"W słusznej sprawie" - читать интересную книгу автора (Katzenbach John)

Rozdział trzeci

PACHOULA

Okręg Escambia jest położony na uboczu, daleko w północno-zachodnim krańcu Florydy, i z dwóch stron przylega do stanu Alabama. Kulturalnie związany jest ze stanami leżącymi bezpośrednio na północ. Niegdyś były to przede wszystkim tereny wiejskie, z wieloma skromnymi farmami, które zieleniły się na pagórkach, pooddzielane od siebie gęstwinami karłowatej sosny oraz powyginanymi i poskręcanymi pnączami dorodnych wierzb i winorośli. Jednak w ostatnich latach, tak jak cała reszta Południa, okręg ten przeżywał boom budowlany. Przekształcano te, niegdyś wiejskie tereny, podmiejskie dzielnice. A wszystko za sprawą rozwoju głównego miasta, portu Pensacola, który rozrastał się, zapełniając niegdysiejsze otwarte przestrzenie kompleksami handlowymi i dzielnicami mieszkaniowymi. Jednocześnie jednak zachowały się tutaj tereny bagienne, podobne do tych w Mobile, które zresztą nie jest odległe, jeśli pojechać autostradą międzystanową, oraz słonowodne tereny przypływowe na Wybrzeżu Zatokowym. Jak w wielu miejscach głęboko na Południu, panuje tam sprzeczna atmosfera dobrze pamiętanej biedy i nowej dumy; wrażenie skostniałego miejsca, ożywianego przez pokolenia, które doszły do wniosku, że życie na tym kawałku ziemi może nie zawsze jest łatwe, ale w każdym razie lepsze niż gdziekolwiek indziej.

Wieczorny przelot lokalnymi liniami na małe lotnisko był przerażającą serią podskoków i zawirowań, od których kręciło w brzuchu. Samolot leciał wzdłuż ogromnych, szarych burzowych chmur, które wydawały się bronić przed wtargnięciem w nie dwusilnikowej maszyny. Kabinę pasażerską na przemian wypełniały smugi nagłego światła i cienia, w miarę jak samolot wlatywał w chmury i je opuszczał, oraz czerwone ostrza słońca gasnącego szybko nad Zatoką Meksykańską. Cowart wsłuchiwał się w warkot silników zmagających się z wiatrem; ich szum wzmagał się i słabł jak oddech sprintera. Kołysał się, spowity kokonem samolotu, i rozmyślał o człowieku z celi śmierci i o tym, co zastanie w Pachoula.

Ferguson rozpętał w nim wewnętrzną wojnę. Cowart wrócił ze spotkania z więźniem wmawiając sobie, że pozostał obiektywny, że wysłuchał wszystkiego i jednakowo rozważył każde słowo. Ale jednocześnie, wpatrując się w kropelki wody pełznące po szybie w oknie samolotu, zdawał sobie sprawę, że nie jechałby do Pachouli, gdyby się spodziewał, że ta historia nie będzie miała dalszego ciągu. Mały samolot ciął niebo, a on zacisnął pięści na kolanach; w uszach wciąż dźwięczał mu głos Fergusona, wciąż czuł lodowaty gniew tego człowieka. Nagle pomyślał o dziewczynce. Jedenaście lat. To nie jest odpowiedni wiek, żeby umierać. O tym też powinien pamiętać.

Samolot wylądował pośród szalejącej burzy i wyhamował na pasie startowym. Cowart dojrzał przez okno szpaler zielonych drzew na obrzeżach lotniska, odcinających się czernią na tle nieba.

