"W słusznej sprawie" - читать интересную книгу автора (Katzenbach John)Rozdział czwartySekretarka w biurze przestępstw kryminalnych Departamentu Szeryfa Okręgu Escambia wskazała Matthew Cowartowi sfatygowaną kanapę z imitacji skóry i kazała mu tam zaczekać, podczas gdy kontaktowała się z dwoma detektywami. Była młodą kobietą i raczej ładną, ale twarz miała zmąconą srogą nudą, a włosy ściągnięte mocno do tyłu, co było pasującym dodatkiem do jej sztywnych ramion, skrytych pod nudnym brązem policyjnego munduru. Podziękował jej i usiadł. Kobieta wykręciła numer i rozmawiała przyciszonym głosem, tak że nie słyszał, co mówi. – Ktoś tu zaraz przyjdzie – oznajmiła mu, gdy odłożyła słuchawkę. Odwróciła się i przeglądała jakieś papiery na biurku, rozmyślnie go ignorując. A więc, pomyślał, wszyscy wiedzą, po co tutaj przyjechałem. Dział zabójstw znajdował się w nowym budynku, przyległym do aresztu okręgowego. Panowała w nim taka nowoczesna cisza; hałasy niknęły w grubym brązowym dywanie i były tłumione sztywnymi białymi przepierzeniami, oddzielającymi biurka detektywów od poczekalni, w której pozostawiono Cowarta. Starał się skoncentrować na czekającej go rozmowie, ale jego myśli krążyły gdzie indziej. Ta cisza wpływała rozpraszająco. Zaczął myśleć o swoim domu. Jego ojciec był kierownikiem wydawniczym małego dziennika, w średniej wielkości mieście w Nowej Anglii; w miasteczku przemysłowym, które rozrosło się do poważniejszych rozmiarów dzięki trafnym inwestycjom wielkich korporacji, to one spowodowały napływ pieniędzy i ludzi, oraz pewną niezaprzeczalną oryginalność miejscowej architektury. Był zamkniętym w sobie mężczyzną. Ciężko pracował, wychodził z domu przed świtem i wracał po zmierzchu. Ubierał się w proste, granatowe lub szare garnitury, które wydawały się zwisać na jego ascetycznym, szczupłym ciele; kanciasty mężczyzna o ostrych rysach, niechętnie się uśmiechający, o palcach poplamionych nikotyną i farbą drukarską. Jego ojciec był przede wszystkim nawiedzony nigdy nie kończącymi się wzlotami i upadkami, szczegółami i dramatami dziennika. Najbardziej podniecało go gromadzenie wiadomości, tworzenie materiału, szczególnie takiego, który trafiał na pierwszą stronę i przyciągał uwagę. Aberracje, zło, niegodziwość – wtedy sztywność opuszczała ojca i wchodziło w niego jakieś nerwowe, wyczerpujące podniecenie, jakby był tancerzem, który po wielu latach ciszy usłyszał muzykę. W takich chwilach jego ojciec zachowywał się jak terier, gotów rzucić się na coś i zagryźć mocno zęby, zapamiętując się w tym bez reszty. Czy bardzo się różnię? – zastanawiał się. Nie bardzo. Żona zwykła go nazywać romantykiem, jakby to było obraźliwe. Błędny rycerz. Podniósł wzrok i spostrzegł mężczyznę wchodzącego do poczekalni. Ale z sercem brytana, pomyślał. – Pan jest Cowart? – spytał mężczyzna w dość przyjacielski sposób. Cowart wstał. – Zgadza się. – Nazywam się Bruce Wilcox – mężczyzna wyciągnął dłoń. – Proszę, potrwa kilka minut, zanim wróci porucznik Brown. Możemy tutaj porozmawiać. Detektyw poprowadził Cowarta przez mrowie biurek do oszklonego gabinetu w rogu; jego okna wychodziły na stanowiska pracy. Na drzwiach widniał napis: PORUCZNIK T.H. BROWN, WYDZIAŁ ZABÓJSTW. Wilcox zamknął drzwi i usadowił się za wielkim szarym biurkiem, wskazując Cowartowi miejsce naprzeciwko. – Dziś rano mieliśmy niewielki wypadek lotniczy – zaczął, przekładając jakieś dokumenty na biurku. – Mały piper cub podczas zajęć szkoleniowych spadł na skraju bagniska. Tanny musiał tam pojechać i dopilnować wydobycia pilota i ucznia. Niewdzięczna robota. Najpierw trzeba przebrnąć przez to całe błoto, żeby dostać się do samolotu. Potem wyciągnąć załogę. Podobno był pożar. Czy miał pan kiedyś do czynienia ze spalonym ciałem? Boże, to dopiero miazga. Prawdziwa miazga. Detektyw potrząsnął głową wyraźnie zadowolony, że udało mu się uniknąć tej roboty. Cowart przyjrzał się detektywowi. Był krępym, niskim mężczyzną o długich, ale zaczesanych do tyłu włosach i swobodnym sposobie bycia; miał prawdopodobnie około trzydziestki. Wilcox zdjął sportową kurtkę – przyozdobioną krzykliwym wzorem w czerwone kwadraty – i przewiesił ją przez oparcie. Kołysał się na krześle, jak człowiek, który ma ochotę położyć nogi na biurku. Cowart ujrzał szerokie bary i mocne ramiona, które bardziej pasowałyby do znacznie wyższego mężczyzny. – …W każdym razie – kontynuował detektyw – wyciąganie ciał to jedna z nieprzyjemnych stron tego zawodu. Na ogół to ja dostaję takie zadania… – Wyciągnął ramię i napiął mięśnie. – W szkole ćwiczyłem zapasy i jestem niewysoki, więc potrafię się wślizgnąć w miejsce o połowę mniejsze niż inni faceci. Pewnie w Miami mają techników, ekipy ratownicze i tym podobne, które zajmują się trupami. Tutaj to nam przypada w udziale. Jak ktoś umrze, sprawa należy do nas. Najpierw ustalamy, czy to było morderstwo, czy nie. Oczywiście to nie takie trudne, gdy przed tobą leży na ziemi roztrzaskany, dymiący samolot. Potem ich odsyłamy do kostnicy. – No i jak się kręci interes? – spytał Cowart. – Śmierć zawsze wyrabia normę – odparł detektyw. Roześmiał się krótko. – Żadnych opóźnień. Żadnych urlopów. Żadnych przestojów. Cały czas równomierna praca. Do diabła, powinni stworzyć związki zawodowe wyłącznie dla detektywów do spraw zabójstw. Zawsze gdzieś ktoś umiera. – A co z morderstwami? Tutaj… – Pewnie pan słyszał, że borykamy się tu na Wybrzeżu Zatokowym z problemem narkotyków. Czy ładnie to ująłem? Problem narkotyków. Brzmi dosyć niewinnie. Moim zdaniem to raczej narkotykowy huragan. W każdym razie, bez wątpienia przysparza nam trochę dodatkowej pracy. – To coś nowego. – Racja. Od kilku lat. – A poza handlem narkotykami? – Kłótnie rodzinne. Pozbawienie życia w wyniku katastrof samochodowych. Od czasu do czasu jacyś poczciwi staruszkowie postrzelają się lub pokłują nożem przy kartach albo o kobiety czy o walki psów. W Pensacola mamy trochę wielkomiejskich problemów. Szczególnie z rekrutami. Wie pan, bójki w barach. Nieźle kwitnie tam prostytucja, a to też prowadzi do walk na noże i strzelanin. Noże sprężynowe i małe pistolety, kaliber trzydzieści dwa, z kolbą z macicy perłowej. Tego pewnie się pan spodziewał, jak sądzę. Nic nadzwyczajnego. – A Joanie Shriver? Detektyw przerwał i namyślił się, zanim odpowiedział. – To było coś innego. – Dlaczego? – Po prostu to było coś innego. To było… – Zawahał się, zacisnął nagle dłoń w pięść i zamachał nią przed sobą w powietrzu. – Wszyscy to czuli. To było… – Znowu przerwał i wziął głęboko wdech. – Powinniśmy poczekać na Tanny’ego Browna. Tak naprawdę to była jego sprawa. – Wydawało mi się, że ma na imię Theodore. – Bo ma. Tanny to jego przezwisko. Przed nim był jego tata. Jego tata prowadził dodatkowo farbiarnię skór. Zawsze miał na dłoniach i rękach czerwony barwnik, wie pan, taninę. Tanny pracował u niego przez całą szkołę średnią i potem, gdy przyjeżdżał z uniwersytetu na wakacje. Wtedy przylgnęło do niego to przezwisko. Chyba nikt oprócz jego mamy nigdy nie zwracał się do niego Theodore. – Wilcox wymawiał to imię Seeodoor. – Obydwaj jesteście miejscowi. Mam na myśli… – Wiem, co pan ma na myśli. Jasne, ale Tanny jest ode mnie dziesięć lat starszy. Wychował się w Pachouli. Chodził do liceum. Był wtedy niezłym sportowcem. Wyjechał na Uniwersytet Stanowy Florydy i grał tam w drużynie futbolowej, ale skończył taplając się w dżungli w Pierwszej Dywizji Kawalerii Powietrznej. Wrócił do domu z kilkoma orderami, skończył szkołę i dostał pracę w policji. Ja byłem miłośnikiem marynarki wojennej. Mój tata przez lata był wyższym oficerem