśli pan, że dlatego iż ma ten sam kolor skóry co ja, natychmiast jest w porządku? Sądzi pan, że to mój brat? Że nie jest takim samym rasistą, jak ten jego zasrany współpracownik? Gdzieś pan był, Panie Dziennikarzu? Tanny Brown jest gorszy niż jakikolwiek inny wsiowy szeryf. Przy nim wszyscy inni gliniarze z głębokiego Południa wyglądają jak grupa zranionych serduszek ze Związku Chrześcijan. Jest biały aż po serce i duszę, i jedyna rzecz, jakiej nienawidzi bardziej niż siebie samego, to ludzie o takim samym kolorze skóry. Niech pan o to popyta. Niech pan się dowie, kto jest największym rzeźnikiem w Pachouli. Ludzie panu powiedzą, że to ta świnia. Jestem pewien.

Ferguson zerwał się z krzesła. Chodził po celi uderzając pięścią w otwartą dłoń; ostre klaśnięcia podkreślały jego słowa.

– Nie rozmawiał pan z tym starym prawnikiem, który mnie sprzedał?

– Rozmawiałem z nim.

– Rozmawiał pan z moją babką?

– Tak.

– Nie przejrzał pan akt?

– Za dużo tego nie mieli.

– Nie rozumie pan, dlaczego konieczne im było to przyznanie się do winy?

– Rozumiem.

– Nie widział pan tego rewolweru?

– Widziałem.

– Nie czytał pan tego zeznania?

– Czytałem.

– Pobiły mnie te skurczysyny!

– Przyznali, że uderzyli pana raz albo dwa…

– Raz albo dwa! Chryste! To dobre. Pewnie powiedzieli, że było to coś w rodzaju miłosnych poklepywań, co? Raczej małe nieporozumienie niż pobicie, czy tak?

– Tak z ich relacji wynikało.

– Skurwysyny!

– Spokojnie…

– Spokojnie! Niech mi pan powie, jak mam do tego podchodzić spokojnie? Te cholerne skurwysyny siedzą tam sobie i wygadują, co im się podoba. A mnie pozostają tylko mury i krzesło w perspektywie.

Ferguson podniósł głos i znowu otworzył usta, ale zamilkł i zatrzymał się gwałtownie na środku pokoju. Spojrzał na Cowarta, jakby starał się odzyskać spokój, który tak nieoczekiwanie go opuścił. Wydawało się, że starannie rozważa, co ma powiedzieć, zanim zaczął kontynuować.

– Wiedział pan, panie Cowart, że do dzisiaj rana mieliśmy szlaban? Wie pan, co to znaczy, prawda? – spytał Ferguson, wyraźnie starając się stłumić podniecenie brzmiące w głosie.

– Niech mi pan powie.

– Gubernator podpisał nakaz wykonania kary śmierci. Wszystkich nas trzyma się w celach przez dwadzieścia cztery godziny na dobę, aż minie ważność nakazu lub egzekucja zostanie przeprowadzona.

– Co się stało tym razem?

– Facet dostał jeszcze trochę odroczenia. – Ferguson pokręcił głową. – Ale balansuje na skraju przepaści. Wie pan, jak to się wszystko odbywa. Najpierw składa się wszelkie apelacje w oparciu o sprawę. Potem przechodzi się do poważnych zagadnień, jak zgodność kary śmierci z Konstytucją. Albo uprzedzenia rasowe przysięgłych. To ostatnie jest tutaj niezwykle popularne. Stara się wybronić na tej podstawie. Próbuje się wymyślić coś nowego. Coś, na co nie wpadły jeszcze te wszystkie prawnicze umysły. A przez cały czas tik-tak, tik-tak. Czas ucieka.

Ferguson podszedł z powrotem do krzesła, usiadł ostrożnie i skrzyżował ręce na stole przed sobą.

– Wie pan, co się dzieje z duszą, jak ogłaszają szlaban? Cała zamarza. Jest się w pułapce i czuje się każde tyknięcie tego zegara, jakby był zainstalowany w sercu. Czujesz się, jakbyś to ty miał umrzeć, bo wiesz, że pewnego dnia przyjdą i zarządzą szlaban, bo na nakazie wykonania wyroku śmierci będzie widniało twoje nazwisko. To tak jakby cię zabijali, powoli, tak żeby krew kapała kropla po kropli, aż wykrwawisz się na śmierć. Wtedy wszyscy w celach śmierci dostają szału. Niech pan spyta sierżanta Rogersa, on panu powie. Najpierw rozlegają się gniewne wrzaski i krzyki, ale to trwa tylko kilka minut. Potem w celach śmierci zapada cisza. Niemal słychać, jak ci faceci pocą się z przerażenia. Nagle coś się zaczyna dziać, jakiś drobny hałas przerywa ciszę i wszyscy znowu zaczynają krzyczeć, inni wrzeszczą. Jeden facet wrzeszczał przez dwanaście godzin, aż umarł. Szlaban wyciska z człowieka wszystkie zdrowe zmysły, pozostawia jedynie nienawiść i szaleństwo. Tylko to zostaje. A w końcu cię wyprowadzają.

Ostatnie zdanie Ferguson wypowiedział bardzo cicho, po czym wstał i znowu zaczął chodzić po pokoju.

– Wie pan, czego tak nienawidziłem w Pachouli? Jej spokoju ducha. Tego, jak była przyjemna. Jak cholernie przyjemna i spokojna. – Ferguson zacisnął pięść. – Nienawidziłem tego, że wszystko tam ma swoje miejsce i działa bez zarzutu. Wszyscy się znają i dokładnie wiedzą, co przyniesie im życie. Wstają rano. Idą do pracy. Tak, proszę pana, nie, proszę pana. Wracają do domu. Piją drinka. Jedzą obiad. Włączają telewizor. Idą spać. Następnego dnia robią to samo. W piątek wieczorem idą na mecz. W sobotę jadą na piknik. W niedzielę do kościoła. Nie ma żadnej różnicy, czy jest się białym czy czarnym, tyle że biali kierują, a czarni noszą toboły, jak wszędzie na Południu. I nie cierpiałem, że wszystkim z tym dobrze. Chryste, jak im było dobrze z tym schematem. Odliczali kolejne dni, takie same jak wczoraj, takie same jak jutro. Rok po roku.

– A pan?

– Ma pan rację. Ja do tego nie pasowałem. Bo pragnąłem czegoś innego. Chciałem do czegoś dojść. Moja babcia była taka sama. Czarni w tamtej okolicy twierdzili, że jest zawziętą starą babą, która zadziera nosa, co to nie ona, mimo że mieszka w ubogiej chałupie bez bieżącej wody, a z tyłu ma zagrodę na kurczaki. Ci, którzy to zauważyli, tacy jak cholerny Tanny Brown, nie mogli znieść jej dumy. Nie mogli się pogodzić z tym, że przed nikim nie chyli czoła. Poznał ją pan. Czy zrobiła na panu wrażenie osoby, która ustępuje miejsca na chodniku, żeby ktoś mógł przejść?

– Nie.

– Przez całe życie walczyła. A gdy ja się pojawiłem i nie wpasowałem się w ich schemat, po prostu się do mnie dobrali.

Chciał ciągnąć dalej, ale Cowart mu przerwał.

– W porządku, Ferguson, dobrze. Powiedzmy, że to wszystko prawda. I powiedzmy, że napiszę artykuł. Kiepskie dowody. Niedokładne dochodzenie. Niekompetentny adwokat. Wymuszone zeznanie. To tylko połowa pana obietnicy. – Ferguson słuchał go teraz z pełnym skupieniem. – Chcę nazwisko. Prawdziwego mordercę, o którym pan wspomniał. Bez pieprzenia.

– Jaką mam gwarancję…

– Żadnej. Mój artykuł, w którym przedstawiona będzie moja relacja.

– Tak, ale tu chodzi o moje życie. Może moją śmierć.

– Żadnej gwarancji.

Ferguson usiadł i spojrzał na Cowarta.

– Co pan naprawdę o mnie wie? – spytał.

Pytanie zdziwiło Cowarta. Co wie?

– To co mi pan powiedział. Co inni mi powiedzieli.

– Wydaje się panu, że mnie pan zna?

– Może trochę.

Ferguson zrobił kpiącą minę.