Wynajętym samochodem pojechał poprzez zapadającą ciemność do zajazdu Admirał Benbow, tuż przy autostradzie, na przedmieściach Pachoula. Gdy już obejrzał skromny, niezwykle schludny pokój, zszedł do baru motelowego, usiadł pomiędzy dwoma komiwojażerami i zamówił piwo u młodej kobiety. Miała mysio-brązowe włosy, które omiatały jej oblicze, wyostrzając rysy, tak że gdy robiła srogą minę, cała twarz wydawała się podążać za ruchem ust; była w niej oschła bezwzględność – skutek serwowania zbyt wielu drinków zbyt wielu komiwojażerom i odrzucania zbyt wielu propozycji składanych przez facetów o trzęsących się dłoniach zaciśniętych na szklance scotcha lub piwa imbirowego. Nalewając piwo z beczki, przez cały czas badawczo przypatrywała się Cowartowi, a mimo to wyczuła moment, kiedy piana już niemal przelewała się ponad ściankami szklanki.

– Pan nie stąd, nie?

Potrząsnął głową.

– Proszę nie mówić – powiedziała. – Lubię zgadywać. Niech pan tylko powie: „Deszcz w Hiszpanii pada głównie na równinach”.

Roześmiał się i powtórzył zdanie.

Uśmiechnęła się do niego, zachowując się z odrobinę mniejszą rezerwą.

– Z Mobile ani z Montgomery nie, to pewne. Z Nowego Orleanu ani Tallahassee też nie. Zostają dwa miejsca: albo Miami, albo Atlanta; ale jeśli Atlanta, to się pan tam nie urodził, tylko gdzie indziej, na przykład w Nowym Jorku, a w Atlancie tylko pan mieszkał przez jakiś czas.

– Blisko – odparł. – Miami.

Zmierzyła go wzrokiem dokładnie, zadowolona z siebie.

– Niechże się przyjrzę – powiedziała. – Całkiem niezły garnitur, ale dość konserwatywny, mógłby go nosić prawnik… – Wychyliła się zza baru i potarła klapę marynarki pomiędzy kciukiem i palcem wskazującym. – Niezły. Nie jak ci książęta odziani w bistor, co to przyjeżdżają tu bez przerwy i sprzedają dodatki witaminowe dla bydła. Ale włosy trochę za długie nad uszami i zaczynają pojawiać się pierwsze pasma siwizny. Więc trochę pan za stary, ile, jakieś trzydzieści pięć?… żeby zajmować się handlem obwoźnym. Gdyby był pan prawnikiem w tym wieku, to z całą pewnością miałby pan jakiegoś asystenta, gołowąsa zaraz po szkole, którego by pan tu wysłał w podróż służbową, zamiast przyjeżdżać samemu. Nie wygląda mi pan na gliniarza, jakoś inaczej panu patrzy z oczu; na agenta nieruchomości i na biznesmena również nie. Nie wygląda pan też na handlowca, jak ci faceci. No to co może sprowadzać tutaj z Miami takiego gościa jak pan? Ostatnia rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to że może jest pan dziennikarzem, który poluje tu na jakiś materiał.

Roześmiał się.

– Bingo. I mam trzydzieści siedem lat.

Odwróciła się, żeby nalać kolejną szklankę piwa, którą postawiła przed innym gościem, i wróciła do Cowarta.

– Jest pan przejazdem? Nie wiem, jaki temat mógłby pana tu przywieść. Za dużo się tu nie dzieje, jeśli pan tego jeszcze nie zauważył.

Cowart zawahał się, zastanawiając, czy powinien trzymać język za zębami, czy nie. Następnie wzruszył ramionami i pomyślał, że skoro w ciągu dwóch minut domyśliła się, kim jest, nic nie da się utrzymać w sekrecie, gdy zacznie rozmawiać z miejscowymi gliniarzami i prawnikami.

– Sprawa morderstwa – powiedział.

Skinęła głową.