straży przybrzeżnej. Po szkole średniej po prostu się obijałem. Przez krótki czas uczyłem się w szkole pomaturalnej. W końcu zdałem egzaminy do akademii policyjnej i tam zostałem. To mój tata pokierował mnie do pracy w policji. – Od jak dawna pracuje pan w wydziale zabójstw? – Ja? Od jakichś trzech lat. Tanny pracuje tu dłużej. – Podoba się panu? – To coś innego. Dużo ciekawsze niż jeżdżenie wozem patrolowym. Trzeba pracować głową. – Postukał się w czoło. – A Joanie Shriver? Detektyw skulił barki, jakby chciał się w nich skryć. – To była moja pierwsza prawdziwa sprawa. Wie pan, większość morderstw, jakie tutaj mamy, to morderstwa podmiotowe. Tak je nazywamy. Przyjeżdża się na miejsce i zabójca stoi tuż obok ofiary… To była prawda. Cowart przypomniał sobie, jak Vernon Hawkins mówił, że kiedy przyjeżdża na miejsce zabójstwa, zawsze najpierw rozgląda się za osobą, która nie płacze, ale stoi z szeroko otwartymi oczami, w stanie szoku, oszołomiona. To zabójca. – … Czy teraz te zabójstwa w związku z narkotykami. Ale to na ogół tylko zbieranie trupów. Wie pan, jak na to mówią w biurze adwokata stanowego? Zbrodnicze odpadki. Naprawdę nikt nie oczekuje wytoczenia sprawy o zabójstwo na podstawie ciała znalezionego w wodzie, po trzech dniach moczenia się; ciała, przy którym nie ma dokumentów tożsamości i któremu, jak rybki zrobią swoje, nie pozostaje zbyt wiele z twarzy. Jedna rana postrzałowa z tyłu głowy. Drogie dżinsy i złote łańcuchy. Nie, takich po prostu oznacza się metką i wsadza do plastikowego worka. Ale mała Joanie, rany, ona miała twarz. Ona nie była jakimś kolumbijskim, anonimowym handlarzem narkotykami. To było coś innego. Przerwał i zastanawiał się. Potem dodał: – Ona była jakby małą siostrzyczką nas wszystkich. Detektyw Wilcox chciał jeszcze coś powiedzieć, kiedy zadzwonił telefon na biurku. Odebrał go, wymamrotał kilka słów powitania, posłuchał i oddał słuchawkę Cowartowi. – To szef. Chce z panem mówić. – Tak? – Pan Cowart? – Usłyszał powolny, odległy, równy, głęboki głos, nie zdradzający żadnych południowych naleciałości, do których już zaczynał się przyzwyczajać. – Tu porucznik Brown. Będę musiał jeszcze trochę zostać tutaj, na miejscu katastrofy lotniczej. – Czy jest jakiś problem? Mężczyzna wybuchnął krótkim, gorzkim śmiechem. – To chyba zależy od punktu widzenia. Nic, czego nie można by się spodziewać przy okazji spalonego samolotu, martwego pilota i ucznia, zatopionych w trzymetrowej głębokości bagnie, dwóch rozhisteryzowanych żon, wściekłego właściciela szkoły pilotażu i dwóch strażników parku narodowego, wkurzonych, bo samolot spadł w samym środku rezerwatu ptaków. – Cóż, z przyjemnością zaczekam… Detektyw przerwał: – Myślę, że będzie rozsądniej, jeśli detektyw Wilcox zabierze pana na miejsce, gdzie znaleziono ciało Joanie Shriver. Jest jeszcze kilka innych ciekawych miejsc, które, mam nadzieję, pomogą panu w napisaniu pańskiego artykułu. Zanim skończycie, ja już będę mógł stąd wyjechać i będziemy mogli swobodnie porozmawiać o Robercie Earlu Fergusonie i popełnionej przez niego zbrodni. Cowart wsłuchiwał się w ten szybki, stanowczy głos. Porucznik mówił jak człowiek, który potrafi zamienić poradę w rozkaz jedynie dzięki obniżeniu tonu głosu. – Tak będzie dobrze. – Cowart oddał słuchawkę z powrotem detektywowi Wilcoxowi, który przez chwilę słuchał i odpowiedział: – Jesteś pewien, że go oczekują? Nie chciałbym… – Po czym zaczął kiwać głową ze zrozumieniem, jakby rozmówca go widział. Odłożył słuchawkę. – W porządku – powiedział. – Czas na wielką wycieczkę. Ma pan w hotelu jakieś buty z cholewami i dżinsy? Tam, gdzie pana zabieram, nie jest zbyt przyjemnie. Cowart przytaknął i podążył za niskim detektywem, który kołysał się, idąc wzdłuż korytarza, jakby rozpierał go jakiś szelmowski entuzjazm. Jechali w ostrym porannym słońcu, w nie oznakowanym samochodzie policyjnym detektywa. Wilcox odkręcił okno i wpuścił do środka powiew ciepłego powietrza. Nucił sobie fragmenty piosenek country; od czasu do czasu na wpół śpiewał jakieś płaczliwe teksty: „Mamy nie wychowują swoich dzieci, żeby wyrosły na detektywów do spraw zabójstw…” i szczerzył zęby do Cowarta. Dziennikarz przyglądał się krajobrazowi i czuł niepokój. Oczekiwał od detektywa gniewu, wybuchu wrogości i nieprzyjaznego nastawienia. Wiedzieli, po co przyjechał. Jego obecność mogła oznaczać dla nich jedynie kłopoty – szczególnie jeśliby napisał, że torturowali Fergusona, żeby uzyskać przyznanie do winy. Zamiast tego facet obok niego sobie nucił. – Niech no mi pan powie – spytał w końcu Wilcox, prowadząc samochód wzdłuż zacienionej ulicy – co pan sądzi o Bobbym Earlu? Był pan w Starkę, zgadza się? – Opowiedział mi ciekawą historię. – W to nie wątpię. Ale co pan na jego temat sądzi? – Nie wiem. Jeszcze nie mam zdania. – Cowart wiedział, że to było kłamstwo, nie był tylko pewien w jakim stopniu. – Ja go rozgryzłem po pierwszych pięciu sekundach. Jak tylko go zobaczyłem. – On też tak twierdzi. Detektyw zaśmiał się krótkim śmiechem. – Oczywiście. Ale założę się, że nie twierdzi, iż mam rację, co? – Nie. – Tak też mi się wydawało. W każdym razie, jak mu tam leci? – Wydaje się, że nieźle. Jest rozgoryczony – odparł Cowart. – Tak sądziłem. Jak wygląda? – Nie jest szaleńcem, jeśli o to panu chodzi. Detektyw roześmiał się. – Nie, nie przypuszczałbym, żeby Bobby Earl mógł zwariować. Nawet w celi śmierci. Zawsze był sukinsynem o zimnym sercu. Nie wzruszył się aż do końca, gdy ten sędzia oświadczył mu, gdzie skończy. Wilcox wydawał się myśleć przez chwilę i potrząsnął głową na nagłe wspomnienie. – Wie pan, panie Cowart, zachowywał się tak od pierwszej chwili, jak po niego pojechaliśmy. Ani mrugnął, ani mruknął, do czasu aż w końcu opowiedział nam wszystko, co zaszło. A jak już zaczął spowiedź, to poszło gładko. Same fakty, Chryste. To brzmiało, jakby mówił o czymś tak normalnym jak rozdeptanie robaka. Tej nocy wróciłem do domu i tak się upiłem, że Tanny musiał przyjechać i położyć mnie do łóżka. Przeraził mnie. – Bardzo mnie interesuje to jego przyznanie się do winy – powiedział Cowart. – Tak też sądzę. Wy, dziennikarze, zawsze jesteście dokładni. – Roześmiał się. – Cóż, będzie pan musiał zaczekać na Tanny’ego. Potem opowiemy panu o tym wszystkim. Na pewno mi opowiecie, pomyślał Cowart. – Ale przeraził pana? – zapytał. – Nie tyle on, ile świadomość, do czego jest zdolny. Detektyw nie wdawał się w szczegóły. Zaparkował samochód za rogiem i Cowart zauważył, że podjechali do szkoły, gdzie nastąpiło uprowadzenie. – Zaczniemy tutaj – powiedział Wilcox. Zatrzymał samochód pod ciemną wierzbą. – Tutaj wsiadła. Niech pan się przyjrzy uważnie. Szybko pojechał przed siebie, skręcił w prawo z dużą prędkością, następnie pospieszny skręt w lewo; jechał wzdłuż ulicy z parterowymi domami, postawionymi w oddaleniu od jezdni, pomiędzy krzakami i sosnami. – Widzi pan, nadal jedziemy w kierunku domu Joanie, więc nie ma żadnych powodów do obaw. Jesteśmy już jednak poza zasięgiem wzroku kogokolwiek ze szkoły. Teraz niech pan patrzy. Zatrzymał samochód na znaku stop przy skrzyżowaniu w kształcie litery Y. Wzdłuż jednej z ulic stały domy, ale w większych odległościach od siebie. Z drugiej strony skrzyżowania, przy drodze, znajdowało się kilka rozlatujących się ruder, a za nimi zaniedbane pastwisko i chyląca się ku ziemi brązowa stodoła na skraju tworzącej tunel gęstwiny lasu i zawiłych bagnisk. – Ona chciała jechać tą drogą – powiedział detektyw, wskazując w stronę domów. – On pojechał tą. Moim zdaniem tutaj uderzył ją po raz pierwszy… – Detektyw zwinął dłoń w pięść i