– Myli się pan. – Zastanawiał się, jakby rozważając to, co przed chwilą powiedział. – Jestem taki, jakiego pan mnie widzi. Może nie jestem ideałem i może powiedziałem coś, czego nie powinienem był mówić, albo zrobiłem coś, czego nie powinienem był robić. Może nie powinienem tak wkurzyć całego miasteczka, że jak w mieście pojawił się sprawca zamieszania, tylko ja przyszedłem im do głowy i nawet nie zdając sobie z tego sprawy, pozwolili, żeby prawdziwy zabójca pojechał sobie spokojnie dalej.

– Nie rozumiem.

– Zrozumie pan. – Ferguson zamknął oczy. – Wiem, że potrafię być czasami przykry, ale człowiek powinien być taki, jaki jest, racja?

– Chyba tak.

– Widzi pan, tak właśnie stało się w Pachouli. W miasteczku pojawił się złoczyńca. Zatrzymał się na parę chwil i pozwolił, żeby to na mnie spadły wszystkie okruchy zła. – Roześmiał się na widok wyrazu twarzy Cowarta. – Spróbuję inaczej. Niech pan sobie wyobrazi faceta, bardzo złego faceta, który jedzie samochodem na południe i zjeżdża z autostrady do Pachouli. Zatrzymuje się tuż obok szkoły, pod drzewem, może żeby zjeść hamburgera z frytkami. Zauważa młodą dziewczynę. Udaje mu się ją namówić, żeby wsiadła do samochodu, ponieważ ma dość przyzwoity wygląd. Był pan tam. Nic trudnego, żeby w ciągu kilku minut znaleźć się na bagnach, gdzie panuje jedynie cisza i spokój. Załatwia ją tam i jedzie dalej. Wyjeżdża stamtąd na zawsze i nie myśli o tym, co zrobił, dłużej niż przez minutę czy dwie, a i to jedynie po to, żeby sobie przypomnieć, jakie to było wspaniałe uczucie pozbawić tę dziewczynkę życia.

– Niech pan mówi dalej.

– Facet jedzie zygzakami na południe stanu. Rozrabia trochę w Bay City. Trochę w Tallahassee. W Orlando. W Lakeland. W Tampa. Aż do Miami. Uczennica. Para turystów. Kelnerka w barze. Problem polega na tym, że jak dociera do metropolii, jest zbyt nieostrożny i wpada. Wpada porządnie, po samą szyję. Za morderstwo. Mówi to panu coś?

– Zaczyna. Niech pan mówi dalej.

– Sprawa ciągnie się w sądzie przez kilka lat i w końcu facet ląduje tutaj w celi śmierci. I co się tu okazuje? Dowcip wszech czasów. Największy żart, jaki sobie można wyobrazić. Facet siedzący w celi obok czeka na wykonanie wyroku za przestępstwo, które on sam popełnił i prawie o nim zapomniał, bo było tyle innych, cholernych przestępstw, że już mu się pomieszały w głowie. Niemal pęka ze śmiechu. Tylko że dla faceta z celi obok to wcale nie jest takie śmieszne, mam rację?

– Chce mi pan powiedzieć, że…

– Tak, panie Cowart. Mężczyzna, który zabił Joanie Shriver, siedzi tutaj, w celi śmierci. Słyszał pan o facecie, który nazywa się Blair Sullivan?

Cowart oddychał przerywanie. To nazwisko eksplodowało mu w głowie jak pocisk.

– Słyszałem.

– Każdy słyszał o Sullivanie, racja, Panie Dziennikarzu?

– Racja.

– To właśnie on ją załatwił.

Cowart poczuł, jak czerwienieje mu twarz. Chciał poluzować krawat, wystawić głowę za jakieś okno, stanąć gdzieś na wietrze, zrobić cokolwiek, co dałoby mu trochę powietrza.

– Skąd pan wie?

– On mi to powiedział! Wydawało mu się, że to najlepszy dowcip, jaki słyszał.

– Niech pan powtórzy dokładnie, co powiedział.

– Niedługo po tym, jak go tu przysłali, wsadzili go do celi obok mojej. Wie pan, że ma nie za bardzo pod kopułą. Wybucha śmiechem, mimo że nikt nie opowiada żadnego dowcipu. Płacze bez powodu, gada do siebie. Rozmawia z Bogiem. I ma taki cholerny, cichy głos przypominający syczenie, jak jakaś żmija. To najbardziej walnięty skurwysyn, jakiego znam. Tylko że tak naprawdę wcale nie jest walnięty, tylko szczwany jak lis. W każdym razie jakiś tydzień czy dwa później zaczęliśmy gadać i spytał mnie, za co siedzę. Więc powiedziałem mu prawdę: że czekam na śmierć za przestępstwo, którego nie popełniłem. Zaczął się podśmiewać i krztusić, i spytał mnie, za jakie przestępstwo. Więc mu powiedziałem: „Za małą dziewczynkę w Pachouli”. A on na to: „Taką małą blondynkę? Z aparatem ortodontycznym?” „Tak”, mówię. Wtedy zaczął się śmiać, nie mógł przestać. „Na początku maja?”, pyta. Ja mu na to: „Zgadza się”. A on: „Mała dziewczynka cała pocięta nożem i ciało wrzucone do rzeki?” „To też się zgadza”, mówię, „ale skąd ty tyle o tym wiesz?” A on chichocze, śmieje się, parska i kołysze, trzymając za brzuch, takie to dla niego śmieszne. I mówi: „Wiem, że nie załatwiłeś tej dziewczynki, bo to ja ją załatwiłem. Naprawdę była niezła”. Mówi: „Człowieku, jesteś najbardziej upierdolonym gościem na świecie” i śmieje się bez końca. Gotów byłem go zabić na miejscu; zacząłem krzyczeć i wrzeszczeć, i szarpać kraty. Wpadł oddział specjalny, w tych swoich kurtkach lotniczych z gumowymi pałkami, i tymi hełmami z plastikowym gównem przed oczami. Stłukli mi dupę i zaciągnęli do izolatki. Wiesz pan, co to izolatka? Taka mała cela bez okna, tylko z wiadrem i cementową pryczą. Wrzucają tam na golasa, aż zaczniesz zachowywać się porządnie. Jak wyszedłem, przenieśli go już na inne piętro. Gimnastykę mamy o różnych porach, więc go już nie widuję. Podobno naprawdę zbzikował. Czasami w nocy słyszę, jak do mnie woła. „Bobby Earl!” Krzyczy takim ohydnym, cienkim głosem. „Bobby Earl! Dlaczego nie chcesz ze mną pogadaaaać?” I śmieje się, jak mu nie odwołam. Śmieje się bez końca.

Cowarta przeszył dreszcz. Potrzebował chwili, żeby się odprężyć i przetrawić opowieść, którą właśnie usłyszał, ale nie było na to czasu. Był uwięziony, skuty przez słowa, które padały z ust Bobby’ego Earla Fergusona.

– Jak mogę to udowodnić?

– Nie wiem, człowieku! Udowadnianie nie należy do mnie!

– Jak mogę to potwierdzić?

– Do cholery! Sierżant panu powie, że musieli ode mnie odseparować Sullivana. Ale nie wie dlaczego. Nikt nie wie dlaczego, oprócz pana, mnie i niego.

– Ale nie mogę…

– Nie chcę słuchać, co pan może, a czego nie może, Panie Dziennikarzu. Przez całe życie ludzie mówią mi, czego nie mogę. Nie możesz być tym, nie możesz robić tego, nie możesz mieć tego, nie możesz nawet tego pragnąć. Tak w jednym słowie można streścić całe moje życie. Już nie chcę tego słuchać.

Cowart milczał.

– Dobrze – odezwał się – sprawdzę…

Ferguson odwrócił się zwinnie, przysuwając do niego swoją twarz; oczy miał naładowane wściekłością.

– Masz pan rację. Sprawdź pan. Spytaj pan tego skurwysyna. Zobaczysz pan, do cholery, sam pan zobaczysz.

Więzień wstał gwałtownie, odpychając się od stolika.

– Teraz już pan wie. Co pan zrobi? Co może pan zrobić? Niech pan idzie zadać jeszcze kilka cholernych pytań, ale niech się pan, do cholery, upewni, że mnie nie stracą, zanim pan skończy je zadawać.

Podszedł do drzwi i zaczął w nie walić pięściami. Odgłos wibrował w małym pomieszczeniu jak wystrzały z pistoletu.

– Skończyliśmy! Sierżancie Rogers! Do cholery! – Drzwi drżały pod gwałtownymi atakami. Gdy strażnik otworzył je zamaszystym ruchem, Ferguson obdarzył Cowarta jeszcze jednym spojrzeniem i powiedział: – Chcę wracać do swojej celi. Chcę być sam. Nie chcę więcej rozmawiać. Nie, proszę pana.