– Tak się spodziewałam. Zaciekawił mnie pan. Co to za historia? Do licha, nie mogę sobie przypomnieć ostatniego morderstwa, jakie się tutaj wydarzyło. Co innego w Mobile albo w Pensacola. Chodzi panu o tych handlarzy narkotyków? Jezu, ludzie mówią, że kokaina napływa tutaj z całej zatoki; tonami; co noc. Czasami przyjeżdżają tu ludzie mówiący po hiszpańsku. W zeszłym tygodniu przyjechało trzech facetów, wszyscy mieli modne garnitury i te małe piszczące aparaciki przy paskach. Rozsiedli się, jakby to miejsce do nich należało, i zamówili butelkę szampana przed obiadem. Musiałam wysłać po nią chłopaka do sklepu monopolowego. Nietrudno było się domyślić, co tak oblewają.

– Nie, nie chodzi o narkotyki – rzekł Cowart. – Od jak dawna pani tu jest?

– Od kilku lat. Przyjechałam do Pachouli z mężem, który był lotnikiem. Nadal lata, chociaż już nie jest moim mężem, a ja tkwię tutaj, na ziemi.

– Pamięta pani sprawę sprzed jakichś trzech lat; dziewczynka o nazwisku Joanie Shriver? Przypuszczalnie zamordował ją facet, który nazywał się Robert Earl Ferguson?

– Ta mała dziewczynka, którą znaleźli koło Bagniska Millera?

– Właśnie.

– Pamiętam. To się stało dokładnie wtedy, gdy przyjechałam tutaj ze swoim mężem; niechby go szlag trafił. To był pierwszy tydzień, jak prowadziłam ten bar. – Roześmiała się krótko. – Do diabła, myślałam, że ta cholerna praca zawsze będzie taka ekscytująca. Ludzie naprawdę się przejęli tą dziewczynką. Przyjeżdżali dziennikarze z Tallahassee i telewizja aż z Atlanty. Właśnie wtedy nauczyłam się rozróżniać takich gości jak pan. Większość zatrzymywała się tutaj. Tak naprawdę to poza tym zajazdem nie ma już gdzie. Zanim oświadczyli, że złapali chłopaka, który ją zabił, przez parę dni było niezłe zamieszanie. Ale to już było dawno. Nie spóźnił się pan trochę?

– Niedawno się o tym dowiedziałem.

– Ale ten chłopak siedzi w więzieniu. Ma wyrok śmierci.

– Istnieje kilka wątpliwości, w jaki sposób się tam znalazł. Nie wszystko jest do końca wyjaśnione.

Kobieta odchyliła głowę do tyłu i roześmiała się.

– Założę się, że to nie ma specjalnego znaczenia. Powodzenia, człowieku z Miami.

Po czym odwróciła się, żeby obsłużyć następnego klienta, zostawiając Cowarta sam na sam ze szklanką piwa. Już nie wróciła.


Ranek wstał rześki i przejrzysty. Wydawało się, że poranne słońce dokłada wszelkich starań, aby wysuszyć co do jednej wszystkie kałuże pozostające na ulicach po wczorajszym deszczu. Stopniowo narastał upał dnia, mieszając się z uciążliwą wilgotnością. Gdy Cowart szedł z motelu do swego wynajętego samochodu, a potem gdy jechał ulicami Pachouli, czuł, jak koszula przylepia mu się do pleców.

Miasteczko wydawało się trwałą osadą; położone na płaskim kawałku terenu opodal autostrady, służyło jako rodzaj spoiwa łączącego ją z rozciągającymi się wokół polami uprawnymi. Było wysunięte nieco zbyt daleko na północ, żeby można było tu z dobrym skutkiem uprawiać sady pomarańczowe, ale minął po drodze kilka gospodarstw, gdzie drzewka rosły równymi rzędami, oraz inne, gdzie na pastwiskach pasło się bydło. Domyślił się, że wjeżdża do miasteczka od jego zamożnej strony; zabudowania były parterowe, z brunatnej lub czerwonej cegły; wszechobecne domy ranczerskie, będące symbolem pewnego statusu. Na wszystkich znajdowały się wielkie anteny telewizyjne. Na niektórych podwórkach ustawione były nawet anteny satelitarne. Gdy zbliżał się do Pachouli, na poboczach pojawiły się sklepiki i stacje benzynowe. Minął z boku niewielkie centrum handlowe z okazałym sklepem spożywczym, pizzerię i restaurację. Zauważył, że również poza główną ulicą w stronę miasta rozciągały się domy mieszkalne, też jednorodzinne, zadbane, dobrze utrzymane – świadectwo solidności i umiarkowanego sukcesu.