uczynił nią w stronę Cowarta ruch naśladujący cios. – Jest silny; silny jak koń. Może nie wygląda na wielkiego chłopa, ale jest wystarczająco duży, żeby poradzić sobie z małą, jedenastoletnią dziewczynką. Musiało ją to piekielnie zaskoczyć. Zwaliło ją z nóg, upadła na podłogę… W tym momencie zniknęła cała wyluzowana jowialność, jaka do tej pory cechowała zachowanie detektywa. Jednym, morderczym ruchem Wilcox nagle pochylił się i złapał Cowarta za ramię. Tym samym ruchem wcisnął pedał gazu i samochód wystrzelił do przodu, przez moment buksując w luźnym żużlu i piasku. Palce detektywa wpijały się Cowartowi w mięśnie, ciągnąc go na boki, tak że nie mógł utrzymać równowagi na siedzeniu. Wilcox poprowadził samochód w stronę drogi rozwidlającej się w lewo od skrzyżowania. Cowart krzyknął, chrapliwe połączenie zaskoczenia i strachu, i próbował przytrzymać się oparcia w dziko podskakującym pojeździe. Samochodem zarzuciło, gdy wjeżdżał za róg, i Cowartem cisnęło o drzwi. Uścisk detektywa wzmocnił się. On też krzyczał; wyrzucał z siebie słowa bez sensu, twarz miał czerwoną od wysiłku. W kilka sekund minęli rudery, podskakując na dziurawej drodze i pogrążyli się w chłodnych cieniach rzucanych przez otaczający ich las. Samochód gnał do przodu, a ciemne drzewa wydawały się na nich naskakiwać. Szybkość przyprawiała o zawrót głowy. Silnik falował i wył, i Cowart zamarł, oczekując, że zaraz zderzy się ze śmiercią. – Krzycz! – detektyw rozkazał ostro. – Co? – Dalej, krzycz! – wrzasnął. – Krzycz o pomoc, do cholery! Cowart popatrzył na czerwoną twarz i szalone oczy detektywa. Głosy obydwu mężczyzn były podniesione, żeby przekrzyczeć hałas rozpędzonego silnika oraz tarcia i pisku opon na szosie. – Przestań! – krzyknął Cowart. – Co, do cholery, robisz? – Cienie i gałęzie migały mu przed oczami, wyskakując z poboczy drogi jak stada atakujących bestii. – Stop, do cholery, stop! Nagle Wilcox puścił go, złapał kierownicę dwiema rękami i jednocześnie nacisnął na hamulce. Cowart wyciągnął ręce, próbując się uchronić przed wpadnięciem na przednią szybę, a samochód piszczał i tańczył, aż się zatrzymał. – Tak było – powiedział detektyw. Oddychał szybko. Ręce mu drżały. – Co też, u diabła?! – wrzasnął Cowart. – Chce pan nas obu zabić?!! Detektyw nie odpowiedział. Po prostu odchylił głowę do tyłu i szybko wciągał powietrze, jakby usiłował odzyskać kontrolę, którą stracił na skutek tej szaleńczej jazdy; nagle odwrócił się do Cowarta i wpił w niego małe, zmrużone oczy. – Spokojnie, Panie Dziennikarzu – rzekł wolno. – Niech pan się rozejrzy. – Jezu, po co to przedstawienie? – Żeby pokazać panu, jak było naprawdę. Cowart wziął głęboki oddech. – Przez tę szaloną jazdę i próbę zabicia nas? – Nie – detektyw uśmiechnął się i zajaśniały jego równe białe zęby. – Po prostu pokazałem panu, jak łatwo było Fergusonowi zabrać to małe dziecko z cywilizacji do tej pieprzonej dżungli. Niech pan się rozejrzy. Sądzi pan, że ktoś usłyszy, jak będzie pan wołał o pomoc? Kto tu przyjdzie i panu pomoże? Niech pan popatrzy, gdzie się pan znalazł, panie Cowart. Co pan widzi? Cowart wyjrzał przez okno; zobaczył ciemne bagnisko i las rozciągający się wokół niego jak woal. – Widzi pan kogoś, kto mógłby panu pomóc? – Nikogo. – Widzi pan kogoś, kto mógłby pomóc małej jedenastoletniej dziewczynce? – Nikogo. – Widzi pan, gdzie się pan znalazł? W piekle. Pięć minut drogi. Tylko tyle. I znika cała cywilizacja. Tutaj jest pieprzona dżungla. Rozumie pan? – Rozumiem. – Chciałem po prostu, żeby pan to zobaczył oczami Joanie Shriver. – Rozumiem. – W porządku – powiedział detektyw i znowu się uśmiechnął. – Właśnie tak szybko to się stało. Potem zabrał ją jeszcze dalej. Chodźmy. Wilcox wysiadł z samochodu i podszedł do bagażnika. Wyjął dwie pary szerokich nieprzemakalnych spodni z brązowej gumy i rzucił jedną Cowartowi. – To będzie musiało wystarczyć. Cowart zaczął wciągać spodnie. Wykonując tę czynność, spojrzał w dół. Pochylił się gwałtownie i dotknął ziemi. Następnie poszedł na tył wozu policyjnego i stanął obok detektywa. Wziął głęboki oddech, uśmiechając się do siebie. W porządku, pomyślał, pobawimy się troszkę. – Ślady opon – powiedział krótko, wskazując palcem ziemię. – Co takiego? – Pieprzone ślady opon. Niech pan się przypatrzy tej glebie. Jeśli ją tu przywiózł, byłyby ślady opon. Można by je dopasować do tych z jego samochodu. Czy może wy, kowboje, nie znacie takich sztuczek? Wilcox uśmiechnął się i nie połknął haczyka. – To był maj. Ziemia wtedy zmienia się w popiół. – Nie pod taką gęstwiną. Detektyw przerwał i przyglądał się reporterowi. Nagle roześmiał się, a grymas uśmiechu wykrzywił mu twarz. – Nie jest pan głupi, prawda? Cowart nie odpowiedział. – Miejscowi dziennikarze nie byli tacy sprytni. O nie. – Niech mi pan nie prawi komplementów. Dlaczego nie zbadał pan odcisków opon? – Ponieważ po całym tym terenie jeździły bez przerwy ekipy ratownicze i pieprzone grupy poszukiwawcze. To na początku był nasz największy problem. Jak tylko rozniosła się wiadomość, że ją znaleziono, wszyscy się tu złazili. Dosłownie wszyscy. I na amen stratowali miejsce zbrodni. Zanim dotarłem tu z Tannym, narobili pieprzonego bałaganu. Strażacy, kierowcy karetek pogotowia, harcerze, Chryste, wszystko co żywe. Żadnej kontroli. Nikt niczego nie zabezpieczył. Więc nawet powiedzmy, że znaleźliśmy ślad opony. Że wzięliśmy odcisk. Jakiś kawałek podartego materiału na krzaku jeżyny, cokolwiek. W żaden sposób nie można by tego do niczego dopasować. Zanim tam dojechaliśmy, a do licha, jechaliśmy najszybciej, jak się dało, w tym miejscu był już wielki tłum. Do diabła, nawet ruszyli jej ciało z miejsca zbrodni; wyciągnęli ją na brzeg. Detektyw zastanawiał się przez chwilę. – Właściwie nie można mieć do nich pretensji – kontynuował. – Ludzie oszaleli na punkcie tej dziewczynki. To nie byłoby po chrześcijańsku zostawić ją w tym bagnie, żeby ją podgryzały drapieżne żółwie. Chrześcijaństwo nie miało nic do tego, pomyślał Cowart. To wszystko było pogańskie. – Więc spieprzyli sprawę? – Tak. – Detektyw spojrzał na niego. – Nie chcę tego widzieć w artykule. To znaczy, może pan dać do zrozumienia, że miejsce zbrodni było wielkim bałaganem. Ale nie życzę sobie, żeby było napisane: „Detektyw Wilcox powiedział, że miejsce zbrodni zostało spieprzone”… chociaż tak, było spieprzone. Cowart przyglądał się, jak detektyw wciąga gumowe spodnie. Przypomniał sobie inną maksymę Hawkinsa: Jak się dobrze przyjrzysz, to miejsce zbrodni powie ci wszystko. Ale Wilcox i Brown zostali pozbawieni miejsca zbrodni. Nie mieli żadnych dowodów, które nie byłyby naruszone. Więc musieli pozyskać inną rzecz, która pozwoliłaby przedstawić sprawę w sądzie: przyznanie się do winy. Detektyw zaciągnął paski i pomachał do Cowarta. – Dalej, chłopcze z miasta. Pokażę panu wspaniałe miejsce do umierania. Ruszył w stroną lasu. Gdy szedł, niskie krzaki szeleściły, ocierając się o gumowe spodnie. Miejsce, w którym zmarła Joanie Shriver, było ciemne i otoczone plątaniną pnączy i pędów; na górze zwieszały się gałęzie odgradzające słońce i tworzące naturalną pieczarę. Był tam mały pagórek wznoszący się może na jakieś trzy metry nad bagniskiem, które pobłyskiwało czarną wodą i błotem ciągnącymi się od lasu. Dłonie i twarz Cowarta były podrapane od odgarniania ciernistych gałęzi. Odeszli zaledwie o pięćdziesiąt metrów od samochodu, ale była to uciążliwa wędrówka. Spocił się mocno; pot spływał mu do oczu i drażnił je. Gdy zatrzymali się na małej polance, pomyślał sobie, że to wszystko jest przerażające. Przez drobną, straszną chwilę