Wyciągnął przed siebie dłonie i strażnik założył na nie kajdanki. Gdy zamknęły mu się z trzaskiem na nadgarstkach, jeszcze raz spojrzał na reportera. Jego wzrok, ostry, wypełniony wyzwaniem i oczekiwaniem, przewiercał na wylot. Po czym odwrócił się i zniknął w drzwiach, zostawiając Cowarta pogrążonego w ciszy, z uczuciem jakby machał nogami tuż nad kipielą, w której w każdej chwili mógł się pogrążyć.


Gdy już był odprowadzany z więzienia, Cowart spytał sierżanta, gdzie jest Blair Sullivan.

Sierżant Rogers machnął ręką.

– Sully? Jest w skrzydle Q. Cały dzień siedzi w celi, czyta Biblię i pisze listy. Pisze do kilku psychiatrów i do rodzin swoich ofiar. Wypisuje w ohydny sposób, co zrobił ich najbliższym. Nie wysyłamy ich. Nie mówimy mu o tym, ale chyba się domyśla. – Sierżant potrząsnął głową. – Temu chyba nie za dobrze się układa pod czapką. Ma też prawdziwego bzika na punkcie Roberta Earla. Nawołuje go po imieniu, ubliża, czasami w środku nocy. Czy Bobby Earl opowiedział panu, że próbował go zabić, jak mieli cele obok siebie? To było naprawdę coś dziwnego. Początkowo się ze sobą zgadzali, rozmawiali przez kraty. I nagle Robert Earl po prostu oszalał; rzucał się i wrzeszczał, i próbował dosięgnąć Sullivana. Właściwie to był jedyny raz, kiedy sprawił nam kłopot. Wylądował w izolatce na krótkie wakacje. Teraz są umieszczeni na liście separacyjnej.

– Co to takiego?

– To co pan słyszy. Nie wolno im się ze sobą kontaktować pod żadnym pozorem. To taka lista, dzięki której możemy nie dopuszczać, żeby się chłopaki nawzajem pozabijali, zanim państwo samo będzie miało okazję to zrobić w majestacie prawa.

– A gdybym tak chciał porozmawiać z Sullivanem?

Sierżant pokręcił głową.

– Ten facet jest naprawdę zły, panie Cowart. Do diabła, nawet ja się go boję, a widziałem już chyba każdy rodzaj mordercy, jaki pęta się po tym świecie.

– Dlaczego?

– Wie pan, trzymamy tu ludzi, którzy są w stanie zabić i nawet się nad tym nie zastanawiać; pozbawienie kogoś życia nic dla nich nie znaczy. Mamy tu szaleńców, morderców seksualnych, psychopatów, poszukiwaczy mocnych wrażeń, płatnych zabójców i zamachowców, kogo pan tylko chce. Ale Sullivan jest jakiś inny. Nie wiem właściwie dlaczego. Pasuje do wszystkich tych kategorii, jak taka cholerna jaszczurka, co potrafi zmieniać kolory…

– Kameleon?

– Tak. Właśnie. Tak jakby tkwiły w nim wszystkie te odmiany i przez to dla żadnej nie jest charakterystyczny. – Sierżant Rogers przerwał. – Ten facet po prostu mnie przeraża. Nie mogę powiedzieć, że jakoś szczególnie cieszę się, gdy ktoś ląduje na krześle, ale w przypadku tego skurczy syna nawet bym się nie zawahał. Zresztą to już niedługo.

– Jak to? Siedzi w celi śmierci dopiero od roku czy coś koło tego, nie mylę się?

– Nie myli się pan. Ale zrezygnował ze wszystkich prawników, jak ten facet w Utah kilka lat temu. Wpłynęła samoistnie tylko jedna apelacja do rozstrzygnięcia przez stanowy Sąd Najwyższy i twierdzi, że jak to się skończy, to już po nim. Mówi, że nie może się doczekać, jak znajdzie się w piekle, bo na powitanie rozwiną przed nim czerwony dywan.

– Sądzi pan, że nie zmieni zdania?

– Już panu powiedziałem. On jest inny niż inni faceci. Nawet inny niż inni mordercy. Myślę, że na pewno nie zmieni. Życie czy śmierć, dla niego to chyba wszystko jedno. Uważam, że będzie się po prostu śmiał, jak śmieje się zawsze, i rozsiądzie się na krześle, jakby to nie było nic takiego.

– Muszę z nim porozmawiać.

– Nikt nie musi rozmawiać z tym gościem.

– Ja muszę. Może pan to załatwić?

Rogers zatrzymał się i przyjrzał się mu.

– Czy to ma coś wspólnego z Bobbym Earlem?

– Może.

Wzruszył ramionami.

– Cóż, jedyne co mogę zrobić, to go o to zapytać. Jeśli się zgodzi, załatwię to. Jeśli powie nie, nie ma odwołania.

– W porządku.

– To nie będzie jak spotkanie z Bobbym Earlem w saloniku dyrektorskim. Będziemy musieli wykorzystać klatkę.

– Wszystko jedno. Tylko niech się pan postara.

– W porządku, panie Cowart. Niech pan zadzwoni do mnie rano, postaram się mieć już dla pana gotową odpowiedź.

Obydwaj wyszli w milczeniu przez bramę więzienia. Przez chwilę stali w hallu przed drzwiami. Następnie Rogers wyszedł z Cowartem na światło dzienne. Reporter zauważył, jak wartownik osłania ręką oczy i patrzy na palące słońce na bladobłękitnym niebie. Sierżant stał wdychając czyste powietrze; zamknął na chwilę oczy, jakby próbował zrekompensować świeżym powietrzem ograniczoną przestrzeń budynku. Następnie potrząsnął głową i bez słowa wrócił do więzienia.


Cowart pomyślał, że Ferguson miał rację. Każdy słyszał nazwisko: Blair Sullivan.

Floryda w jakiś dziwny sposób wydaje morderców niezwykłego kalibru; zło, podobnie jak powyginane mangrowce, które rosną na nasączonej słoną wodą, piaszczystej glebie nad oceanem, zapuszcza korzenie w ten stan i wgryza się w głąb. A ci, którzy stamtąd nie pochodzą, wydają się przyciągani z zatrważającą siłą w stronę Florydy, jakby wiedzeni jakimś niezwykłym zakłóceniem w prawach grawitacji ziemskiej, kontrolowanym przez przypływy i straszne żądze ludzkie. Nadaje to temu stanowi coś w rodzaju powszechnego obycia ze złem; zrezygnowana akceptacja szaleńca, który otwiera ogień z karabinu maszynowego w barze szybkiej obsługi, czy nabrzmiałych ciał przemytników narkotyków w Everglades, które oblazło robactwo. Zboczeńcy, wariaci, płatni mordercy, zabójcy motywowani szaleństwem, emocjami lub pozbawieni jakiegokolwiek powodu czy uczucia, wydaje się, że wszyscy jakoś trafiają na Florydę.

Blair Sullivan też jechał na południe. Przyznał się do zabicia w drodze do Miami dwunastu osób. Ofiary były czysto przypadkowe; po prostu osoby, które akurat znalazły się w pobliżu. Nocny stróż przydrożnego motelu, kelnerka w kawiarni, ekspedient w małym sklepiku, para starszych turystów, którzy zmieniali koło na poboczu drogi. To, co było tak przerażającego w tych morderstwach, to ich zupełnie ślepe wykonanie. Niektóre ofiary zostały obrabowane. Inne zgwałcone. Jeszcze inne zabite bez żadnych widocznych powodów, czy też z jakiegoś niezgłębionego powodu; jak ekspedient na stacji benzynowej, który dostał strzał poprzez kabinę ochronną, nie dlatego że był to napad rabunkowy, ale dlatego że zbyt wolno rozmieniał banknot dwudziestodolarowy. Sullivana aresztowano w Miami kilka minut po tym, jak rozprawił się z młodą parą, która całowała się na nieuczęszczanej drodze. Dobrze się z nimi zabawił, gdyż najpierw związał nastoletniego chłopaka, żeby sobie popatrzył, jak gwałci jego dziewczynę, a potem pozwolił dziewczynie obejrzeć, jak podcina chłopakowi gardło. Gdy dostrzegł go stanowy policjant konny patrolujący teren, ciął nożem ciało dziewczyny. „Miałem pecha”, powiedział Sullivan sędziemu, arogancki, bez cienia skruchy na wieść o wyroku. „Jakbym był trochę szybszy, tego policjanta też bym dostał”.