Centrum miasteczka zajmowało zaledwie trzy przecznice i znajdowało się tam kino, parę biur, jeszcze kilka sklepów i dwa sygnalizatory ze światłami ulicznymi. Ulice były czyste i zastanawiał się, czy tak wymiotła je burza poprzedniej nocy, czy też była to zasługa miejscowej społeczności.

Przejechał przez miasteczko, wjechał na niewielką, wąską drogę i zaczął oddalać się od sklepów żelaznych, magazynów z częściami samochodowymi i restauracji szybkiej obsługi. Odniósł wrażenie, że zaszła pewna zmiana w kolorycie otaczającego go krajobrazu; soczysta zieleń, którą widział chwilę wcześniej, ustąpiła miejsca brunatnym prążkom ugorów. Droga stała się wyboista, a domy, które się teraz przy niej pojawiły, były drewniane, chyliły się od starości i wszystkie pomalowano na wyblakły jasny kolor. Szosa wślizgnęła się pomiędzy szpaler drzew i spowiła Cowarta ciemnością. Rozproszone światło przesączało się przez gałęzie wierzb i sosen, które utrudniały widoczność. Niemal przeoczył szutrową drogę odchodzącą w lewo. Opony straciły przyczepność na błocie i zanim znowu jej nabrały, zaczął podskakiwać na wyboistej drodze. Prowadziła wzdłuż długiego żywopłotu. Od czasu do czasu udawało mu się dostrzec ponad nim niewielkie gospodarstwa. Zwolnił i minął trzy drewniane szopy, przytulone do siebie na skraju drogi. Gdy przejeżdżał powoli, przyglądał mu się stary czarny mężczyzna. Spojrzał na licznik i przejechał jeszcze kilometr do następnej rudery usadowionej przy drodze. Zatrzymał się przed nią i wysiadł z samochodu.

Rudera miała z przodu ganek, na którym stał jeden bujany fotel. Z boku był mały kojec dla drobiu, gdzie kurczęta grzebały w ziemi. Droga kończyła się na podwórku przed domem. Stał tu zaparkowany stary chevrolet kombi z podniesioną maską.

Panował potężny, obezwładniający upał. Cowart usłyszał w oddali szczekanie psa. Żyzna, brunatna gleba podwórka przed domem była udeptana na tyle mocno, że udało jej się przetrwać burzę poprzedniego wieczora. Odwrócił się i zobaczył, że chałupa wychodzi na rozległe pole, obramowane ciemnym lasem.

Zawahał się, po czym podszedł do frontowego ganku.

Kiedy postawił stopę na pierwszym stopniu, usłyszał ze środka głos.

– Widzę cię. Czego chcesz?

Zatrzymał się i odpowiedział:

– Szukam pani Emmy Mae Ferguson.

– A po co ci ona?

– Chcę z nią porozmawiać.

– To mi nic nie mówi. Po co ci ona?

– Chcę porozmawiać o jej wnuczku.

Drzwi frontowe, które w połowie składały się z siatki odchodzącej od popękanej ramy, uchyliły się lekko. Wyszła stara Murzynka o siwych włosach, ściągniętych mocno z tyłu głowy. Była drobnej, ale mocnej budowy i poruszała się wolno, jednak w zdecydowany sposób, który zdawał się świadczyć, iż wiek i słabe kości to po prostu drobna niedogodność.

– Z policji?

