"W słusznej sprawie" - читать интересную книгу автора (Katzenbach John)

Rozdział szósty

RÓW

Lekka bryza z południa przeplatała się z narastającym porannym upałem, popychała wielkie, szaro-białe chmury po ciemnoniebieskim niebie nad zatoką i otaczała idącego przez parking Cowarta wilgotnym powiewem. Cowart niósł torbę z parą rękawic ogrodniczych i dużą latarkę-lampkę, zakupione poprzedniego wieczoru w przydrożnym sklepiku. Pospieszył do samochodu myśląc bezustannie o tym, co usłyszał od dwóch mężczyzn siedzących w celi śmierci, wierząc, że odnajdzie brakujący element układanki, jaka stworzyła się w jego umyśle. Nie zauważył detektywa, aż niemal na niego wpadł.

Tanny Brown opierał się o samochód reportera i przesłaniając dłonią oczy przed słońcem patrzył, jak się zbliża.

– Spieszy się pan gdzieś?

Cowart przystanął.

– Ma pan niezłych informatorów. Przyjechałem dopiero wczoraj wieczorem.

Tanny Brown skinął głową.

– Przyjmuję to za komplement. Niewiele jest rzeczy, o których nie wiemy w takiej niewielkiej mieścinie jak Pachoula.

– Jest pan tego pewien?

Detektyw nie połknął haczyka.

– Może lepiej będzie, jeśli nie przyjmę tego za komplement – powiedział powoli. – Jak długo planuje się pan tu zatrzymać?

Cowart zawahał się, zanim udzielił odpowiedzi.

– To brzmi jak dialog z jakiegoś drugorzędnego filmu.

Detektyw zmarszczył brwi.

– Spróbuję inaczej. Dotarło do mnie wczoraj wieczorem, że zameldował się pan tutaj w motelu. Najwyraźniej brakuje panu jeszcze kilku odpowiedzi na pytania, w przeciwnym razie nie byłoby tu pana.

– Zgadza się, – Jakie pytania?

Cowart nie odpowiedział. Zamiast tego przyglądał się, jak detektyw przestępuje z nogi na nogę. Ogarnęła go dziwna myśl: mimo że był jasny dzień, policjant w jakiś sposób zaciemniał widzenie świata, jakby zapadała noc. Wyczuwał u niego lekkie zdenerwowanie i jakąś drobną, nie dającą mu spokoju obawę.

– Myślałem, że już pan zdecydował co do Fergusona i nas.

– Źle pan myślał.

Detektyw uśmiechnął się i powoli pokręcił głową, dając Cowartowi do zrozumienia, iż wie, że to nieprawda.

– Zawzięty z pana facet, prawda, panie Cowart?

Nie powiedział tego gniewnie ani zadziornie, ale łagodnie, jakby powodowała nim niejasna ciekawość.

– Nie wiem, co pan ma na myśli, poruczniku.

– Mam na myśli, że świta panu coś w głowie i nie poprzestanie pan, prawda?

– Jeśli chce pan przez to powiedzieć, że mam poważne wątpliwości co do winy Roberta Earla Fergusona, tak, to prawda.

– Czy mogę pana o coś zapytać, panie Cowart?

– Proszę bardzo.

Detektyw głęboko wciągnął powietrze, pochylił się nad samochodem i powiedział głosem niewiele głośniejszym od szeptu:

– Widział się pan z nim. Rozmawiał pan z nim. Stał pan tuż obok tego człowieka i czuł jego zapach. Jego dotyk. Co pan o nim sądzi?

– Nie wiem.

– Nie powie mi pan, że skóra panu trochę nie ścierpła i że nie spocił się pan lekko pod pachami, jak pan rozmawiał z panem Fergusonem, mam rację? Czy tak się reaguje, gdy się rozmawia z niewinnym człowiekiem?

– Mówi pan tu o wrażeniach, a nie dowodach.

– Właśnie. Niech mi pan nie wmawia, że pan nie odnosi żadnych wrażeń. Co pan o nim sądzi?

– Nie wiem.

– Oczywiście, że pan wie.