Cowart wykręcił u siebie w pokoju numer telefonu i po kilku chwilach połączył się z działem miejskim „The Miami Journal”. Poprosił z Edną McGee, reporterką, która zajmowała się procesem i skazaniem Sullivana. Zanim podniosła słuchawkę, przez chwilę słychać było w telefonie muzykę.

– Cześć, Edna.

– Matty? Gdzie jesteś?

– W Starkę, w jakimś motelu za dwadzieścia dolców za noc; próbuję dojść z tym wszystkim do ładu.

– Jak już ci się to uda, daj mi znać, dobrze? No i jak tam materiał? W całej sali redakcyjnej słychać plotki, że trafiłeś na coś naprawdę sensacyjnego.

– Całkiem nieźle.

– Ten facet naprawdę zabił dziewczynkę, czy jak?

– Nie wiem. Jest sporo niejasności. Gliniarze nawet przyznali się, że go pobili, zanim udało im się wyciągnąć przyznanie do winy. Oczywiście nie tak dotkliwie, jak on twierdzi, ale zawsze.

– Poważnie? Nieźle brzmi. Wiesz, nawet najbardziej niewinne wymuszenie powinno sprawić, że sędzia odrzuciłby to zeznanie. Jeśli gliniarze przyznają się, że kłamali, choćby trochę, uważaj.

– To właśnie nie daje mi spokoju, Edna. Niby dlaczego mieliby przyznać się, że go bili? Na pewno w niczym im to nie pomoże.

– Matty, wiesz tak samo dobrze jak ja, że gliniarze to najbardziej kiepscy kłamcy na świecie. Jak tylko próbują kłamać, natychmiast wpadają w tarapaty. Wszystko obraca się przeciw nim. Po prostu nie leży to w ich naturze. I w końcu mówią prawdę. Nie można rezygnować, trzeba bez przerwy zadawać pytania. W końcu zawsze się przyznają. Dobra, co mogę dla ciebie zrobić?

– Blair Sullivan.

– Sully? A to dopiero ciekawe. Co on ma z tym wszystkim wspólnego?

– Jego nazwisko padło w dość dziwnej sytuacji. Nie za bardzo mogę o tym rozmawiać.

– Bez przesady. Powiedz mi.

– Przestań, Edna. Jak tylko dowiem się czegoś na pewno, tobie powiem pierwszej.

– Przysięgasz?

– Oczywiście.

– Na co przysięgasz?

– Edna. Daj spokój.

– No już dobrze. Dobrze. Blair Sullivan. Sully. Jezu. Wiesz, że mam dość liberalne poglądy, ale ten facet to coś niesamowitego. Wiesz, do czego zmusił tę dziewczynę, zanim ją zabił? Nie umieściłam tego w felietonie. Nie mogłam. Jak przysięgli to usłyszeli, jeden zwymiotował w loży. Musieli zrobić przerwę, żeby posprzątać. Jak już obejrzała, jak jej chłopak wykrwawił się na śmierć, Sully zmusił ją, żeby się schyliła i…

– Nie chcę tego słuchać – przerwał Cowart.

Kobieta po drugiej stronie zamilkła gwałtownie. Po chwili spytała:

– To co chcesz wiedzieć?

– Możesz powiedzieć mi, jak przebiegała jego marszruta na południe?

– Jasne. Dzienniki określiły ją jako Wędrówkę Śmierci. Była całkiem nieźle poparta dowodami. Zaczął od zabicia swojej gospodyni w Luizjanie, pod Nowym Orleanem, potem prostytutki w Mobile, w Alabamie. Przyznał się, że zadźgał nożem jakiegoś marynarza w Pensacola, jakiegoś faceta, którego spotkał w barze dla pedałów, i rzucił jego zwłoki na stertę śmieci, potem…

– Kiedy to było?

– Mam to zapisane. Poczekaj, notatki są w dolnej szufladzie. – Matthew Cowart usłyszał trzask słuchawki odkładanej na biurko i dotarły do niego odgłosy otwieranych i zamykanych szuflad. – Znalazłam. Czekaj. Mam. Gdzieś pod koniec kwietnia, najpóźniej na początku maja, zaraz jak przekroczył granicę naszego Słonecznego Stanu.

– I co potem?

– Wciąż powoli posuwał się na południe stanu. To nieprawdopodobne. Listy gończe w trzech stanach, rysopisy, ulotki FBI z jego zdjęciem, biuletyny komputerowe NCIC. I nikt go nie przyuważył. Przynajmniej nikt żywy. Do Miami dotarł pod koniec czerwca. Spranie tej całej krwi z ubrań musiało mu zająć dużo czasu.

– A co z samochodami?

– Posługiwał się trzema, wszystkie kradzione. Chevroletem, merkurym i oldsmobilem. Po prostuje porzucał i nagrywał sobie coś nowego. Kradł tablice rejestracyjne i robił podobne numery. Zawsze wybierał mało charakterystyczne samochody, takie zupełnie nudne, nie zwracające uwagi. Twierdził też, że zawsze przestrzegał ograniczenia szybkości.

– Gdy wjechał na teren Florydy, jaki miał samochód?

– Poczekaj. Sprawdzę w notesie. Wiesz, że jest jakiś facet, z „Tampa Tribune”, który chce napisać o nim książkę? Próbował się z nim zobaczyć, ale Sully po prostu go wyrzucił. Słyszałam od oskarżycieli, że nie chciał z nim gadać. Cały czas szukam. Zrezygnował ze wszystkich prawników, wiedziałeś? Chyba się pożegna z tym padołem przed końcem roku. Gubernator tak się niecierpliwi, żeby podpisać na Sully’ego nakaz wykonania egzekucji, że ręka sama lgnie mu do pióra. Mam; brązowy merkury monarch.

– Nie ford?

– Nie. Ale merkury jest prawie taki sam. Taka sama karoseria, taka sama linia. Łatwo je pomylić.

– Jasnobrązowy?

– Nie, ciemny.

Cowart głęboko wciągnął oddech. Pasuje, pomyślał.

– No, Matty, powiesz mi, o co w tym wszystkim chodzi?

– Sprawdzę parę rzeczy i ci powiem.

– Zmiłuj się, Matty. Nie cierpię, jak czegoś nie wiem.

– Skontaktuję się z tobą.

– Przyrzekasz?

– Jasne.

– Wiesz, że teraz pojawi się tu jeszcze więcej plotek?

– Wiem.

Odłożyła słuchawkę, zostawiając Matthew Cowarta samemu sobie. Pokój wokół niego wypełnił się makabrycznymi pomysłami i przerażającymi wyjaśnieniami. Ford, a nie merkury. Zielony, a nie brązowy. Murzyn, a nie biały. Ten człowiek, a nie tamten.


– Nie bardzo mogę to pojąć, ale masz pan szczęście, chłopie – powiedział jowialnie sierżant Rogers głosem nie zdradzającym żadnych śladów wczesnej godziny.

– Jak to?

– Pan Sullivan mówi, że pana przyjmie. Nieźle by się wkurzył facet z „Tampa”, który tu był w zeszłym tygodniu. Nie chciał go widzieć. I ci wszyscy cholerni prawnicy, którzy usiłowali się dostać do Sullivana, też by się nieźle wkurzyli. Ich też nie chce widzieć. Właściwie zgadza się tylko na kilku psychiatrów, których przysyła FBI. Wie pan, ci chłopcy badający seryjne morderstwa. I przypuszczam, że powód jest prosty: żaden z tych cholernych prawników nie może wystawić papierów, iż jest niepoczytalny i żeby sąd przyjął jego apelacje. Mówiłem panu, że pan Sullivan to niesamowity facet?

– Niech mnie piorun trzaśnie – ucieszył się Cowart.

– Nie, to na pewno jego trzaśnie. Ale to nie nasza sprawa, mam rację?

– Zaraz przyjadę.

– Niech pan się nie spieszy. Proszę mi wybaczyć, ale jak przeprowadzamy Sullivana, podejmujemy pewne środki ostrożności. Przynajmniej od dziewięciu miesięcy, bo napadł na jednego ze strażników pilnujących prysznica i odgryzł mu ucho. Stwierdził, że mu smakowało. Powiedział, że zjadłby mu całą głowę, gdybyśmy go nie odciągnęli. Taki właśnie jest Sully.

– Po co to zrobił?