– Nie. Nazywam się Matthew Cowart. Z „Miami Journal”. Jestem dziennikarzem.

– Kto cię przysłał?

– Nikt mnie nie przysłał. Po prostu przyjechałem. Czy pani Ferguson?

– Może.

– Pani Ferguson, bardzo proszę, chciałbym porozmawiać o Robercie Earlu.

– To dobry chłopak, a oni mi go zabrali.

– Tak, wiem. Próbuję pomóc.

– Jak możesz pomóc? Czyś ty prawnik? Prawnicy już dość zrobili krzywdy mojemu chłopakowi.

– Nie, proszę pani. Bardzo proszę, czy moglibyśmy usiąść i porozmawiać przez kilka minut? Chcę jedynie pomóc pani wnukowi, nic więcej. Prosił mnie, żebym tu przyjechał i z panią porozmawiał.

– Widziałeś się z moim chłopakiem?

– Tak.

– Jak mu tam jest?

– Chyba nieźle. Jest rozgoryczony, ale chyba mu nieźle.

– Bobby Earl był dobrym dzieciakiem. Bardzo dobrym dzieckiem.

– Wiem. Proszę.

– Zgoda, Panie Dziennikarzu. Usiądę i posłucham. Czego chcesz się dowiedzieć? – Staruszka skinęła głową w stronę bujanego fotela i podążyła ostrożnie ku niemu. Gestem wskazała najwyższy stopień ganku i Matthew Cowart usadowił się na nim, niemal u jej stóp.

– Więc, proszę pani, muszę się dowiedzieć czegoś o wydarzeniach sprzed niemal trzech lat. Muszę wiedzieć, co Robert Earl robił tego dnia, gdy zniknęła ta mała dziewczynka, dzień po tym i jeszcze jeden dzień później, gdy go zaaresztowano. Pamięta pani te dni?

Parsknęła pogardliwie.

– Panie Dziennikarzu, może jestem stara, ale głupia nie jestem. Może wzrok mi już tak nie dopisuje jak za dawnych czasów, ale pamięć mam dobrą. I jak, na Boga, kiedykolwiek mogłabym zapomnieć te dni, po tym wszystkim co się wtedy stało?

– Właśnie dlatego tu jestem.

Przyjrzała mu się z ukosa poprzez cień spowijający ganek.

– Na pewno przyjechałeś tu, żeby pomóc Bobbiemu Earlowi?

– Tak, proszę pani. Najlepiej jak będę mógł.

– Jak mu chcesz pomóc? Co takiego możesz zrobić, czego nie może prawnik o ciętym języku?

– Napisać artykuł do gazety.

– W gazetach napisali już pełno artykułów o Bobbym Earlu. Z tego co wiem, to najbardziej mu pomogli w dostaniu się do celi śmierci.

– Tym razem chyba będzie inaczej.

– Niby dlaczego?

Nie miał na to pytanie przygotowanej odpowiedzi. Po chwili odrzekł:

– Musi pani zrozumieć, pani Ferguson, że już bardziej pogorszyć sprawy nie mogę. A jeśli mam pomóc, potrzebuję odpowiedzi na kilka pytań.

Staruszka znowu się do niego uśmiechnęła.

– Racja. Dobrze, Panie Dziennikarzu. Pytaj.

– Tego dnia gdy zamordowano tę dziewczynkę…

– Był tutaj, ze mną. Cały dzień. Wychodził tylko rano, złowić parę ryb. Okonie. Pamiętam, bo usmażył je tego wieczoru na kolację.

– Jest pani pewna?

– Oczywiście, że jestem pewna. Gdzieżby jeszcze miał pójść?

– Miał przecież samochód.

– Słyszałabym, gdyby go zapalił i odjechał. Głucha nie jestem. Tamtego dnia nigdzie nie jechał.

– Powiedziała to pani policji?

– Jasne.

– I co?