W tym momencie Cowart przypomniał sobie tatuaże na bladej skórze ramion Blaira Sullivana. Jakiś pracowity artysta stworzył dwa ozdobne, orientalne smoki, które wydawały się ślizgać się po skórze, falując przy każdym, najmniejszym nawet zgięciu ścięgien. Smoki były w wyblakłym czerwonym i niebieskim kolorze, ozdobione zielonymi łuskami. Miały wysunięte pazury i otwarte groźnie szczęki, tak że gdy Sullivan wyciągał ręce, żeby coś lub kogoś pochwycić, to samo czyniły dwa smoki. Przyszedł mu nagle do głowy pomysł, żeby wycedzić nazwisko Sullivana i zobaczyć, jakie wrażenie zrobi na detektywie, ale był to zbyt ważny trop, żeby go tak nieostrożnie zmarnować.

Detektyw przyglądając się dziennikarzowi pochylił się do przodu i powiedział wolno:

– Widział pan kiedyś parę starych, złych psów, panie Cowart? Wie pan, jak się obwąchują, chodzą w kółko, mierzą wzajemnie wzrokiem? Zawsze zastanawiałem się, od czego to zależy, że te stare psy decydują się na walkę. Czasami dociera do nich odpowiednia woń i po prostu się wycofują, najwyżej pomerdają trochę ogonami i wracają do swych psich spraw. Ale czasami, w mgnieniu oka, jeden z nich zawarczy i odsłoni kły, i nagle obydwa rzucają się na siebie, jakby ich cholerne życie zależało od tego, czy uda się rozszarpać gardło przeciwnikowi. – Przerwał na chwilę. – Może pan wie, panie Cowart. Dlaczego te psy czasami odchodzą? A dlaczego czasami walczą?

– Nie wiem.

– Może coś wyczuwają?

– Pewnie tak.

Tanny Brown oparł się plecami o samochód i zadarł głowę do słońca, wpatrując się w dryfujące chmury. Skierował głos w stronę bladoniebieskich połaci.

– Wie pan, jak byłem małym chłopcem, to wydawało mi się, że wszyscy biali są w jakiś sposób szczególni. Bardzo łatwo było tak sądzić. Jedyne co widziałem, to że mają dobre prace, wspaniałe samochody i ładne domy. Przez długi czas nienawidziłem białych. Potem podrosłem. Chodziłem z białymi do szkoły. Poszedłem do wojska, walczyłem ramię w ramię z białymi. Zostałem policjantem, jednym z pierwszych czarnych gliniarzy w niemal zupełnie białych oddziałach. W tej chwili jest w nich już dwadzieścia procent czarnych i ta liczba ciągle wzrasta. I wsadzam do więzienia i białych, i czarnych. I na każdym z tych etapów czegoś się nauczyłem. A wie pan, czego się nauczyłem? Że zło nie odróżnia kolorów. Nie ma żadnego znaczenia, jaki ma się kolor skóry. Jeśli ktoś jest zły, to jest zły, niezależnie od tego czy jest czarny, biały, zielony, żółty, czerwony.

Odwrócił wzrok od nieba.

– Proste, prawda, panie Cowart?

– Zbyt proste.

– To pewnie dlatego że w głębi serca jestem człowiekiem ze wsi – odparł Tanny Brown. – Jestem jak ten stary pies. Wyczuwam odpowiednią woń.

Dwaj mężczyźni stali obok samochodu i przyglądali się sobie w milczeniu. Brown westchnął i pogładził wielką dłonią swoje krótko przystrzyżone włosy.

– Wie pan, powinienem się z tego wszystkiego śmiać.

– To znaczy z czego?

– Dowie się pan. Gdzie pan się wybiera?

– Na poszukiwanie skarbów.

Detektyw uśmiechnął się.

– Mogę pójść razem z panem? Brzmi to jak jakaś zabawa, a mnie z pewnością przydałoby się trochę dziecięcej rozrywki, nie sądzi pan? Jak się jest policjantem, nieczęsto można się pośmiać niefrasobliwie, na ogół to wisielczy humor. Czy też będę musiał pana śledzić?

Cowart zdał sobie sprawą, że żeby nie wiadomo jak tego pragnął, nie umknie przed policjantem. Z łatwością podjął decyzję.

– Niech pan wsiada – powiedział, wskazując siedzenie obok kierowcy.