– Ten strażnik powiedział mu, że zwariował. Niby nic takiego. Tak jak pan by powiedział swojej żonie: „Chyba zwariowałaś, żeby kupować tę sukienkę”. Albo jakby pan powiedział sam do siebie: „Chyba zwariowałem, żeby na czas płacić podatek”. Brzmi jak nic poważnego, prawda? Ale w przypadku Sullivana okazało się to cholernie niewłaściwym słowem. I bęc! Już siedział na tym facecie i gryzł go jak jakiś kundel. Ten facet, na którego się rzucił, był chyba ze dwa razy większy od niego. Nie sprawiło mu to żadnej różnicy. Tarzali się po podłodze, krew tryskała na wszystkie strony, a facet wrzeszczał przez cały czas: „Złaź ze mnie, pieprzony skurwysynu!” Oczywiście jedyną reakcją Sully’ego było to, że natarł jeszcze mocniej. Musieliśmy go potraktować pałkami i pozwolić mu ochłonąć przez kilka miesięcy w „norze”. Moim zdaniem to jednak to słowo; od niego się zaczęło. To tak jakby pociągnąć za spust i gość wypalił. Czegoś mnie to nauczyło. Wszystkich tutaj czegoś to nauczyło. Trochę bardziej trzeba uważać, jakich słów używamy. Wydaje mi się, że Sully bardzo zwraca uwagę na słownictwo. – Rogers przerwał i w powietrzu przez chwilę panowała cisza. – No to teraz ten – dodał.


Towarzyszył Cowartowi młody strażnik ubrany w szary mundur, nic nie mówiąc prowadził wzdłuż białego korytarza wypełnionego blaskiem światła słonecznego wpadającego przez szereg wysokich okien umieszczonych poza czyimkolwiek zasięgiem. Światło sprawiało, że obraz otaczającego świata był zamglony i niewyraźny. Po drodze reporter próbował zacząć jasno myśleć. Wsłuchiwał się w stukot butów na wypolerowanej podłodze. Miał swoją własną technikę wyłączania się, gdy próbował nie myśleć absolutnie o niczym; nie wyobrażać sobie mającej nastąpić rozmowy, zapomnieć o innych artykułach, jakie napisał, i o osobach, które znał; o wszystkim. Pragnął pozbyć się wszelkich szczegółów tkwiących w umyśle i stać się jak czysta bibuła, wchłaniająca każdy dźwięk i obraz towarzyszące wydarzeniu, które miało nastąpić.

Gdy szli wzdłuż korytarza i mijali parę podwójnych, zamykanych na klucz drzwi, liczył rozbrzmiewające kroki strażnika. Gdy doliczył niemal setki, weszli do hallu ze schodami i podestami prowadzącymi na piętra, gdzie znajdowały się cele, strzeżone przez dwóch strażników zamkniętych w oszklonej budce. W miejscu gdzie krzyżowały się wszystkie ścieżki hallu, znajdowała się druciana klatka. Pośrodku klatki ustawiony był jeden stół z szarej stali i dwie ławki. Sprzęty były przynitowane do podłogi. Po jednej stronie do brzegu stołu zamontowana była metalowa obręcz. Przez jedyne istniejące wejście wprowadzono Cowarta do klatki i dano znak, żeby zajął miejsce po przeciwnej stronie niż miejsce z obręczą.

– Ten sukinsyn zaraz tu będzie. Proszę poczekać – powiedział strażnik. Odwrócił się i szybko wyszedł z klatki znikając na schodach, a następnie na jednym z podestów.

Za niedługą chwilę rozległo się walenie do jednych z drzwi prowadzących do hallu. Następnie przez interkom rozległ się głos:

– Środki bezpieczeństwa! Wchodzi pięć osób!

Rozległ się tępy odgłos zwalniania elektronicznego zamka i Cowart ujrzał sierżanta Rogersa ubranego w kurtkę bojową i w kask, wprowadzającego do hallu całą grupę. Pomarańczowy blezer więźnia przesłaniało dwóch strażników po obu jego stronach i jeden z tyłu. Zastęp szybkim krokiem wszedł prosto do klatki.

Blair Sullivan miał stopy i dłonie skute razem kajdanami. Otaczający go mężczyźni maszerowali z wojskową dokładnością, równomiernie stąpając cicho po podłodze, podczas gdy on na wpół kuśtykał pomiędzy nimi jak dziecko, które za wszelką cenę próbuje dotrzymać kroku paradzie z okazji Czwartego Lipca.

Był chudy jak szkielet, niewysoki, miał fioletowo-czerwone tatuaże, które wiły się po wyblakłej, białej skórze obydwu przedramion, i czarną czuprynę przyprószoną siwizną. Ciemne oczy szybko kodowały wszystko wokół – klatkę, strażników i Matthew Cowarta. Jedna powieka wydawała się lekko drgać, jakby obydwie gałki oczne pracowały niezależnie od siebie. Była w nim jakaś nonszalancja; w jego uśmiechu, w niedbałej postawie, gdy sierżant ostrożnie odpinał łańcuch kajdan od stóp więźnia… Niemal jakby siłą woli potrafił sam zrzucić okowy. Strażnicy, którzy pilnowali go po bokach, stali w pozycji bojowej z przygotowanymi pałkami. Więzień uśmiechał się do nich przyjacielsko-kpiącym uśmiechem. Sierżant następnie przeciągnął łańcuch przez obręcz na brzegu stołu i przymocował go do potężnego, skórzanego pasa obejmującego mężczyznę w talii.

– Siadaj – rozkazał szorstko.

Trzej strażnicy szybko odstąpili od więźnia, a on usiadł swobodnie na stalowej ławce. Skupił wzrok na oczach Cowarta. Na ustach więźnia wciąż majaczył delikatny uśmiech, ale oczy zwęziły się i przyglądały badawczo.

– W porządku – powiedział znowu sierżant. – Może być.

Wyprowadził strażników z klatki, zatrzymując się, żeby zamknąć ją dokładnie.

– Nie lubią mnie – powiedział Blair Sullivan z westchnieniem.

– Dlaczego?

– Z powodów dietetycznych – odpowiedział wybuchając gwałtownym śmiechem. Śmiech w kilka sekund przeszedł w charkot, po czym zmienił się w dźwięk przypominający kaszel. Sullivan wyjął z kieszeni koszuli paczkę papierosów i pudełko drewnianych zapałek. Musiał w tym celu pochylić się w stronę stołu i na wpół zgiąć na ławce, gdy podpalał papierosa, gdyż zasięg ramion miał ograniczony łańcuchem, którym przykute były jego ręce.

– Oczywiście wcale nie muszą mnie lubić, żeby mnie zabić. Czy nie będzie panu przeszkadzało, jak zapalę? – spytał Cowarta.

– Nie, proszę bardzo.

– Nie wydaje się to panu trochę śmieszne?

– Co?

– Skazaniec palący papierosa. Ludzie na całym świecie tak cholernie starają się rzucić palenie, a w przypadku mieszkańców celi śmierci palenie jednego papierosa za drugim jest sprawą naturalną. Do diabła, chyba jesteśmy najlepszymi klientami RJ. Reynoldsa. Pewnie byśmy poddali się każdemu złemu czy niebezpiecznemu nałogowi, gdyby tylko nam było wolno. Ale wolno nam jedynie palić. Nie, żeby którykolwiek z nas specjalnie przejmował się rakiem płuc, chociaż przypuszczam, że gdyby któryś się mocno rozchorował, tak naprawdę porządnie, śmiertelnie, to władze stanowe nie byłyby zbyt skłonne posadzić mu tyłka na krześle. Władze stanowe, Cowart, są wrażliwe na tym punkcie. Nie chcą przeprowadzać egzekucji na nikim, kto jest chory na ciele lub umyśle. O nie. Chcą, żeby ludzie, których smażą, byli w dobrej kondycji fizycznej i zdrowi umysłowo. Kilka lat temu w Teksasie było pełno zamieszania, gdy władze stanowe chciały uśmiercić jakiegoś biedaczynę, który dostał ataku serca, gdy podpisano decyzję o wykonaniu egzekucji. Została odłożona do czasu, aż facet o własnych siłach mógł udać się na śmierć. Nie chcieli go wwozić do komory na jakimś wózku szpitalnym, o nie. To by obraziło szlachetne uczucia ludzi o czystych sumieniach i dobrych sercach. Jest też świetny przykład jakiegoś gangstera z Nowego Jorku z lat trzydziestych. Jak znalazł się w celi śmierci, zaczął jeść bez opamiętania. Był gruby, a tam tył jeszcze bardziej. Był grubszy i grubszy, i grubszy, i grubszy, i grubszy. Obżerał się chlebem, ziemniakami i makaronem, aż niemal wychodziły mu uszami. Wie pan, skrobia. Wymyślił sobie, że uniknie krzesła tyjąc tak, że nie będzie w stanie się w nim zmieścić! Fantastyczne. Problem w tym, że nie do końca mu się udało. Musieli go tam wcisnąć, ale, do cholery, jakoś się wpasował. Zakpił sam z siebie, czy jak? Kiedy już z nim skończyli, wyglądał pewnie jak prosiak z rożna. Niech mi pan powie, gdzie w tym wszystkim logika? Co?