– Nie uwierzyli mi. Powiedzieli: „Emma Mae, jesteś pewna, że się gdzieś nie wypuścił po południu? Jesteś pewna, że cały czas miałaś go na oku? Może się zdrzemnęłaś albo co?” Ale wcale się nie zdrzemnęłam i tak im powiedziałam. To oni mi na to, że gadam bzdury, rozzłościli się i sobie poszli. Więcej ich nie widziałam.

– A adwokat Roberta Earla?

– Zadawał te same głupie pytania. I dostawał takie same odpowiedzi. On też mi nie wierzył ani krzty. Powiedział, że mam dużo powodów, żeby kłamać, żeby poręczyć za chłopaka. I prawda. To był chłopak mojej drogiej córki i mocno go kochałam. Nawet jak wyjechał do New Jersey i potem wrócił, zahartowany przez ulicę, i mówił uliczną gwarą, i taki pewny siebie, ciągle mocno go kochałam. I żebyś pan wiedział, nieźle mu się powodziło. Był moim studenciakiem. Wyobrażasz pan sobie, Panie Biały Dziennikarzu? Rozejrzyj no się pan. Sądzisz pan, że wielu z nas idzie na studia? Że wielu dochodzi do czegoś? Jak ci się wydaje, ilu?

Prychnęła znowu i oczekiwała na odpowiedź, której nie udzielił. Po chwili ciągnęła:

– Taka była prawda. Mój chłopak. Mój najlepszy chłopak. Moja duma. Jasne, że dla niego bym skłamała. Ale nie kłamałam. Wierzę w Chrystusa, ale żeby ocalić mojego chłopaka, poszłabym do samego diabła i napluła mu w oczy. Tylko że nigdy nie miałam takiej szansy, bo nigdy mi nie uwierzyli; o nie.

– Więc jaka jest prawda?

– Był ze mną.

– A następnego dnia?

– Był ze mną.

– A jak przyjechała policja?

– Był przed domem i pucował ten swój samochód. Nie pyskował im. Żadnych kłopotów. Mówił tylko „tak, proszę pana” i „nie, proszę pana”. I widzisz pan, do czego go to doprowadziło?

– Chyba się pani zezłościła.

Drobna kobieta pochyliła się do przodu, jej ciało zesztywniało od emocji. Mocno uderzyła dłońmi w poręcze bujanego fotela i odgłos ten rozległ się echem w przejrzystym porannym powietrzu, jak dwa wystrzały z pistoletu.

– Zezłościłam. Pytasz mnie pan, czy się zezłościłam? Odebrali mi chłopaka i gdzieś wysłali, żeby go zabić. Słów mi brak, żeby powiedzieć, jak się zezłościłam. Nie ma we mnie tyle zła, żeby powiedzieć, co naprawdę czuję.

Wstała z fotela i ruszyła z powrotem do domu.

– Nic we mnie nie pozostało oprócz nienawiści i gorzkiej pustki, Panie Dziennikarzu. Możesz pan to napisać.

Zniknęła w cieniu rudery, trzaskając za sobą drzwiami i pozostawiając Matthew Cowarta notującego jej słowa skrzętnie w notesie.