Przez kilka chwil jechali w milczeniu. Cowart przyglądał się, jak autostrada ucieka za przednią szybą, a detektyw obserwował mijane pola. Ta cisza była nienaturalna i Cowart wiercił się w fotelu, usiłując wyprostować ręce trzymane na kierownicy. Przyzwyczaił się, że z łatwością ocenia osobowość i charakter, a w przypadku Tanny’ego Browna to mu się nie udało. Spoglądał ukradkiem na detektywa, który sam zdawał się pogrążony w myślach. Cowart starał się go ocenić, jak osoba biorąca udział w aukcji, zanim zgłosi swoją ofertę. Mimo muskulatury i potężnej budowy Browna, beżowy mundur zwisał mu luźno na barkach i ramionach, jakby celowo o dwa numery za duży, żeby zmniejszyć optycznie ciało. Choć dzień robił się ciepły, policjant miał krawat zawiązany ciasno pod kołnierzykiem bladoniebieskiej koszuli. Cowart rzucał ukradkowe spojrzenia znad kierownicy; widział więc, że detektyw wyczyścił parę oprawionych w złote druciane oprawki okularów i włożył je, co nadało mu wygląd mola książkowego i jeszcze mniej zgadzało się z jego posturą. Następnie Brown wyjął niewielkie pióro i notes, i szybko zrobił kilka notatek, pisząc jak zawodowy dziennikarz. Gdy skończył, schował notes, pióro i okulary, i nadal wyglądał przez okno. Podniósł nieznacznie rękę, jakby wypychał na światło dzienne jakiś nowy pomysł i wskazał mijane pastwiska.

– Dziesięć lat temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej. A dwadzieścia lat temu jeszcze inaczej.

– Jak?

– Widzi pan tę stację benzynową? Sklep spożywczy Exxon Mini-Mart, gdzie można zrobić zakupy nie wysiadając z samochodu, i sterowane komputerowo, automatyczne dystrybutory z elektronicznymi czytnikami?

Przejechali obok stacji.

– Tak. Co w niej dziwnego?

– Pięć lat temu nazywała się Dixie Gas i jej właścicielem był facet, który w latach pięćdziesiątych prawdopodobnie należał do Ku-Klux-Klanu. Dwa stare dystrybutory, flaga amerykańska wywieszona w oknie i tabliczka z napisem PRZYNĘTA IAMUNIC. Do diabła, facet miał szczęście, że chociaż tyle potrafił napisać bez błędów, a i tak musiał jeszcze skrócić jedno z tych słów. Ale jego stacja była doskonale zlokalizowana. Sprzedał ją. Zarobił sporo pieniędzy. Na starość chyba osiadł w jednym z tych małych domków, które powstają tu wokół i nazywają się Lisi Trakt, Okoniowy Strumień lub Pola Elizejskie. – Detektyw zaśmiał się do siebie. – Podoba mi się to. Jak przejdę na emeryturę, to będę chciał zamieszkać w miejscu, które nazywa się Pola Elizejskie. Albo Pola Chwały, to chyba bardziej odpowiednie dla gliniarza, co? Wojownicy współczesnego społeczeństwa. Oczywiście powinienem zginąć z bronią w ręku, prawda?

– Jasne – odparł Cowart. Był spięty. Detektyw zdawał się wypełniać niewielkie wnętrze samochodu. – Dużo się zmieniło?

– Niech się pan rozejrzy. Droga jest niezła, a to oznacza pieniądze z podatków. To już nie jest sprawa mamy i taty. Teraz wszędzie są sklepy 7-Eleven, Winn-Dixie i Southland Corporation. Jak ktoś chce przesmarować samochód, idzie do korporacji. Jak ktoś chce iść do dentysty, udaje się do profesjonalnego stowarzyszenia. Jak ktoś chce coś kupić, idzie do centrum handlowego. Do diabła, główny napastnik w szkolnej drużynie baseballowej jest synem nauczyciela i jest czarny, a najlepszy obrońca jest synem mechanika i jest biały. Co pan na to?

– Wydaje się, że nie za wiele się zmieniło tam, gdzie mieszka babka Fergusona.

– Nie, ma pan rację. Stare Południe. Bardzo biedne. Latem rozpalone. Zimą zmarznięte. Piec na drewno, toaleta na zewnątrz i bose nogi drepczące po gołej ziemi. Nie wszystko się zmieniło, a to jedno z takich miejsc, które istnieje po to, żeby nam przypominać, ile jeszcze mamy do zrobienia.

– Stacje benzynowe to jedno – powiedział Cowart. – A co z wzajemnym stosunkiem ludzi do siebie?

Brown roześmiał się.