Znowu się zaśmiał.

– Nie ma lepszego miejsca od celi śmierci, żeby zaobserwować wszelkie ironie losu. – Wpatrywał się w Cowarta, a jego jedna powieka poruszała się szybko. – Powiedz no mi, Cowart, ty też jesteś mordercą?

– Co?

– To znaczy, czy kiedykolwiek pozbawiłeś kogoś życia? Może w wojsku? Jesteś w takim wieku, że mogłeś być w Wietnamie. Byłeś? Nie, chyba nie. Nie posiadasz tego nieobecnego spojrzenia, jakie mają weterani, kiedy ogarniają ich wspomnienia. Ale może roztrzaskałeś samochodem jakiegoś nastolatka? Może zabiłeś najlepszego kumpla albo swoją cizię w jakąś sobotnią noc? A może poprosiłeś lekarzy w jakimś cholernym szpitalu, żeby odłączyli stareńką mamę lub tatę, gdy tak byli już schorowani, że tylko respirator mógł podtrzymać im życie. Zrobiłeś coś takiego, Cowart? Kazałeś kiedyś swojej żonie lub dziewczynie usunąć ciążę? Może nie chciałeś, żeby jakieś noworodki przeszkadzały ci w karierze. A może jesteś gdzieś w górnych partiach tej listy, Cowart? Może wziąłeś ze dwie działki kokainy na jakiejś imprezie w Miami? Wiesz, ile trupów mogło paść przy tej dostawie? Wybacz, ale tylko tak sobie zgaduję. No, Cowart, powiedz mi, też jesteś mordercą?

– Nie, nie sądzę.

Blair Sullivan parsknął.

– Nieprawda. Każdy jest mordercą. Tylko trzeba dobrze poszukać. Zastosować wystarczająco szeroką definicję tego słowa. Nie byłeś nigdy w domu towarowym, gdzie jakaś niedobra mamuśka w łachmanach dopada swego dzieciaka i spuszcza mu manto w obecności wszystkich? Jak ci się wydaje, co tam miało miejsce? Przypatrz się pan lodowatym oczom tego dzieciaka. Właśnie rodzi się przyszły morderca. Więc dlaczego nie spojrzysz sam w siebie? Ty też masz takie lodowate spojrzenie, Cowart. Tkwi to w tobie. Wystarczy na ciebie spojrzeć.

– To niezła sztuczka.

– To nie sztuczka. To chyba taka specjalna zdolność. Wiesz, może się na tym poznać jedynie facet z tej samej branży. Jesteś oblepiony śmiercią i umieraniem, Cowart, i wyraźnie widzę tego objawy.

– Cóż, tym razem się mylisz.

– Czyżby? Zobaczymy. Jeszcze się przekonamy.

Sullivan rozparł się na metalowym krześle, przyjmując niedbałą pozę, ale przez cały czas jego wzrok wwiercał się coraz głębiej w serce Cowarta.

– Wiesz, to się staje łatwe.

– Co się staje łatwe?

– Zabijanie.

– W jaki sposób?

– Doświadczenie. Szybko można się nauczyć, jak ludzie umierają. Niektórzy trudno, niektórzy łatwo. Niektórzy walczą jak diabły, inni poddają się w milczeniu. Niektórzy błagają o darowanie życia, inni plują w twarz. Niektórzy płaczą, inni się śmieją. Niektórzy wzywają matki, inni mówią, że spotkają się z tobą w piekle. Niektórzy kurczowo trzymają się życia, inni oddają je z łatwością. Ale wszyscy kończą tak samo. Stają się sztywni i zimni. Ty. Ja. Na koniec wszyscy są tacy sami.

– Może na koniec. Ale ludzie docierają do tego punktu na wiele różnych sposobów.

Sullivan roześmiał się.

– Jasne. To spostrzeżenie na miarę celi śmierci, Cowart. Tak właśnie mógłby powiedzieć facet z celi po jakichś ośmiu latach i setce apelacji, gdy czas ucieka bardzo szybko. Na różne sposoby.

Zaciągnął się mocno papierosem i wypuścił dym w zastygłe powietrze więzienia. Przez chwilę wzrok Blaira Sullivana śledził smugę dymu, aż rozwiała się powoli.

– Wszyscy jesteśmy dymem, czyż nie? Jak już przychodzi co do czego. Powiedziałem to tym psychiatrom, ale chyba nie wzięli sobie tego do serca.

– Jakim psychiatrom?

– Z FBI. Mają tam taki specjalny Wydział Badania Osobowości i próbują za wszelką cenę zbadać, co jest przyczyną seryjnych morderstw, żeby jakoś zapobiec temu szczególnemu, amerykańskiemu sposobowi spędzania wolnego czasu… – Uśmiechnął się. – Oczywiście nie odnoszą jakichś szczególnych sukcesów, ponieważ każdy z nas ma inne powody. Ale to porządni chłopcy. Lubią tu przyjeżdżać i robią mi testy. Minnesocki Wielowymiarowy Inwentarz Osobowości i testy Apercepcji Tematycznej, i testy Rorschacha, i testy IQ, i Bóg jeden wie, następnym razem pewnie przeprowadzą na mnie wstępne testy egzaminacyjne na jakieś pieprzone studia. Lubią, jak opowiadam im o swojej mamuśce i jak nienawidziłem tej starej ropuchy, a szczególnie ojczyma. Bił mnie. Prał mnie porządnie, jak tylko się odezwałem. Używał do tego pięści, pasa, chuja. Bił mnie i pieprzył, pieprzył i bił. Jeden dzień to, drugi tamto, jak w zegarku. Jak ja go nienawidziłem! Strasznie. Ciągle go nienawidzę. Mają teraz powyżej siedemdziesiątki i wciąż mieszkają w małym ceglanym bungalowie na północy Keys, w którym na ścianie wisi krucyfiks i kolorowy obraz Jezusa, i wydaje im się, że Zbawiciel wejdzie kiedyś przez drzwi i poniesie ich do nieba. Jak słyszą moje imię, robią znak krzyża i mówią: „Ten chłopak zawsze był we władaniu szatana”, czy coś podobnego. Tych chłopaczków z FBI to wszystko bardzo interesuje. Ty też jesteś tym zainteresowany, Cowart? Czy po prostu chcesz się dowiedzieć, dlaczego zabiłem tych wszystkich ludzi, wliczając tych, których prawie nie znałem?

– Tak.

Zaśmiał się chropowato.

– Na to pytanie łatwo jest odpowiedzieć: Wracałem do domu i trochę zboczyłem ze szlaku. Można by rzec, coś mnie odciągnęło. Nigdy nie dotarłem do celu. Czy to brzmi sensownie?

– Niezupełnie.

Sullivan uśmiechnął się i przewrócił oczami.

– Życie jest pełne zagadek, prawda?

– Skoro tak twierdzisz.

– Właśnie. Skoro tak twierdzę. Oczywiście jesteś trochę bardziej zainteresowany jakąś jedną, drobną zagadką, mam rację, Cowart? Inni specjalnie cię nie interesują, prawda? Nie po to tu przyjechałeś.

– Nie.

– Powiedz mi, dlaczego chcesz rozmawiać z takim złym facetem jak ja?

– Robert Earl Ferguson i Pachoula, Floryda.

Blair Sullivan odchylił głowę do tyłu i zawył ostrym śmiechem, który odbił się echem od ścian więzienia. Cowart zobaczył, jak kilku strażników odwróciło głowy, przyjrzeli im się przez moment i wrócili do swoich zajęć.

– A to dopiero ciekawe tematy, Cowart. Wielce ciekawe. Ale będziemy się musieli zająć nimi za chwilę.

– Dobrze. Dlaczego?