wyobraził sobie tutaj własną córkę i aż zaparło mu dech. Przyglądał się detektywowi i mówił do siebie: Znajdź trudne pytanie. Coś, co złamie tę pewność siebie, w którą wyposaża go jego wyobraźnia. – Jak mógł przez coś takiego przeciągnąć dzieciaka, który kopał i wrzeszczał? – spytał powoli. – Domyślamy się, że była nieprzytomna. Bezwładny balast. – Jak to? – Nie miała na ramionach ani na dłoniach żadnych ran, które powstałyby w wyniku samoobrony… – Wyciągnął ręce i skrzyżował je przed twarzą pokazując, jak się to według niego odbyło. – Jakby broniła się przed ciosami nożem. Nie było żadnych znaków, że w ogóle się broniła. Chociażby strzępy skóry pod paznokciami. Miała dość dużą ranę z boku głowy. Lekarz sądowy doszedł do wniosku, że straciła przytomność stosunkowo wcześnie. Chyba lepiej dla niej. Przynajmniej nie wiedziała, jaka krzywda jej się dzieje. Wilcox podszedł do pnia drzewa i wskazał w dół. – Tutaj znaleźliśmy jej ubranie. To dziwne, ale było ładnie i równiutko złożone. Odsunął się o kilka kroków i stanął z powrotem na środku polanki. Spojrzał w górę, jakby próbował ujrzeć niebo przez pokrywę roślin, potrząsnął głową i kiwnął na Cowarta. – Tutaj znaleźliśmy główne ślady krwi. Dokładnie w tym miejscu ją zabił. – Jak to się stało, że nie znaleziono nigdy narzędzia zbrodni? Detektyw wzruszył ramionami. – Niech się pan rozejrzy. Przeszukaliśmy cały teren. Używaliśmy wykrywacza metalu. Nic. Albo wyrzucił to gdzie indziej, albo nie mam pojęcia, co się z tym stało. Niech pan spojrzy, można podejść na brzeg bagniska, wziąć nóż i wetknąć go prosto w błoto na dwadzieścia pięć, trzydzieści centymetrów i już nigdy możemy go nie znaleźć. Chyba że przypadkiem nadepnie pan na niego. Detektyw szedł dalej przez polankę. – Tutaj wiódł ślad znaczony krwią. Sekcja wykazała, że gwałtu dokonano przed zgonem. Około połowy ran również. Jednak kilka zadano pośmiertnie, jakby się wściekł, że umarła, i ciął, i kłuł na oślep. W każdym razie, jak skończył, przyciągnął ją tutaj i wrzucił do wody. Wskazał brzeg bagniska. – Wepchnął ją tutaj, pod korzenie. Nie było jej widać, aż się na nie nie nastąpiło. Przykrył ją luźnymi fragmentami roślin. Mieliśmy szczęście, że tak szybko ją znaleźliśmy. Do licha, mieliśmy szczęście, że w ogóle ją znaleźliśmy. Chłopcy przeszliby tuż obok niej, tylko że jednemu akurat spadł kapelusz, bo zawadził o niską gałąź. Dojrzał ją tam, jak po niego sięgał. Prawdziwy ślepy łut głupiego szczęścia. – A co z jego ubraniem; czyż nie zostałyby jakieś ślady? Krew albo włosy czy coś w tym rodzaju? – Po tym, jak przyznał się do winy, dość dokładnie przeszukaliśmy dom. Ale nic nie znaleźliśmy. – To samo z samochodem. Musiało coś być. – Jak pojechaliśmy po tego sukinsyna, właśnie kończył polerować samochód. Naprawdę porządnie go wyczyścił. Po stronie pasażera wyciął kawałek dywanika, ale jakby nie było go tam od dawna. W każdym razie ten cholerny samochód błyszczał jak fabrycznie nowy. Nic nie znaleźliśmy. – Detektyw potarł czoło i przyjrzał się kroplom potu na palcach. – Nie mamy takich możliwości w zakresie medycyny sądowej jak chłopaki u was, w mieście. To nie znaczy, że tkwimy w średniowieczu, ale ekspertyzy laboratoryjne są powolne i nie zawsze dokładne. Prawdziwy zawodowiec, ze spektrografem FBI, być może mógłby coś tu znaleźć. My nie mogliśmy. Staraliśmy się jak najmocniej, ale nic z tego nie wyszło. – Przerwał na chwilę. – Właściwie znaleźliśmy jedną rzecz, ale w niczym nie pomogła. – Co takiego? – Pojedynczy włos łonowy. Kłopot polegał na tym, że nie pasował do Joanie Shriver. Do Fergusona też nie należał. Cowart potrząsnął głową. Upał go niemal dusił. – Skoro przyznał się do winy, dlaczego nie powiedział, gdzie znajduje się ubranie? Dlaczego nie powiedział, gdzie ukrył nóż? Co za sens ma przyznanie się, jeśli nie wyjaśnia wszystkich szczegółów? Wilcox wściekle popatrzył na Cowarta i poczerwieniał. Zaczął coś mówić, ale stłumił słowa i pytanie zawisło bez odpowiedzi w nieruchomym, gorącym powietrzu. – Chodźmy – powiedział. Odwrócił się i zaczął oddalać się od miejsca zbrodni, nie patrząc, czy Cowart idzie za nim. – Musimy jeszcze dotrzeć w jedno miejsce. Cowart ponownie się rozejrzał. Chciał zakodować to miejsce w pamięci. Odczuwając mieszaninę podniecenia i niesmaku, ruszył za detektywem. Detektyw zatrzymał nie oznakowany samochód przed małym domkiem, przypominającym inne domki przy tej ulicy. Był to parterowy, biały ceglany budynek, ze starannie przystrzyżonym trawnikiem i dobudowanym z boku garażem. Do domu wiodła wykładana czerwoną kostką ścieżka. Z tyłu Cowart dostrzegł werandę, obok której stała czarna czasza rusztu. Wysoka sosna skrywała połowę domu przed słońcem, rzucając wielki cień z przodu budynku. Nie miał pojęcia, gdzie się znajdowali ani dlaczego się zatrzymali, więc odwrócił wzrok od budynku i spojrzał na detektywa. – Pańska kolejna rozmowa – powiedział Wilcox. Od momentu gdy opuścili miejsce zbrodni, w ogóle się nie odzywał, a teraz do jego głosu wdarła się jakaś cierpka nuta. – Jeśli jest pan na nią przygotowany. – Czyj to dom? – spytał Cowart niespokojnie. – Joanie Shriver. Cowart wziął głęboki oddech. – Tutaj… – Tutaj się wybierała. Ale nigdy nie dotarła. – Spojrzał na zegarek. – Tanny powiedział im, że będziemy przed jedenastą i jesteśmy trochę spóźnieni, więc lepiej się pospieszmy. Chyba że… – Chyba że co? – Chyba że nie chce pan przeprowadzać tej rozmowy. Cowart popatrzył na detektywa, na dom i znowu na detektywa. – Rozumiem – powiedział. – Chce się pan przekonać, jak bardzo im współczuję, tak? Już się pan domyślił, że dość sceptycznie odnoszę się do winy Fergusona, więc to ma być część sprawdzianu, tak? Detektyw patrzył w drugą stronę. – Tak? Wilcox z impetem odwrócił się na fotelu i spojrzał na niego. – Nie zdążył się pan jeszcze przekonać, panie Cowart, że to ten sukinsyn zabił tę dziewczynkę? Chce pan zobaczyć, co to naprawdę znaczy, czy nie? – Na ogół sam planuję swoje rozmowy – Więc chce pan jechać? Wrócimy tu może w bardziej odpowiednim czasie? Wyczuł, że tego właśnie chce detektyw. Wilcox bardzo pragnął wszelkich powodów, żeby go znienawidzić, a ten na początek by mu wystarczył. – Nie – odpowiedział Cowart, otwierając drzwi samochodu. – Porozmawiajmy z tymi ludźmi. Trzasnął drzwiczkami, przeszedł szybko po ścieżce i zadzwonił dzwonkiem u drzwi, podczas gdy Wilcox podążył za nim. Przez chwilę słyszał jakieś szmery, po czym drzwi się otworzyły. Stanął twarzą w twarz z kobietą w średnim wieku, która, sądząc po wyglądzie, bez wątpienia była gospodynią domową. Miała niewiele makijażu, ale widać było, że poświęciła rano trochę czasu, żeby ułożyć swoje jasnobrązowe włosy. Otaczały aureolą jej twarz. Ubrana była w prostą brunatną podomkę i sandałki. Miała jasnoniebieskie oczy i przez chwilę Cowart widział w twarzy matki brodę, policzki i nos Joanie. Spoglądała na niego z zaskoczeniem. Powiedział: – Pani Shriver? Jestem Matthew Cowart z „The Miami Journal”. Chyba porucznik Brown uprzedził panią… Przytaknęła i przerwała mu: – Tak, tak, proszę wejść, panie Cowart. Proszę mówić do mnie Betty. Tanny powiedział mi, że detektyw Wilcox przywiezie pana dziś rano. Wiemy, pisze pan artykuł o Fergusonie. Proszę bardzo, mój mąż też jest, chcielibyśmy z panem porozmawiać. W jej głosie brzmiała przyjemna swoboda, która nie potrafiła zamaskować zdenerwowania. Pomyślał, że ostrożnie dobiera słowa, żeby nie dać się ponieść emocjom. Jednak im ustąpi, pomyślał, idąc za kobietą w głąb domu. Matka zamordowanej dziewczynki zaprowadziła Cowarta przez mały korytarzyk do saloniku. Zdawał sobie