– Te zmiany są powolniejsze, prawda? Wszyscy wiwatują, jak ten syn nauczyciela rzuca piłkę, a chłopak mechanika łapie ją i dotyka ziemi zdobywając punkt. Ale jakby któryś z tych chłopaków zechciał umówić się na randkę z siostrą tego drugiego, wiwaty chyba cholernie szybko by zamilkły… Przy pańskim zawodzie nie jest to dla pana nic nowego, prawda?

Dziennikarz przytaknął, nie bardzo wiedząc, czy Brown się z nim drażni, obraża, czy mówi komplement. Przejechali obok jakiejś nowej dzielnicy wznoszonej na szerokim polu. Żółty buldożer wyrywał z korzeniami poszycie zielonego pola, odsłaniając świeżą czerwonawą glebę. Wydawał dźwięki mielenia i kopania, natychmiast wypełniając samochód odgłosem ciężko pracującej maszyny. Obok załoga w kaskach i przepoconych koszulach układała deski i cegły. Dwaj mężczyźni w samochodzie nie odezwali się, aż minęli plac budowy. Wtedy Cowart zapytał:

– A gdzie jest dzisiaj Wilcox?

– Bruce? Ach, wczoraj wieczorem mieliśmy dwa śmiertelne wypadki drogowe. Wysłałem go, żeby oficjalnie przyjrzał się sekcji zwłok. To napawa człowieka szacunkiem dla pasów bezpieczeństwa i każe zastanowić się nad jazdą po pijanemu i nad tym, co się dzieje, jak robotnicy budowlani, jak ci, których właśnie minęliśmy, dostają wypłaty w czwartki.

– Potrzebne mu takie lekcje?

– Wszystkim nam są potrzebne. To część szkolenia pracowniczego.

– Tak jak jego temperament?

– To też nauczy się kontrolować. Mimo tego temperamentu jest bardzo uważnym obserwatorem. I wnikliwym. Zdziwiłby się pan, jak doskonale radzi sobie z dowodami i z ludźmi. Bardzo rzadko pozwala tak się ponieść emocjom.

– Powinien też był nad nimi zapanować w przypadku Fergusona.

– Chyba jeszcze nie do końca pan zrozumiał, jak wszyscy byliśmy przejęci tym, co przydarzyło się tej dziewczynce.

– Nie o to chodzi i doskonale pan o tym wie.

– Nie, właśnie o to chodzi. Tylko pan nie chce tego wysłuchać.

Upomnienie detektywa uciszyło Cowarta. Po chwili jednak znowu zaczął.

– Wie pan, co się stanie, jak napiszę, że uderzył Fergusona?

– Wiem, co panu się wydaje, że się stanie.

– Będzie powtórnie sądzony.

– Może. Sądzę, że to możliwe.

– Zachowuje się pan jak ktoś, kto coś wie i nie chce powiedzieć.

– Nie, panie Cowart, zachowuję się jak ktoś, kto zna cały ten system.

– Według tego systemu nie wolno siłą wyciągać zeznań od podejrzanego.

– Czy to właśnie zrobiliśmy? Wydaje mi się, że powiedziałem panu jedynie, że Wilcox raz czy dwa klepnął Fergusona w twarz. Klepnął. Otwartą dłonią. To niewiele więcej niż sposób przywrócenia mu uwagi. Czy wydaje się panu, że uzyskanie od mordercy przyznania się do winy to jakaś herbatka u cioci, przez cały czas przyjemna i zgodna z zasadami? Chryste. A poza tym przyznał się dopiero niemal dobę później. Jak ma się tutaj powód do rezultatu?

– Ferguson twierdzi co innego.

– Pewnie twierdzi, że przez cały czas znęcaliśmy się nad nim.

– Tak.

– Że nie miał co jeść. Że nie miał co pić. Że nie pozwoliliśmy mu spać. Nieprzerwane fizyczne znęcanie się połączone z pozbawieniem praw i zastraszeniem. Stare sposoby, które odnosiły niezły skutek. Stosowano je w epoce kamienia łupanego. Tak twierdzi?

– Mniej więcej. Pan temu zaprzecza?

Tanny Brown uśmiechnął się i skinął głową.

– Oczywiście. Było zupełnie inaczej. Gdyby tak się działo, wydostalibyśmy z tego milczącego skurwysyna znacznie lepszą spowiedź. Dowiedzielibyśmy się, jak zwabił Joanie do samochodu, gdzie ukrył swoje ubranie i kawałek dywanika, i całą resztę tego gówna, której nie chciał nam wyjawić.