Blair Sullivan przechylił się nad stołem, przysuwając swoją twarz do twarzy Cowarta najbliżej, jak tylko mógł. Łańcuch, którym przywiązany był do stołu, zadźwięczał i napiął się pod nagłym naporem. Na szyi więźnia nabrzmiała żyła, a twarz nagle poczerwieniała.

– Bo jeszcze mnie dobrze nie znasz.

Następnie oparł się szybko, sięgając po kolejnego papierosa, którego odpalił od niedopałka poprzedniego.

– Opowiedz mi coś o sobie, Cowart, to może porozmawiamy. Lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia.

– Czego chcesz się dowiedzieć?

– Masz żonę?

– Byłą żonę.

Więzień zagwizdał.

– Dzieciaki?

Matthew Cowart zawahał się, po czym odpowiedział:

– Nie.

– Kłamczuch. Mieszkasz sam, czy masz dziewczynę?

– Sam.

– W mieszkaniu czy w domu?

– W małym mieszkaniu.

– Masz jakichś bliskich przyjaciół?

Cowart znowu się zawahał.

– Oczywiście.

– Kłamczuch. To już drugi raz; liczę. Co robisz wieczorami?

– Odpoczywam. Czytam. Oglądam mecze.

– Na ogół sam, co?

– Dokładnie.

Więzień zamrugał powieką.

– Masz kłopoty ze spaniem?

– Nie.

– Kłamca. Już trzy razy. Powinieneś się wstydzić kłamać przed skazańcem. Tak jak Mateusz przed Jezusem, zanim zapiał kur. Masz w nocy sny?

– O co, do diabła…

Blair Sullivan wyszeptał ostro:

– Albo w to grasz, Cowart, albo wyjdę stąd bez odpowiedzi na żadne z trapiących cię pytań.

– Oczywiście. Mam sny. Wszyscy mają sny.

– O czym?

– O takich jak ty – odpowiedział gniewnie Cowart.

Sullivan znowu się roześmiał.

– Punkt dla ciebie. – Odchylił się na krześle i przyglądał się Cowartowi. – Senne koszmary, co? O to chodzi, prawda? Senne koszmary.

– Właśnie – odparł Cowart.

– To właśnie próbowałem powiedzieć tym chłopaczkom z FBI, ale nie chcieli słuchać. Tyle jesteśmy warci; dym i koszmary. Jedynie chodzimy, mówimy i przysparzamy temu światu nieco ciemności i strachu. Ewangelia według Świętego Jana: „Jesteś z ojca Szatana i żądze swego ojca wypełniać będziesz. Od zarania był mordercą i nie otaczał się prawdą, jako że prawdy w nim nie ma”. Rozumiesz? Ósmy werset. Może jest stek wymyślnych naukowych słów, żeby to wszystko opisać, ale do diabła, to tylko taka medyczna paplanina, racja?

– Chyba tak.

– Wiesz co? Żeby być dobrym mordercą, trzeba być wolnym człowiekiem. Wolnym, Cowart. Nie związanym z tym całym głupim gównem, którym wypełnione są żywoty przeciętnych ludzi. Wolnym człowiekiem.

Cowart nie odpowiedział.

– Powiem ci coś jeszcze; nie jest trudno zabijać ludzi. Mówiłem im to. I potem też się o tym za dużo nie myśli. Ma się za dużo rzeczy na głowie; trzeba pozbyć się ciał i broni, zmyć plamy krwi z rąk i tak dalej. Do licha, po popełnieniu morderstwa jest masa roboty, trzeba główkować, co robić dalej i jak się stamtąd wydostać.

– Skoro zabijanie jest łatwe, to co jest trudne?

Sullivan uśmiechnął się.

– Dobre pytanie. Nigdy go nie zadali. – Zastanawiał się przez chwilę, odwróciwszy twarz w stronę sufitu. – Chyba najgorsze jest to, że znalazłem się w celi śmierci i uświadomiłem sobie, że nie zabiłem ludzi, których najbardziej pragnąłem zabić.

– Co masz na myśli?

– Czy to nie jest zawsze najgorsza rzecz w życiu, Cowart? Stracone okazje? Tego najbardziej nam żal. Przez to nie możemy spać w nocy.

– Wciąż nie rozumiem.

Sullivan poprawił się na krześle, nachylając się ponownie w stronę Cowarta, szepcząc konspiracyjnym głosem:

– Musisz zrozumieć. Jeśli nie teraz, to kiedy indziej. Musisz to też zapamiętać, bo pewnego dnia okaże się to ważne: Kogo Blair Sullivan nienawidzi najbardziej? Kto nie daje mu spokoju przez to, iż wie, że żyją i mają się dobrze? To bardzo ważne, żebyś to zapamiętał, Cowart.

– Nie powiesz mi?

– Nie, proszę pana.

– Jezu Chryste…

– Nie używaj imienia tego nadaremno! Jestem wrażliwy na takie rzeczy.

– Chciałem tylko…

Blair Sullivan znowu gwałtownie pochylił się do przodu.

– Czy sądzisz, że te łańcuchy byłyby mnie w stanie powstrzymać, gdybym chciał rozedrzeć ci twarz? Czy myślisz, że te słabe kratki byłyby w stanie mnie zatrzymać? Czy wydaje ci się, że nie mogę zerwać się, oswobodzić i rozerwać cię na strzępy i w sekundę spić twojej krwi, jakby to była woda życia?

Cowart cofnął się gwałtownie.

– Jestem do tego zdolny. Więc nie próbuj mnie rozgniewać, Cowart.

Patrzył ponad stołem.

– Nie jestem szalony i wierzę w Chrystusa, choć najprawdopodobniej skończę w piekle. Ale nie przeszkadza mi to, ponieważ moje życie było piekłem, i śmierć powinna być taka sama.

Blair Sullivan zamilkł. Następnie odchylił się na metalowym siedzeniu i przybrał ponownie swój rozleniwiony, niemal obraźliwy ton.

– Wiesz, Cowart, co mnie od ciebie oddziela? Nie łańcuchy, kraty i całe to gówno, tylko jeden mały szczegół. Nie boję się śmierci. Śmierć, wasza broń, nie jest mi straszna. Możecie mnie posadzić na krześle, wstrzyknąć truciznę, postawić przed plutonem egzekucyjnym albo powiesić na szubienicy. Do diabła, możecie mnie nawet rzucić lwom i pójdę tam z modlitwą na ustach i oczekiwaniem na przyjście drugiego świata, gdzie pewnie narozrabiam tak samo jak tutaj. Wiesz, co w tym jest dziwnego, Cowart?

– Co?

– Bardziej przeraża mnie życie tutaj, jak jakiś cholerny potwór, niż śmierć. Nie chcę być nakłuwany i oglądany przez naukowców, nie chcę, żeby kłócili się o mnie i rozprawiali na mój temat prawnicy. Do diabła, nie chcę, żebyście o mnie pisali. Chcę iść dalej. Dalej.

– Dlatego zrezygnowałeś z prawników? Dlatego nie kwestionujesz wyroku?

Więzień wydał śmiech przypominający szczekanie.

– Oczywiście. Do diabła, Cowart, spójrz na mnie. Co widzisz?

– Mordercę.

– Właśnie. – Sullivan uśmiechnął się. – Właśnie. Zamordowałem tych ludzi. Gdyby mnie nie złapali, zabiłbym więcej. Zabiłbym tego policjanta konnego. Człowieku, ten skurwysyn to dopiero miał szczęście. Miałem tylko nóż i akurat używałem go, żeby się trochę pobawić tą dziewczyną. Zostawiłem swój cholerny pistolet w spodniach i akurat wtedy mnie dorwał. Wciąż nie wiem, dlaczego mnie wtedy nie zastrzelił i nie oszczędził wszystkim tylu kłopotów. Ale do diabła, wszystko załatwił z klasą. Nie mogę powiedzieć słowa skargi. Miałem szansę. Nawet przeczytał mi, jakie mam prawa, gdy już mi założył kajdanki. Głos mu się łamał i ręce drżały, i był o wiele bardziej przejęty niż ja. W każdym razie słyszałem, że dzięki temu, że mnie aresztował, zrobił prawdziwą karierę i jestem z tego poniekąd dumny. Więc o co mam walczyć? Mam dać jakimś pieprzonym prawnikom pieprzone zajęcie? Niech się pierdolą. Życie wcale nie jest takie wspaniałe, żeby mi na nim zależało.

Obydwaj milczeli, zastanawiając się nad słowami, które zawisły w powietrzu klatki.

– No, Cowart, masz pytanie?