sprawę, że Wilcox idzie za nimi, ale zignorował go. Gdy wszedł do pokoju, z odchylanego fotela podniósł się otyły, łysiejący pan z dużym brzuchem. Mężczyzna przez chwilę zmagał się, żeby wydostać się z fotela, po czym podszedł, aby uścisnąć Cowartowi dłoń. – Nazywam się George Shriver – powiedział. – Cieszę się, że mamy taką okazję. Cowart skinął głową i szybko rozejrzał się wokół, próbując zakodować w pamięci szczegóły. Pokój, podobnie jak cały dom, był schludny i nowoczesny. Meble były proste, a na ścianach wisiały kolorowe reprodukcje. Panowała w nim atmosfera pewnej przytulnej przypadkowości, jakby każdy przedmiot został zakupiony niezależnie od pozostałych, przede wszystkim dlatego że przypadł do gustu, a niekoniecznie dlatego że pasował do reszty. Ogólnie odnosiło się wrażenie jakiegoś nieładu powiązanego z ogromną wygodą. Jedna ściana została poświęcona fotografiom rodzinnym i tam powędrował wzrok Cowarta. Pośrodku ściany wisiała ta sama fotografia Joanie, którą widział w szkole, otoczona innymi zdjęciami. Zwrócił uwagę na starszego brata i siostrę oraz zwyczajowe portrety rodzinne. George Shriver podążył za jego wzrokiem. – Dwójka starszych dzieci, George junior i Annę, studiują w innym mieście. Obydwoje są na Uniwersytecie Florydy. Pewnie woleliby być tutaj – powiedział. – Joanie była najmłodsza – odezwała się Betty Shriver. – Niedługo miała iść do szkoły średniej. – Kobiecie nagle zabrakło tchu, warga zaczęła jej drżeć. Cowart zauważył, jak zmaga się ze sobą i odwraca od fotografii. Jej mąż wyciągnął potężną, grubą dłoń i delikatnie zaprowadził ją do kanapy, gdzie usiadła. Natychmiast jednak zerwała się i powiedziała: – Panie Cowart, przepraszam, co z moimi manierami. Czy ma pan ochotę napić się czegoś? – Z przyjemnością napiję się wody z lodem – odparł Cowart, odwracając się od zdjęć i podchodząc do fotela. Kobieta na chwilę wyszła. Cowart zadał George’owi Shriverowi banalne pytanie, takie, które, miał nadzieję, mogło rozproszyć ponurą atmosferę panującą w pokoju. – Jest pan radnym miejskim? – Byłem – odpowiedział. – Teraz przesiaduję w sklepie. Jestem właścicielem dwóch sklepów z artykułami metalowymi, jednego tutaj w Pachoula i jednego przy drodze do Pensacola. Dają mi dość zajęcia. Szczególnie teraz, gdy czekamy wiosny. Przerwał na chwilę i ciągnął dalej: – Były radny miejski. Kiedyś się tym wszystkim interesowałem, ale wypadłem z obiegu, gdy Joanie od nas odeszła i spędziliśmy tyle czasu w sądach, i tak dalej; to wszystko, po prostu, jakoś się od nas oddaliło i już nigdy do tego nie wróciłem. Dużo się działo. Gdybyśmy nie mieli jeszcze dwójki, George’a juniora i Annę, chyba byśmy się poddali. Nie wiem, co by się z nami stało. Pani Shriver wróciła i wręczyła Cowartowi szklankę wody z lodem. Zauważył, że zajęło jej chwilę wzięcie się w garść. – Przepraszam, jeśli ta rozmowa sprawia państwu przykrość – powiedział. – Nie. Wolimy pokazać nasze uczucia, niż je ukrywać – odparł George Shriver. Usiadł na kanapie obok żony i otoczył ją ramieniem. – Ten ból nigdy nie ustąpi – westchnął. – Może trochę osłabł i nie jest tak przenikliwy, że myśli się tylko o nim. Ale najdrobniejsze sprawy przywodzą go z powrotem. Czasami po prostu siedzę w fotelu i gdzieś daleko usłyszę głos dziecka sąsiadów, i przez chwilę wydaje mi się, że to ona. A to boli, panie Cowart. To okropny ból. Albo czasami schodzę rano na dół, żeby sobie zrobić kawy, siadam i wpatruję się w te zdjęcia, tak jak pan przed chwilą. I jedyne, co mi przychodzi do głowy, to że to się nie stało, że Joanie zaraz wypadnie ze swojego pokoju, jak zawsze jaśniejąca szczęściem i radością, pełna wigoru, żeby zacząć nowy dzień; takim właśnie była dzieckiem, proszę pana. Złotym dzieckiem. W miarę mówienia oczy potężnego mężczyzny napełniły się łzami, ale jego głos był nadal spokojny. – Trochę częściej niż kiedyś chodzę do kościoła; to daje odrobinę pocieszenia. I ranią mnie największe błahostki, panie Cowart. Rok temu oglądałem w telewizji specjalny program o dzieciach, które umierają z głodu w Etiopii. Przecież to na drugim końcu świata, a ja nie byłem nigdzie dalej niż w północnej Florydzie, chyba że w czasach wojska. A teraz wysyłam co miesiąc pieniądze organizacjom niosącym pomoc. Tu setkę, tam setkę. Nie mogłem znieść tej myśli, że jakieś dzieci umrą tylko dlatego, że nie mają co jeść. To była okropna myśl. Przypomniało mi się, jak bardzo kochałem swoje dziecko i jak mi je odebrano. Więc chyba robię to dla niej. Chyba oszalałem. Siedzę w sklepie, przeglądam rachunki i przypomina mi się, jak kiedyś zostałem w pracy do wieczora, nie zdążyłem na obiad z dziećmi i wróciłem do domu tak późno, że już wszystkie spały, moje najmłodsze przede wszystkim; i poszedłem do jej sypialni, żeby popatrzeć, jak śpi. Nienawidzę tego wspomnienia, bo ominął mnie jeden z jej wybuchów śmiechu, jeden z jej uśmiechów, a tak ich było niewiele, że są dla nas bardzo cenne, proszę pana. Jak małe brylanciki. George Shriver odchylił głowę i wpatrywał się w sufit. Oddychał ciężko, pocił się mocno, a jego biała koszula wznosiła się i opadała, w miarę jak z trudem łapał oddech i walczył ze wspomnieniami. Jego żona umilkła, ale oczy jej poczerwieniały i drżały dłonie, które złożyła na kolanach. – Nie jesteśmy żadnymi szczególnymi ludźmi, panie Cowart – zaczęła powoli. – George ciężko pracował i do czegoś doszedł, po to, żeby dzieciom było łatwiej. George junior zostanie inżynierem. Annę jest asem z chemii i nauk ścisłych. Ma szanse dostać się na Akademię Medyczną. – Oczy kobiety rozbłysły nagłą dumą. – Może pan to sobie wyobrazić? Lekarz w naszej rodzinie. Pracowaliśmy ciężko, żeby oni mogli stać się kimś w życiu. – Proszę mi powiedzieć – poprosił Cowart ostrożnie – co państwo sądzą o Fergusonie. Zapanowała niezwykle donośna cisza, podczas której zbierali myśli. Betty Shriver zaczerpnęła głęboki oddech, zanim udzieliła odpowiedzi. – Czuję do niego nienawiść, którą niepodobna jest opisać. Okropny, niechrześcijański gniew, panie Cowart. Taką straszną, czarną furię, która nigdy nie wygaśnie. George Shriver potrząsnął głową. – Kiedyś po prostu mogłem go zabić z taką łatwością, z jaką zabija się komara siedzącego na ręce. Nie jestem pewien, czy nadal zrobiłbym to samo. Widzi pan, panie Cowart, mieszkamy tutaj pośród konserwatywnego społeczeństwa. Ludzie chodzą do kościoła. Salutują na widok flagi. Modlą się przed jedzeniem i głosują na republikanów, od czasu jak demokraci nie bardzo wiedzą, o co im chodzi. Sądzę, że gdyby zatrzymał pan przypadkowo dziesięć osób u nas na ulicy, powiedzieliby: „Nie, nie wysyłajcie go na krzesło; przyślijcie go do nas, my się nim zajmiemy”. Pięćdziesiąt lat temu zostałby zlinczowany. Mniej niż pięćdziesiąt. Chyba czasy się zmieniły. Ale im więcej czasu upływa, wydaje mi się, że to my zostaliśmy skazani, a nie on. Mijają miesiące. Mijają lata. Pracuje dla niego zastęp adwokatów, a my dowiadujemy się o kolejnej apelacji, kolejnym przesłuchaniu, kolejnym czymś jeszcze i to wszystko do nas wraca. Nawet nie pozwala nam się o tym zapomnieć. Nie żebyśmy mogli zapomnieć. Ale przynajmniej powinno nam się dać szansę jakoś z tym rozliczyć i żyć dalej resztką życia, nawet jeśli to życie jest teraz tak zubożałe. – Westchnął i potrząsnął głową. – To tak jakbyśmy żyli ramię w ramię z nim, w jednym więzieniu. Po kilku sekundach Cowart zapytał: – Ale wiedzą państwo, co robię? – Tak, proszę pana – zarówno mąż, jak i żona odparli cicho. – Proszę mi powiedzieć, co państwo wiedzą – poprosił. Betty Shriver pochyliła się do przodu. – Wiemy, że bada pan tę sprawę. Sprawdza, czy