Cowarta znowu ogarnęły wątpliwości. To, co mówił policjant, było prawdą.

Brown przerwał i zastanawiał się. Następnie dodał:

– Proszę bardzo, to się przyda do pańskiego artykułu, prawda? Oficjalne zaprzeczenie.

– Tak.

– Ale nie powstrzyma to pana przed jego napisaniem?

– Nie.

– No cóż. Wydaje mi się, że znacznie wygodniej dla pana jest wierzyć jemu.

– Tego nie powiedziałem.

– Nie? A dlaczego jego wersja jest bardziej wiarygodna niż to, co ja panu powiedziałem?

– Nie czynię takich osądów.

– O, jasne, że nie. – Brown gwałtownie odwrócił się na swoim fotelu i popatrzył gniewnie na Cowarta. – To typowa wymówka reporterska, prawda? Gadka pod tytułem „Zamieszczam wszystkie wersje i pozwalam zdecydować czytelnikom, komu mają wierzyć…”, tak?

Cowart, zdenerwowany, przytaknął.

Detektyw również skinął głową i odwrócił wzrok do okna.

Cowart, prowadząc samochód po szosie, zagłębił się w ciszy. Zauważył, jak minął skrzyżowanie opisane przez Blaira Sullivana. Przyglądał się poboczu w poszukiwaniu grupy wierzb.

– Czego pan szuka? – spytał Brown.

– Wierzb i drenu, który przebiega pod szosą.

Detektyw zmarszczył brwi i przez chwilę nie odpowiadał.

– Jeszcze kawałek. Niech pan zwolni, pokażę panu.

Wskazał przed siebie i Matthew Cowart ujrzał drzewa i kawałek terenu, gdzie można było się zatrzymać. Zaparkował samochód i wysiadł.

– W porządku – powiedział detektyw. – Znaleźliśmy wierzby. Teraz czego szukamy?

– Nie jestem pewien.

– Panie Cowart, może gdyby mógł pan nieco wybiegać myślami w przyszłość…

– Pod drenem. Kazał mi szukać pod drenem.

– Kto kazał panu szukać pod drenem i czego?

Reporter potrząsnął głową.

– Jeszcze nie. Najpierw popatrzmy.

Detektyw skrzywił się, ale ruszył za nim.

Matthew Cowart poszedł na skraj drogi i przyglądał się krawędzi ołowiano-szarej, zardzewiałej rury, która wystawała pomiędzy krzakami, kamieniami i mchem. Otaczała ją ogromna ilość śmieci: puszki po piwie, plastikowe butelki po napojach, wyblakłe papiery, stary brudnobiały trampek i cuchnący, na wpół zjedzony pojemnik po smażonym kurczaku. Z końcówki metalowego cylindra ciekła strużka czarnej, zabrudzonej wody. Zawahał się, po czym zszedł na dół pośród kolczastych zarośli. Chaszcze czepiały się jego ubrania, a pod stopami czuł miękką od wilgoci ziemię. Detektyw szedł bez wahania za nim, natychmiast drąc i błocąc mundur. Nie zwracał na to uwagi.

– Niech mi pan powie, to zawsze tak wygląda, czy…

– Nie. Jak mocno pada, całe to miejsce napełnia się cuchnącym bagnem i błotem. Mija dzień lub dwa, zanim znowu wyschnie. Tak w kółko.

Cowart włożył rękawiczki.

– Niech pan potrzyma latarkę – powiedział.

Reporter przyklęknął ostrożnie i zaczął usuwać kamienie i ziemię, podczas gdy detektyw obok niego świecił latarką pod skrajem drenu.

– Panie Cowart, wie pan, co pan robi?

Nie odpowiedział, tylko nadal wybierał nieczystości i rzucał je za siebie.

– Może gdyby mi pan powiedział…

Zauważył coś w promieniu latarki. Zaczął kopać szybciej. Detektyw spostrzegł, że coś zauważył, i próbował zajrzeć pod krawędź, żeby zobaczyć co to takiego. Matthew Cowart zdrapał trochę liści i błota. Zobaczył rękojeść i chwycił ją. Pociągnął mocno. Przez chwilę czuł opór, jakby ziemia nie miała ochoty poddać się bez walki, aż w końcu udało mu się wyciągnąć. Wstał gwałtownie, odwracając się do detektywa i wyciągając rękę.