– Tak. Pachoula.

– Przyjemne miasteczko. Byłem tam. Bardzo przyjazne. Ale to nie jest pytanie.

– Co zaszło w Pachouli?

– Rozmawiałeś z Robertem Earlem Fergusonem. Napiszesz o nim artykuł? O moim starym kumplu z sąsiedniej celi?

– Co zaszło między wami dwoma?

– Pogadaliśmy sobie. To wszystko.

Blair Sullivan uśmiechnął się nieznacznie, rozluźnił, bawił się odpowiedziami. Cowart miał ochotę potrząsnąć nim, wytrząsnąć z niego prawdę. Ale zamiast tego zadawał dalsze pytania.

– O czym rozmawialiście?

– O jego niesprawiedliwym wyroku. Wiesz, że gliniarze pobili tego chłopaka, żeby przyznał się do winy? W moim przypadku wystarczyło, jak mi postawili coca-colę i gadałem jak najęty.

– O czym jeszcze?

– Rozmawialiśmy o samochodach. Wygląda na to, że mieliśmy podobne pojazdy.

– I co?

– Zbieg okoliczności. Rozmawialiśmy nieco, że byliśmy w tym samym miejscu w tym samym czasie. To niezwykłe, nie sądzisz?

– Rzeczywiście.

– Rozmawialiśmy o tym miasteczku i o tym, co sprawiło, że utraciło swoje, jakby, dziewictwo. – Sullivan znowu uśmiechnął się szeroko. – Dobrze powiedziane. Utraciło dziewictwo. Czy nie to właśnie się tam przytrafiło? Tej dziewczynce i miasteczku?

– Czy zabiłeś tę dziewczynkę? Joanie Shriver? Czy ją zabiłeś?

– Czy ją zabiłem? – Blair Sullivan przewrócił oczami i uśmiechnął się. – Niech no sobie przypomnę. Wiesz, Cowart, już mi się wszyscy zaczynają gmatwać w pamięci…

– Zabiłeś ją?

– Do diabła, Cowart. Podniecasz się i denerwujesz jak Bobby Earl. Tak się zdenerwował moim naturalnym procesem przypominania sobie, że chciał mnie zabić. To coś niezwykłego, nawet jak na celę śmierci. Nie sądzisz?

– Zabiłeś ją?

Blair Sullivan znowu pochylił się na krześle porzucając jowialny, drażniący ton i wyszeptał chrapliwym głosem:

– Chcesz się dowiedzieć, co? – Oparł się z powrotem, mierząc wzrokiem dziennikarza. – Powiedz mi coś, Cowart, dobrze?

– Co?

– Czułeś kiedyś w dłoniach siłę życia i śmierci? Czy miałeś okazję poznać słodkie uczucie siły wiedząc, że od ciebie zależy czyjeś życie lub śmierć? Całkowicie. Tylko i wyłącznie. Zupełnie. Wszystko zależy od ciebie. Czy znasz to uczucie, Cowart?

– Nie.

– To najlepszy narkotyk jaki istnieje. To jakbyś wstrzykiwał sobie do duszy prąd elektryczny. Nie ma nic lepszego niż świadomość, że czyjeś życie należy do ciebie…

Wyciągnął pięść, jakby trzymał owoc. Ścisnął powietrze. Łańcuch kajdanów zadzwonił po metalowej obręczy.

– Powiem ci kilka rzeczy, Cowart. – Przerwał wpatrując się w dziennikarza. – Po pierwsze, przepełnia mnie poczucie władzy. Wydawać by się mogło, że jestem ubezwłasnowolnionym więźniem, skutym i związanym, dzień i noc zamkniętym w celi trzy na dwa metry, ale przepełnia mnie siła, która wykracza daleko poza te kraty. Bardzo daleko. Mogę dosięgnąć każdej duszy, równie łatwo jakbym wykręcał numer telefonu. Nie ma nikogo, kto byłby poza moim zasięgiem, Cowart. Nikogo.

Przerwał i zapytał:

– Rozumiesz?

Cowart przytaknął.

– Po drugie, nie powiem ci, czy zabiłem tę dziewczynkę, czy nie. Jakbym powiedział ci prawdę, wszystko stałoby się zbyt jasne. A poza tym dlaczego miałbyś mi uwierzyć? Szczególnie po tym wszystkim co napisano o mnie w gazetach. Czy można mieć do mnie zaufanie? Jeśli nie jest dla mnie trudne zabicie kogoś, to jak trudne może być dla mnie kłamanie?

Cowart zaczął coś mówić. Jedno spojrzenie Sullivana zatrzymało go z otwartymi ustami.

– Chcesz się czegoś dowiedzieć, Cowart? Rzuciłem szkołę w dziesiątej klasie, ale nigdy nie przestałem się uczyć. Założę się, że jestem bardziej oczytany i lepiej wykształcony niż ty. Co czytujesz? „Time’a” i „Newsweeka”. Może recenzje książek publikowane przez „New York Timesa”? Być może „Magazyn Sportowy”, jak siedzisz na kiblu. A ja czytałem Freuda i Junga i właściwie wolę ucznia od mistrza. Czytałem Szekspira, poezję elżbietańską i historię Stanów Zjednoczonych ze szczególnym naciskiem na wojnę secesyjną. Lubię również powieści, szczególnie te wypełnione ironią, jak u Jamesa Joyce’a, Faulknera, Conrada czy Orwella. Lubię czytać klasyków. Troszkę Dickensa i Prousta. Lubię Tukidydesa i opowieści o wyniosłości Ateńczyków; i Sofoklesa, bo opowiada o każdym z nas. Więzienie, Cowart, to wspaniałe miejsce na lekturę. Nikt ci nie mówi, co masz czytać, a czego nie. I masz nieograniczony czas. Moim zdaniem to dużo lepsze niż większość studiów uniwersyteckich. Oczywiście w moim przypadku czas wcale nie jest nieograniczony, więc obecnie zajmuję się wyłącznie Pismem Świętym.

– I nic cię nie nauczyło o prawdzie i dobrodziejstwie?

Blair Sullivan zaniósł się śmiechem, który echem rozniósł się po klatce.

– Podobasz mi się, Cowart. Śmieszny jesteś. Wiesz, o czym jest Biblia? O oszustwach, zabijaniu, kłamstwach, morderstwach, napadach, bałwochwalstwie i podobnych rzeczach, które mieszczą się, można by powiedzieć, w mojej branży.

Więzień przyglądał się Cowartowi. Uśmiechnął się nikczemnie.

– Dobra, Cowart, zabawmy się trochę.

– Zabawmy?

– Tak. – Chichotał i charczał. – Jakieś jedenaście kilometrów od miejsca gdzie zabito Joanie Shriver, jest skrzyżowanie. Droga lokalna numer pięćdziesiąt przecina tam szosę stanową sto dwadzieścia. Sto metrów przed tym skrzyżowaniem znajduje się niewielki rów przebiegający pod szosą, tuż obok dużej grupy starych wierzb, które rosną lekko pochyło i w letni dzień rzucają trochę cienia na drogę. Jeśli zatrzymasz w tym miejscu samochód, zejdziesz na prawą stronę tego rowu i sięgniesz ręką w dół pod krawędź, gdzie wystaje rura drenażowa i pomacasz dłonią pod starą, śmierdzącą wodą, która tamtędy przepływa, może coś znajdziesz. Coś ważnego. Coś bardzo ciekawego.

– Co?

– Przestań, Cowart. Chyba nie sądzisz, że popsuję niespodziankę?

– Powiedzmy, że tam pojadę i znajdę to coś, co wtedy?

– Wtedy będziesz w swoim artykule mógł zadać czytelnikom naprawdę intrygujące pytanie, Cowart.

– Jakie pytanie?

– Skąd Blair Sullivan wie, jak ten przedmiot dostał się w to miejsce?

– Ja…

– To niezłe pytanie, nieprawdaż? Skąd on to wie? Sam będziesz musiał do tego dojść, Cowart, bo już nie będziemy rozmawiać. Przynajmniej nie do chwili jak poczuję oddech Pani Śmierci tuż za plecami.

Blair Sullivan podniósł się z miejsca i ryknął nagle:

– Sierżancie! Już skończyłem z tą świnią! Weźcie mi ją z oczu, zanim zeżrę jej łeb!

Uśmiechnął się do Cowarta szczękając łańcuchami, podczas gdy powietrze drżało echem jego głosu i pospiesznym dźwiękiem kroków zbliżających się do klatki.