nie zaszła jakaś niesprawiedliwość. Czy tak? – Chyba dokładniej nie można tego oddać. – A co wydaje się panu niesprawiedliwe? – spytał George Shriver. Pytanie było zadane łagodnym, ciekawskim tonem; nie było w nim złości. – Właśnie o to chciałem zapytać państwa. Co państwo sądzą na temat procesu? – Sądzę, że skazano tego sukinsyna, to właśnie… – Gwałtownie podniósł głos, jednak żona położyła mu dłoń na kolanie i wyraźnie się uspokoił. – Przez cały czas byliśmy obecni na sali rozpraw, panie Cowart – powiedziała Betty Shriver. – Każdą minutę. Widzieliśmy go tam. W jego oczach widać było jakiś strach, proszę pana, jakiś desperacki gniew skierowany do wszystkich. Mówiono mi, że nienawidził Pachouli i że nienawidził wszystkich jej mieszkańców, bez wyjątku, czarnych i białych. Widać było tę nienawiść za każdym razem, gdy spojrzało mu się w oczy. Przysięgli chyba też ją dostrzegli. – A dowody? – Spytali go, czy to zrobił, i przyznał się. Kto by tak postąpił, gdyby to nie była prawda? Powiedział, że to zrobił. To jego własne słowa. Niech go piekło pochłonie. Jego własne słowa. Znowu zapanowała cisza, aż George Shriver dodał: – Oczywiście, trochę mnie niepokoiło, że nie mieli przeciwko niemu czegoś więcej. Rozmawialiśmy na ten temat godzinami z Tannym i detektywem Wilcoxem. Tanny kilka wieczorów siedział tam gdzie pan teraz. Wyjaśnili nam, co zaszło. Wytłumaczyli nam, że ta sprawa ma dość kiepskie podstawy. Zdarzyło się kilka szczęśliwych zbiegów okoliczności, tak że można go było postawić przed sądem. Do licha, mogli nigdy nawet nie znaleźć Joanie – to też było szczęście. Chciałbym, żeby mieli więcej dowodów, tak, proszę pana. Chciałbym. Ale to, co mieli, wystarczyło. Mieli własne oświadczenie tego chłopaka i to mi wystarcza. No właśnie, pomyślał Cowart. Po chwili Betty Shriver spytała cicho: – Napisze pan artykuł? Cowart przytaknął i uśmiechnął się. – Wciąż jeszcze nie jestem pewien, jaki to będzie artykuł. – Co się stanie? – Nie wiem. Zrobiła posępną minę. – On mu pomoże, prawda? – Tego nie wiem – powiedział. – Ale krzywdy mu nie zrobi, racja? Znowu przytaknął. – Racja. W końcu siedzi w celi śmierci. Co ma do stracenia? – Wolałabym, żeby tam został. – Wstała i dała mu znak, żeby poszedł za nią. Przeszli korytarzem do bocznego skrzydła domu. Zatrzymała się przed jakimiś drzwiami i położyła dłoń na klamce, nie naciskając jej jednak. – Wolałabym, żeby tam został, aż przyjdzie mu spotkać się ze Stworzycielem. Wtedy będzie musiał ponieść prawdziwą odpowiedzialność za to, że pozbawił nas naszej małej dziewczynki. Nie chcę jego życia, proszę pana, absolutnie nie. Nawet więcej, nie chcę jego śmierci. Ale robi się to, co trzeba, panie Cowart. Niech pan to sobie zapamięta. Otworzyła drzwi. Zajrzał do środka i zobaczył sypialnię dziewczynki. Tapeta była biało-różowa, a łóżko przykryte puszystą kapą. Dookoła stały pluszowe zabawki o smutnych oczach, z sufitu zwieszały się dwa jaskrawe samochodziki. Na ścianach widniały zdjęcia tancerek baletowych i plakat Mary Lou Retton, gimnastyczki. Stała tam również biblioteczka wypełniona książkami. Zauważył kilka tytułów: „Misty z Chincoteague”, „Czarny Książę” i „Mała kobietka”. Było też zabawne zdjęcie Joanie Shriver, na którym miała niesamowity makijaż i była ubrana jak wamp z szalonych lat dwudziestych, rozparty na blacie biurka. Obok zobaczył szkatułkę wypełnioną po brzegi biżuterią kostiumową. W rogu pokoju stał duży dom dla lalek, wypełniony małymi figurkami, a przez poręcz łóżka przewieszone było różowe boa. – Tak to wyglądało tego ranka, gdy nas opuściła na zawsze. Zawsze tak to pozostanie – powiedziała matka zamordowanej dziewczynki. Nagle odwróciła się gwałtownie, oczy napełniły jej się łzami, a z piersi wyrwał się szloch. Przez chwilę stała zwrócona twarzą do ściany, ramiona jej falowały. Następnie wyszła niepewnym krokiem, znikając za innymi drzwiami, które zamknęły się, choć nie na tyle szczelnie, żeby zagłuszyć bolesne łkanie wypełniające dom. Cowart spojrzał z powrotem w stronę saloniku i zobaczył ojca Joanie, jak siedział, wpatrując się tępo przed siebie, niezdolny do wykonania ruchu, a łzy płynęły mu po policzkach. Chciał zamknąć oczy, ale zamiast tego, sam nie wiedział dlaczego, oglądał z jakąś makabryczną fascynacją pokój zamordowanej dziewczynki. Wszystkie należące do niej przedmioty, bibeloty i świecidełka opętały go i przez chwilę nie mógł złapać oddechu. Każdy szloch matki wydawał się zatykać jego własne płuca. Oderwał wzrok od pokoju, wiedząc, że nigdy go nie zapomni, i dał znak głową detektywowi Wilcoxowi. Przez chwilę usiłował przeprosić George’a Shrivera i podziękować mu, ale zorientował się, że jego słowa były równie puste jak ich rozpacz. Więc idąc na palcach, jak jakiś grabieżca dusz, skierował się do drzwi. Cowart siedział, milcząc, w biurze porucznika Browna. Detektyw Wilcox usiadł za biurkiem i przeglądał potężną kartotekę z napisem SHRIVER, nie zwracając uwagi na dziennikarza. Nie rozmawiali od momentu, kiedy opuścili dom. Cowart wyjrzał przez okno i zobaczył duży dąb, wyginający się pod naporem nagłego powiewu; jego pokryte liśćmi gałęzie poruszyły się i powoli uspokoiły. Wilcox wyrwał go z zadumy, gdy znalazł to, czego szukał i rzucił przed nim na stół biurową kopertę z żółtego papieru. – Proszę, zauważyłem, że pogadał pan sobie trochę do tego ślicznego zdjęcia Joanie Shriver, które wisiało w domu na ścianie. Pomyślałem, że może chciałby pan popatrzeć, jak wyglądała, gdy Ferguson już z nią skończył. W tonie detektywa nie było już żadnego udawania. Każde słowo wydawało się z trudem hamować emocje. Bez odpowiedzi podniósł kopertę i wysypał zdjęcia. Pierwsze było najgorsze: Joanie Shriver leżała na stole w zakładzie medycyny sądowej, tuż przed rozpoczęciem sekcji. Błoto i krew wciąż przesłaniały jej buzię. Była naga, jej dziewczęce ciało przejawiało dopiero pierwsze oznaki dorosłości. Zauważył na torsie cięcia i rany kłute, celowane w ledwo zaokrąglone piersi. Brzuch i krocze również było pokłute jakimiś dwunastoma ciosami nożem. Przyglądał się i zastanawiał, czy nie zwymiotuje; przeniósł wzrok na twarz dziewczynki. Wydawała się nabrzmiała, skóra niemal zwisała luźno na skutek godzin przeleżanych w bagnie. Pomyślał przez chwilę o wielu zdjęciach, jakie widział na dziesiątkach miejsc zbrodni, oraz setkach ujęć z autopsji, prezentowanych na rozprawach, które śledził. Spojrzał ponownie na szczątki Joanie Shriver i zauważył, iż mimo wszelkiego zła, jakie jej wyrządzono, zachowała tożsamość małej dziewczynki. Nawet po śmierci cała wydawała się zawarta w twarzy. To zabolało go jeszcze bardziej. Przejrzał pozostałe zdjęcia, w większości ujęcia z miejsca zbrodni, pokazujące, jak wyglądała po wyciągnięciu jej z bagniska. Dostrzegł na nich również potwierdzenie słów Bruce’a Wilcoxa. Wokół ciała widniały dziesiątki odbitych w błocie śladów stóp. Dokładniej przyjrzał się fotografiom i dostrzegł więcej oznak zatarcia śladów w miejscu zbrodni; podniósł wzrok, gdy usłyszał głos Wilcoxa. – Na Boga, Tanny, co ci zajęło tyle czasu? Wstał, odwrócił się i jego wzrok padł na porucznika Theodore’a Browna. – Miło mi pana poznać, panie Cowart – powiedział policjant, wyciągając dłoń. Cowart uścisnął ją, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Natychmiast odnotował wygląd zewnętrzny policjanta: Tanny Brown był gigantycznym mężczyzną, wysokim na ponad dwa metry, o szerokich barach i długich, potężnych ramionach. Miał krótko przycięte włosy i nosił okulary. Ale przede wszystkim był czarny, jak głęboka barwa ciemnego onyksu. – Coś nie