Wypełniło go dzikie, satysfakcjonujące podniecenie.

– Jakiś nóż – powiedział powoli.

Detektyw wpatrywał się w przedmiot.

– Pewnie jakieś narzędzie zbrodni.

Dziesięciocentymetrowe ostrze i rękojeść noża były pokryte rdzą i ziemią, czarne od starości, i Cowart przestraszył się, że broń rozleci mu się w dłoni.

Tanny Brown spojrzał ostro na Matthew Cowarta, wyciągnął z kieszeni czystą chusteczkę i wziął nóż za końcówkę, owijając go delikatnie.

– Ja to wezmę – rzekł zdecydowanie.

Umieścił nóż w kieszeni munduru.

– Za wiele z niego nie zostało – powiedział powoli z rozczarowaniem. – Sprawdzimy go w laboratorium, ale nie liczyłbym na zbyt wiele. – Popatrzył na dren, a potem w niebo. – Niech się pan odsunie – ciągnął cicho. – Proszę niczego więcej nie dotykać. Może być tu coś wartościowego dla śledztwa i nie życzę sobie więcej zacierania śladów. – Obdarzył Cowarta długim, srogim spojrzeniem. – Jeśli to miejsce ma coś wspólnego ze zbrodnią, to chcę je należycie zabezpieczyć.

– Wie pan, z czym ono ma coś wspólnego – odparł Cowart.

Brown odsunął się i potrząsnął głową.

– Ty sukinsynu – rzekł cicho, odwracając się gwałtownie i wdrapując z powrotem po pochyłości do samochodu dziennikarza. Przez chwilę stał na szosie, z zaciśniętymi pięściami, skupioną twarzą. Nagle, z szybkością, która zdawała się ciąć na strzępy spokojny poranek, kopnął w otwarte drzwi samochodu. Odgłos uderzenia o metal zabrzmiał echem pośród upału i światła słonecznego, zanikając powoli jak daleki wystrzał.


Cowart siedział sam w biurze policjanta i czekał. Patrzył przez okno, jak na miasteczko spływa noc; nagły atak ciemności, która wydawała się wysączać z mrocznych kątów i spod cienia drzew, opanowując świat. Zimowa szybkość, w której nie było nic z powolnie zanikającego dnia.

Cały dzień spędził nad rowem. Obserwował, jak zespół techników kryminalistyki dokładnie badał dren w poszukiwaniu innych materiałów dowodowych. Widział, jak spakowali w torebki i opatrzyli metkami wszystkie pozostałe śmieci, próbki gruntu i jakieś nierozpoznawalne strzępy. Wiedział, że nic nie znajdą, ale cierpliwie przeczekał poszukiwania.

Późnym popołudniem wraz z Tannym Brownem pojechał z powrotem na posterunek policji, gdzie detektyw umieścił go w biurze, żeby poczekał na laboratoryjną ekspertyzę noża. Między dwoma mężczyznami panowało milczenie.

Cowart odwrócił się do ściany gabinetu i przyglądał oprawionej w ramki fotografii detektywa i jego rodziny, stojących przed pobielanym kościołem. Zona i dwie córki; jedna z warkoczami, aparatem ortodontycznym i beztroską, która przebijała nawet przez surowość niedzielnej sukienki; druga, nastoletni podlotek o gładkiej skórze w mocno wykrochmalonej białej bluzce. Detektyw i jego żona uśmiechali się spokojnie do obiektywu, starając się wyglądać naturalnie.

Nagle poczuł ostre ukłucie. Po rozwodzie wyrzucił wszystkie zdjęcia, na których widniał wraz z żoną i córką. Zastanawiał się teraz dlaczego.

Przyglądał się pobieżnie pozostałym ozdobom na ścianach. Wisiała tam seria plakietek w dowód uznania za wygranie dorocznych zawodów okręgowych w strzelaniu z pistoletu, oprawiona w ramki pochwała od mera i rady miasteczka odnośnie do jego odwagi nie bardzo wiadomo z jakiej okazji. Oprawiony medal, Brązowa Gwiazda z jeszcze jedną pochwałą. Obok wisiało zdjęcie młodszego i znacznie szczuplejszego Tanny’ego Browna w wojsku w Azji Południowo-Wschodniej.