tak? – spytał Tanny Brown. – Nie – odparł Cowart. – Nie wiedziałem, że jest pan czarny. – A co, wy, chłopcy z miasta, myślicie, że my tu wszyscy jesteśmy jak jakieś białe herbatniczki, jak Wilcox? – Nie. Po prostu się nie spodziewałem. Przepraszam. – Nic się nie stało. Właściwie – policjant mówił dalej swoim jednostajnym głosem bez żadnego akcentu – jestem przyzwyczajony do zdziwienia. Ale gdyby pan pojechał do Mobile, Montgomery albo Atlanty, spotkałby pan znacznie więcej czarnych przyodzianych w mundury policyjne, niż się panu zdaje. Czasy się zmieniają. Nawet policja, choć w to pewnie pan nie uwierzy. – Dlaczego? – Ponieważ – kontynuował Brown mówiąc jasno i przejrzyście – jedynym powodem, dla którego pan tu jest, jest to, że uwierzył pan w te bzdury, których naopowiadał panu ten sukinsyn morderca i jego adwokaci. Cowart nie odpowiedział. Po prostu usiadł na krześle i patrzył, jak porucznik rozparł się na miejscu, które wcześniej zajmował Wilcox. Detektyw wziął rozkładane krzesełko i usiadł obok porucznika. – Wierzy pan w to? – spytał Brown niespodziewanie. – Dlaczego? Czy to dla pana ważne, żeby wiedzieć, w co wierzę? – To mogłoby uprościć parę spraw. Mógłby pan powiedzieć: „Tak, wierzę, że przemocą wyciągnęliście od tego dzieciaka zeznanie”, i nie mielibyśmy za bardzo o czym mówić. Odpowiedziałbym: „Nie, to absurd”; mógłby pan to zapisać w swoim notesiku i to by zamykało sprawę. Napisałby pan swój artykuł i stałoby się, co by się stało. – A więc nie upraszczajmy sprawy – odpowiedział Cowart. – Tak też sądziłem – odparł Brown. – Więc czego chce się pan dowiedzieć? – Chcę się dowiedzieć wszystkiego. Od samego początku. A szczególnie chcę się dowiedzieć, dlaczego aresztował pan Fergusona, i chcę się dowiedzieć, jak wyglądało przyznanie się do winy. I proszę niczego nie pomijać. Czy nie tak właśnie zwraca się pan do osoby, która ma złożyć zeznanie? Tanny Brown poprawił swe potężne ciało na krześle i uśmiechnął się, bynajmniej nie z zadowolenia. – Tak, tak się zwracam – odpowiedział. Obrócił się na krześle, zastanawiając się i przez cały czas nie spuszczając oka z Cowarta. – Robert Earl Ferguson znajdował się na czele listy najbardziej podejrzanych od momentu, kiedy znaleziono ciało dziewczynki. – Dlaczego? – Był podejrzanym przy innych napadach. – Co? Tego wcześniej nie słyszałem. Jakich innych napadach? – Sześć gwałtów w okręgu Santa Rosa i po drugiej strony granicy z Alabamą, koło Atmore i Bay Minette. – Jakie ma pan dowody, że był zamieszany w inne napady? Brown potrząsnął głową. – Nie mam dowodów. Fizycznie najlepiej odpowiadał charakterystyce, jaką stworzyliśmy wspólnie z detektywami w tamtych okręgach. I wszystkie gwałty zdarzyły się w czasie, kiedy był poza szkołą, na wakacjach; odwiedzał tę swoją starą babcię. – Tak, i co? – I tyle. Cowart przez chwilę milczał. – Tylko tyle? Żadnych dowodów śledczych, które wiązałyby go w jakiś sposób z tymi napadami? Chyba pokazał pan tym kobietom jego zdjęcie. – Tak. Nikt go nie poznał. – A włos, który znalazł pan w jego samochodzie – ten, który nie pasował do Joanie Shriver – porównał go pan z włosami ofiar w tych innych sprawach? – Tak. – I co? – Nie pasował. – Czy sposób dokonania przestępstwa, w przypadku tych pozostałych napadów, był taki sam jak w przypadku Joanie Shriver? – Nie. W każdym z tych pozostałych przypadków występowały pewne podobieństwa, ale aspekty spraw były różne. W kilku wypadkach użyto broni palnej, żeby zastraszyć ofiary, w innych noża. W przypadku kilku kobiet przestępca wyśledził je i wszedł do domu. Jedna akurat uprawiała jogging. Nie byliśmy w stanie określić spójnego wzorca. – Czy ofiary były białe? – Tak. – Czy były młode, jak Joanie Shriver? – Nie, wszystkie były dorosłe. Cowart zastanowił się przez chwilę, zanim zadał dalsze pytania. – Wie pan, poruczniku, jakie są statystyki FBI dotyczące gwałtów dokonywanych przez czarnych na białych? – Pan mi na pewno powie. Cowart kontynuował: – Mniej niż cztery procent przypadków w skali całego kraju. Jest to rzadkość, mimo stereotypu i powszechnej paranoi. Ile miał pan w Pachouli przypadków gwałtów dokonywanych przez czarnych na białych, przed sprawą Roberta Earla Fergusona? – Nie przypominam sobie żadnego. I niech mi pan nie robi wykładów o stereotypach. – Brown zmierzył Cowarta wzrokiem. Wilcox gniewnie poruszył się na krześle. – Statystyki niczego nie dowodzą – dodał cicho. – Nie? – zdziwił się Cowart. – Dobrze. Więc przebywał w domu na wakacjach. – Zgadza się. – I nikt go za bardzo nie lubił. Takie są moje spostrzeżenia. – Dokładnie. Był podłym sukinsynem. Patrzył na innych z góry. Cowart przyjrzał się policjantowi. – Zdaje pan sobie sprawę, jak to głupio brzmi? Nielubiany osobnik przyjeżdża odwiedzić babkę, a pan chce go posądzić o gwałt. Nic dziwnego, że mu się tu nie podobało. Tanny Brown zaczął coś mówić ze złością, chcąc udzielić odpowiedzi, ale przerwał. Przez kilka chwil wpatrywał się w Cowarta, jakby chciał przewiercić go wzrokiem. W końcu odpowiedział powoli: – Tak. Zdaję sobie sprawę, jak to głupio brzmi. Pewnie po prostu jesteśmy tu głupi. – Oczy zwęziły mu się ostro. Nie masz na mnie żadnego haczyka, pomyślał. Cowart pochylił się na krześle i mówił spokojnym głosem pozbawionym emocji: – I to dlatego najpierw pan pojechał do domu jego babki, żeby go znaleźć? – Tak, zgadza się. Brown zaczął mówić coś jeszcze, lecz nieoczekiwanie zamknął usta. Cowart wyczuwał napięcie, jakie wytworzyło się między nimi, i wiedział, co porucznik miał zamiar w tym momencie powiedzieć. Dlatego odezwał się do niego: – Bo miał pan takie przeczucie, tak? Szósty zmysł doświadczonego policjanta. Podejrzenie, które musiał pan zbadać. To właśnie chciał pan powiedzieć, tak? Brown spojrzał na niego z wściekłością. – Właśnie. Tak. Dokładnie. – Przerwał, spojrzał na Wilcoxa i ponownie na Cowarta. – Bruce mówił mi, że jest pan bystry – mruknął cicho – ale sam też już się o tym przekonałem. Cowart zmierzył porucznika takim samym chłodnym spojrzeniem, jakim tamten spoglądał na niego. – Nie jestem bystry. Robię po prostu to, co pan by zrobił. – Nie, to nieprawda – odparł jadowicie Brown. – Ja bym nie próbował pomóc temu morderczemu sukinsynowi, który siedzi w celi śmierci. Dziennikarz i policjant zamilkli. Po kilku chwilach Brown stwierdził: – Ta rozmowa zmierza w niewłaściwym kierunku. – Zgadza się, jeśli ma mnie pan zamiar przekonać, że Ferguson jest kłamcą. Brown wstał i zaczął spacerować tam i z powrotem, myśląc intensywnie. Poruszał się z tłumioną energią, jak sprinter pochylony nad linią startu, czekający na wystrzał pistoletu startowego; jego mięśnie poruszały się z łatwością i przez cały czas sygnalizowały Cowartowi, że Brown nie jest osobą, która lubi małą przestrzeń, niezależnie czy jest ona ograniczona powierzchnią pomieszczenia, czy szczegółami. – Był zły – powiedział policjant. – Wiedziałem o tym od pierwszej chwili, jak go zobaczyłem. Długo zanim zginęła Joanie. Wiem, że to żaden dowód, ale po prostu wiedziałem o tym. – Kiedy to było? – Rok przed dokonaniem morderstwa. Przyłapałem go przed szkołą. Siedział w samochodzie i patrzył, jak dzieciaki wychodzą po lekcjach. – Co pan tam robił? – Odbierałem swoją córkę. Właśnie wtedy go przyuważyłem. Potem widziałem go jeszcze kilka razy. Za każdym razem robił coś, co nie dawało mi spokoju. Przebywał w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie. Albo jechał wolno ulicą za jakąś młodą kobietą. Nie tylko ja to zauważyłem. Kilku policjantów patrolowych z Pachoula doniosło mi o tym samym. Raz go przyłapaliśmy, koło północy, tuż za niewielkim domem mieszkalnym. Stał tam, nie wiadomo po co. Jak przejeżdżał samochód patrolowy, próbował się ukryć. Od razu cofnięto oskarżenie. Ale jednak… – Wciąż nie słyszę o niczym, co przypominałoby dowód. – Do cholery! – głos porucznika po raz pierwszy wybuchł z całą siłą. – Nie słyszy pan? Nie mieliśmy żadnych dowodów. Jedynie odnosiliśmy pewne wrażenia. Jak na przykład wrażenie, które odnieśliśmy, gdy podjechaliśmy do domu Fergusona, a on pucował ten swój samochód i zdążył już wyciąć kawał dywanika. Jak wtedy, gdy pierwsze słowa, jakie padły z jego ust brzmiały: „Nie załatwiłem tej dziewczyny”, jeszcze zanim usłyszał pytanie. I jak siedział w pokoju zeznań i śmiał się, bo wiedział, że nic przeciw niemu nie mamy. Ale te wszystkie wrażenia składają się na coś więcej niż instynkt, bo w końcu zaczął mówić. I żeby pan wiedział, że te wszystkie wrażenia okazały się trafne, bo wreszcie przyznał się do zabicia tej dziewczynki. – Więc gdzie jest nóż? Gdzie jest jego ubranie pokryte krwią i błotem? – Nie chciał nam powiedzieć. – Czy opowiedział wam, jak czatował przy szkole? Jak zwabił dziewczynkę do samochodu? Co jej powiedział? Czy się broniła? Co wam powiedział?! – Tutaj, do cholery! Sam pan sobie przeczytaj! Porucznik Brown wydostał zszywkę papieru z teczki na biurku i rzucił ją w stronę Cowarta. Spojrzał na nią i zobaczył, że był to maszynopis przyznania się do winy, sporządzony przez stenotypistkę sądową. Był krótki, zaledwie trzy strony. Obydwaj detektywi zapoznali go z przysługującymi mu prawami, przede wszystkim z prawem do adwokata. Cytat przysługujących praw zajmował więcej niż całą stronę zeznania. Spytali go, czy zrozumiał swoje prawa, i powiedział, że tak. Pierwsze pytanie było sformułowane w tradycyjnym języku policyjnym: „Czy około godziny piętnastej czwartego maja 1987 roku, miał pan okazję przebywać przy zbiegu ulic Grand i Spring, to jest obok szkoły podstawowej imienia Kinga?” A Ferguson odpowiedział krótko: „Tak”. Następnie detektyw spytał go, czy widział dziewczynkę, zidentyfikowaną później jako Joanie Shriver, i znowu jego odpowiedź była krótkim potwierdzeniem. Dalej pracowicie prowadzili całą procedurę, za każdym razem zadając szczegółowe pytanie i otrzymując twierdzącą odpowiedź, przy czym żadna z tych odpowiedzi nie była okraszona najdrobniejszym choćby detalem. Gdy zadali mu pytanie dotyczące broni i innych kluczowych aspektów sprawy, odparł, że nie pamięta. Ostatnie pytanie miało na celu stwierdzenie działania z premedytacją. To właśnie przez nie Ferguson dostał wyrok śmierci. „Czy udał się pan w to miejsce z zamiarem porwania i zabicia dziewczynki?” – a on znowu odpowiedział krótkim, potwornym „Tak”. Cowart pokręcił głową. Ferguson nie powiedział nic, oprócz powtarzania bez przerwy jednego słowa, „Tak”. Odwrócił się do Browna i Wilcoxa. – Wcale nie wygląda to na instruktażowe przyznanie się do winy, prawda? Wilcox, który wiercił się z powodu narastającego zdenerwowania, w końcu zerwał się z twarzą poczerwieniałą z gniewu i zaczął wywijać pięścią przed dziennikarzem. – Czego, do diabła, pan chce? Do cholery, załatwił tę dziewczynkę i jest to równie pewne jak to, że w tej chwili tu stoję. Po prostu nie chce pan wysłuchać prawdy! – Prawdy? – Cowart pokręcił głową i wydawało się, że Wilcox eksploduje. Wyskoczył zza biurka i złapał Cowarta za marynarkę, podrywając go z krzesła. – Naprawdę mnie rozzłościsz, dupku! Tego chyba nie pragniesz! Tanny Brown przerzucił ciężar swego potężnego ciała przez biurko, jedną ręką złapał detektywa i odciągnął go do tyłu, łatwo opanowując mniejszego, korpulentnego mężczyznę; nie odezwał się słowem, nawet gdy Wilcox spojrzał na swego przełożonego, wciąż jeszcze z trudem tłumiąc gniew. Detektyw usiłował powiedzieć coś do Browna, po czym odwrócił się w stronę Cowarta. W końcu dławiąc się, z zaciśniętymi pięściami wybiegł z gabinetu. Cowart wygładził marynarkę i usiadł z powrotem. Oddychał ciężko, czując jak adrenalina pulsuje mu w uszach. Po kilku chwilach ciszy spojrzał na Browna. – Teraz pan mi powie, że on nie uderzył Fergusona, tak? Że ani razu nie stracił panowania nad sobą w ciągu trzydziestu sześciu godzin przesłuchania? Porucznik zastanawiał się przez chwilę, jakby przed udzieleniem odpowiedzi usiłował ocenić szkody spowodowane tym wybuchem. Następnie potrząsnął głową. – Nie, prawda jest taka, że stracił panowanie. Na początku, raz albo dwa, zanim zdążyłem go powstrzymać. Uderzył Fergusona w twarz. – Nie zadał mu ciosów w brzuch? – Tego nie widziałem. – A książki telefoniczne? – Stary sposób – stwierdził Brown smutno; jego głos stał się bardziej cichy. – Nie. Mimo że tak twierdzi pan Ferguson. Po raz pierwszy porucznik odwrócił się i wyjrzał przez okno. Po jakiejś chwili powiedział: – Panie Cowart, chyba nie uda mi się panu wytłumaczyć. Śmierć tej dziewczynki mocno dała nam się we znaki i wciąż odczuwamy jej skutki… A najbardziej skupiło się to na nas. Musieliśmy ten emocjonalny mętlik ukształtować w normalną sprawę kryminalną. Wszystkich nas to trafiło. Nie byliśmy dobrzy czy źli. Ale chcieliśmy, żeby ten morderca został złapany. Nie spałem przez trzy doby. Nikt z nas nie spał. I złapaliśmy go; siedział sobie i się uśmiechał, jakby wszystko było w najlepszym porządku. Wcale nie potępiam Bruce’a Wilcoxa, że poniosły go nerwy. Wszyscy byliśmy na skraju wyczerpania nerwowego. I nawet wtedy, jak złożył zeznanie – ma pan rację, przypomina wzorcowe przyznanie się do winy z podręcznika policyjnego, ale tylko tyle mogliśmy wyciągnąć od tego milczkowatego sukinsyna – nawet wtedy wszystko to było bardzo delikatne. To skazanie opiera się na najbardziej kruchych podstawach. Wszyscy o tym wiemy. I nagle pan tu przyjeżdża i zaczyna zadawać pytania, a każde z tych pytań troszeczkę podważa te podstawy i wszystkim nam to działa trochę na nerwy. Proszę. Oto moje przeprosiny za zachowanie mojego współpracownika. I za wysłanie pana do Shriverów. Nie chcę, żeby ten wyrok uległ zmianie. Nie chcę przegrać tej sprawy, bardziej niż jakiejkolwiek innej. Nie mógłbym spojrzeć w twarz ziomkom. Nie mógłbym spojrzeć w twarz własnej rodzinie. Chcę, żeby ten człowiek poniósł śmierć za swój czyn. Porucznik skończył i czekał na reakcję Cowarta. Dziennikarz dostrzegł nagle szansę i zdecydował się wykorzystać swoją przewagę. – Jakie są przepisy w waszym departamencie w kwestii wnoszenia broni do sali przesłuchań? – Proste; nie wolno. Trzeba ją zostawić u dyżurnego sierżanta. Wszyscy gliniarze o tym wiedzą. Dlaczego? – Czy mógłby pan wstać na chwilkę? Brown wzruszył ramionami i wstał. – Teraz proszę odsłonić kostki. Zdziwił się i zawahał. – Nie rozumiem. – Niech pan spełni moją prośbę, poruczniku. Brown wpatrywał się w niego gniewnie. – To chciał pan zobaczyć? – Podniósł nogę i oparł but o biurko, jednocześnie podciągając nogawkę spodni. Do łydki przymocowaną miał małą kaburę z brązowej skóry, w którą wetknięty był rewolwer o kalibrze.38, z krótką lufą. Porucznik opuścił nogę. – Nie wymierzył pan tej broni w Fergusona i nie powiedział, że go zabije, jeśli się nie przyzna, czy tak? – Nie, absolutnie nie. – W głosie detektywa pojawiło się chłodne poirytowanie. – I nigdy nie pociągał pan za spust tak, żeby iglica trafiała w pustą komorę? – Nie. – Więc skąd wiedział o tym rewolwerze, skoro mu go pan nie pokazywał? Brown wpatrywał się w Cowarta ponad biurkiem, w oczach miał lodowatą złość. – Rozmowa skończona – powiedział. Wskazał drzwi. – Myli się pan – odparł Cowart, podnosząc się z miejsca. – Dopiero się zaczęła. |
||
|
© 2026 Библиотека RealLib.org
(support [a t] reallib.org) |