Drzwi za nim otworzyły się i Cowart odwrócił głowę. Detektyw nie wyrażał żadnych emocji, miał kamienną twarz.

– Hej – odezwał się Cowart – za co pan dostał medal?

– Co?

Cowart wskazał na ścianę.

– A, to. Byłem sanitariuszem. Pluton znalazł się w potrzasku i czterech gości zostało rannych. Wyszedłem z ukrycia i ich przyciągnąłem, jednego po drugim. Nie było to nic takiego, tylko że akurat tego dnia był z nami reporter z „The Washington Post”. Mój porucznik stwierdził, że tak narozrabiał wprowadzając nas w zasadzkę, że dobrze by było, gdyby to jakoś naprawił, więc wystąpił o przyznanie mi medalu. To jest świadectwo złych wspomnień, jakie pozostały temu gryzipiórkowi po czterech godzinach czołgania się pośród pijawek z twarzą wepchniętą w bagno, podczas gdy strzelali mu w dupsko. Pan też tam był?

– Nie – odpowiedział Cowart. – Miałem numer trzysta dwadzieścia. Nigdy go nie wylosowali.

Detektyw skinął głową i gestem wskazał krzesło. Sam rozparł się z biurkiem.

– Nic – powiedział.

– Odciski palców? Krew? Cokolwiek?

– Jeszcze nie. Chcemy go wysłać do laboratorium FBI i zobaczyć, co oni mogą z tym zrobić. Mają bardziej wyszukany sprzęt niż my.

– Ale zupełnie nic?

– Ekspert medyczny twierdzi, że ostrze jest odpowiedniej wielkości, żeby mogło spowodować rany kłute. Najgłębsza rana miała taką samą głębokość jak ostrze noża. To już coś.

Cowart wyciągnął notes i zaczął robić notatki.

– Jest pan w stanie ustalić pochodzenie noża?

– To tani, typowy nóż za dziewiętnaście dolarów i dziewięćdziesiąt dziewięć centów, który można kupić w pierwszym lepszym sklepie z artykułami sportowymi. Spróbujemy, ale nie ma na nim numeru seryjnego ani nazwy producenta. – Zawahał się i spojrzał na Cowarta. – Ale po co to?

– Co?

– Słyszał mnie pan. Czas przestać się bawić. Kto panu powiedział o nożu? Czy ten, kto zabił Joanie Shriver? Niech mi pan odpowie.

Cowart zawahał się.

– Każe mi pan o tym przeczytać w gazecie czy co? – Przez zmęczenie w głosie detektywa przedarł się cierpki upór.

– Jedno panu powiem: Robert Earl Ferguson nie mówił mi, gdzie szukać tego noża.

– Chce mi pan zasugerować, że ktoś inny powiedział panu, gdzie szukać broni, która mogła być użyta do zamordowania Joanie Shriver?

– Właśnie tak.

– Czy jest pan skłonny podzielić się tą wiadomością?

Matthew Cowart podniósł wzrok sponad notatek.

– Najpierw niech pan mi coś powie, poruczniku. Jeśli powiem panu, kto mi powiedział o tym nożu, czy otworzy pan ponownie dochodzenie w sprawie tego morderstwa? Czy ma pan zamiar udać się do adwokata stanowego? Stawić się przed sędzią i oznajmić, że sprawa musi zostać ponownie otwarta?

Detektyw zawył.

– Nie mogę obiecywać takich rzeczy, zanim się czegoś nie dowiem. Dalej, Cowart, niech mi pan powie.

Cowart potrząsnął głową.

– Po prostu nie wiem, czy mogę panu zaufać, poruczniku. To bardzo proste.

W tej chwili Tanny Brown wyglądał jak człowiek, który zaraz eksploduje.

– Wydawało mi się, że jedną rzecz pan zrozumiał – powiedział niemal szeptem.

– Co?

– Że do czasu aż ten człowiek za to zapłaci, sprawa Joanie Shriver nigdy nie została zamknięta.

– I tu właśnie pojawia się pytanie. Kto zapłaci?

– Wszyscy płacimy. Każdy z nas. Przez cały czas. – Mocno uderzył pięścią w stół. Dźwięk odbił się echem w niewielkim pomieszczeniu. – Ma pan coś do powiedzenia, niechże więc pan mówi!

Matthew Cowart zastanowił się porządnie nad tym, co wie, a czego nie i odparł:

– Blair Sullivan powiedział mi, gdzie znaleźć ten nóż.

To nazwisko zrobiło na policjancie przewidywane wrażenie. Najpierw przybrał zdziwioną, a następnie zszokowaną minę, jak gracz w baseball, który oczekuje, żeby odbić piłkę, śledzi jej trajektorię lotu i widzi, jak znika poza boiskiem.

– Sullivan? A co on ma z tym wspólnego?

– Powinien pan wiedzieć. Przejeżdżał przez Pachoulę w maju 1987 roku, zabijając po drodze masę ludzi.

– Wiem, ale…

– I wiedział, gdzie jest ten nóż.

Brown wpatrywał się w niego kilka długich sekund.

– Czy Sullivan powiedział, że zabił Joanie Shriver?

– Nie, nie powiedział.

– Czy powiedział, że Ferguson nie zabił tej dziewczynki?

– Nie wprost, ale…

– Czy powiedział coś wprost, co mogłoby zaprzeczyć pierwotnym ustaleniom procesu?

– Wiedział o tym nożu.

– Wiedział o jakimś nożu. Nie wiemy, czy to ten nóż i bez przeprowadzenia ekspertyzy nie jest on niczym więcej jak kawałkiem zardzewiałego metalu. Panie Cowart, wie pan, że Sullivan jest porządnie stuknięty. Czy dał panu coś, co chociaż w najmniejszym stopniu można by nazwać dowodem?

Oczy Browna zwęziły się. Cowart widział, jak szybko przetwarza informacje, rozważa, analizuje, wyciąga wnioski. Pomyślał sobie, że jest to ponad jego siły. Nie zechce przyznać się do jakiejkolwiek możliwości popełnienia błędu. Ma swojego zabójcę i jest zadowolony.

– Nic więcej.

– Więc to nie wystarczy, żeby ponownie otworzyć dochodzenie, które już zakończyło się wyrokiem.

– Nie? Dobrze. Niech się pan przygotuje na lekturę gazety. Wtedy zobaczymy, czy to nie wystarczy.

Policjant popatrzył z gniewem na Cowarta i wskazał mu drzwi.

– Niech pan wyjdzie, panie Cowart. Niech pan natychmiast wyjdzie. Niech pan wsiada do swojego wynajętego samochodu i wraca do motelu. Niech pan spakuje torby. Pojedzie na lotnisko. Wsiądzie w samolot i wróci do swojego miasta. I niech pan nie wraca. Zrozumiano?

Cowart zjeżył się. Czuł, jak narasta w nim gniew.

– Czy pan mi grozi?

Detektyw potrząsnął głową.

– Nie. Daję panu radę.

– I co?

– Niech ją pan przyjmie.

Matthew Cowart podniósł się z krzesła i dłuższą chwilę przyglądał się detektywowi. Spojrzenia obydwu mężczyzn spięły się ze sobą. Wzrokowa próba sił. Kiedy detektyw w końcu odwrócił się plecami, Cowart okręcił się na pięcie, wyszedł, zamknął ostro za sobą drzwi i krocząc szybko pośród jasnych neonowych świateł posterunku policji, jakby pchał przed sobą jakaś falę, patrzył, jak policjanci w mundurach i detektywi schodzą mu z drogi. Czuł na plecach ich wzrok, gdy tak szedł korytarzami, uciszając po drodze rozmowy. Kilkakrotnie słyszał za sobą parę wymamrotanych słów, kilkakrotnie słyszał swoje nazwisko wypowiedziane z niechęcią. Nie rozglądał się, nie zmieniał kroku. Samotnie zjechał windą i wyszedł przez szerokie, szklane drzwi na ulicę. Tam się odwrócił i spojrzał za siebie w stronę gabinetu detektywa. Przez chwilę dojrzał Tanny’ego Browna stojącego przy oknie i przyglądającego mu się. Ich wzrok znów się spotkał. Matthew Cowart nieznacznie pokręcił głową; niemal niedostrzegalny ruch na boki.

Zobaczył, jak detektyw usuwa się i znika z okna.

Cowart stał przez chwilę sztywno, dając się otoczyć nocy. Następnie ruszył, idąc najpierw powoli, ale szybko nabierając tempa i przyspieszając kroku, aż po chwili kroczył żwawo przez miasto, a głęboko w nim, paradując wojskowym szykiem poprzez wyobraźnię, zaczęły zbierać się słowa, które miały stać się jego artykułem.