Gdy dotarł do szkoły, było południe. Wyglądała tak, jak ją sobie wyobrażał – solidny, nudny budynek z brunatnej cegły, z amerykańską flagą zwisającą bezwładnie w wilgotnym powietrzu. Z boku stały zaparkowane żółte autobusy szkolne i było boisko, z huśtawkami i koszami do koszykówki, przykryte sporą warstwą kurzu. Zostawił samochód i zbliżał się do szkoły, czując jak głosy dzieci wzbierają na sile i prowadzą go przed siebie. Była przerwa obiadowa i za podwójnymi drzwiami panowało pewne poruszenie. Tupot dziecięcych stóp, szelest torebek i trzaskanie pudełek z lunchem, poszum rozmów. Ściany szkoły przybrane były pracami dzieci; wystawki z kolorowymi plamami w różnych kształtach i niewielkimi podpisami objaśniającymi, co te prace przedstawiają. Przez chwilę przyglądał się obrazkom i przypomniały mu się wszystkie rysunki i wycinanki z kolorowego papieru, które dostawał zawsze w listach od córki, i którymi udekorował biuro. Poszedł dalej, udając się poprzez hall w stronę drzwi z napisem SEKRETARIAT. Gdy już do nich dochodził, otworzyły się i wyszły dwie dziewczynki, chichocząc z jakiegoś sobie tylko znanego powodu. Jedna była czarna, druga biała. Patrzył, jak zniknęły w głębi korytarza. Zauważył na ścianie niewielkie zdjęcie w ramkach i podszedł do niego, żeby się przyjrzeć.

Było to zdjęcie małej dziewczynki. Miała blond włosy, piegi i szeroki uśmiech, odsłaniający zęby z aparatem ortodontycznym. Była ubrana w czystą białą bluzkę, a na szyi miała złoty łańcuszek. Zdołał odczytać jej imię, Joanie, wygrawerowane cienkimi literami na blaszce pośrodku łańcuszka. Pod zdjęciem umieszczona była niewielka tabliczka. Widniał na niej napis:

JOANIE SHRIVER 1976-1987

Nasza Przyjaciółka i ukochana Koleżanka z klasy.

Zawsze będzie jej nam brakowało.

Dołączył zdjęcie wiszące na ścianie do wszystkich innych czynionych spostrzeżeń. Po czym odwrócił się i wszedł do sekretariatu szkoły.

Zza biurka spojrzała na niego kobieta w średnim wieku, o nieco stropionym wyglądzie.

– Czy mogę panu w czymś pomóc?

– Tak. Szukam Amy Kapłan.

– Przed chwilą tu była. Czy spodziewa się pana?

– Rozmawiałem z nią wcześniej telefonicznie. Nazywam się Cowart. Jestem z Miami.

– Jest pan dziennikarzem?

Przytaknął.

– Mówiła, że ma pan przyjechać. Spróbuję jej poszukać. – W głosie kobiety brzmiała jakaś nuta goryczy. Nie uśmiechnęła się do Cowarta.

Wstała i przeszła przez sekretariat, znikając na chwilę w pokoju nauczycielskim i pojawiając się ponownie z młodą kobietą. Cowart ocenił, że była ładna; miała szczerą, uśmiechniętą twarz i kasztanowe włosy odgarnięte do tyłu.

– Ja jestem Amy Kapłan, panie Cowart.

Uścisnęli sobie dłonie.

– Przepraszam, że przeszkadzam pani w lunchu.

Potrząsnęła głową.

– To chyba najlepsza pora. Jednak, jak już wspomniałam przez telefon, nie bardzo wiem, w czym mogę panu pomóc.

– Chodzi o samochód – powiedział. – I co pani widziała.

– Wie pan, najlepiej chyba będzie, jak panu pokażę, gdzie wtedy stałam. Tam będę mogła wszystko wyjaśnić.

W milczeniu wyszli na zewnątrz. Młoda nauczycielka stanęła przed szkołą i odwróciła się, wskazując drogę.

– Widzi pan, zawsze stoi tutaj jakiś nauczyciel i pilnuje dzieci po zakończeniu zajęć. Kiedyś przede wszystkim po to, żeby chłopcy nie wdawali się w bójki, a dziewczynki żeby szły prosto do domu, zamiast włóczyć się i plotkować. Dzieciaki to strasznie lubią, wie pan. Teraz oczywiście mamy jeszcze dodatkowy powód, żeby tu stać.

Spojrzała na niego i przez chwilę mierzyła go wzrokiem. Podjęła dalej:

– … W każdym razie tego popołudnia gdy zniknęła Joanie, już prawie wszyscy poszli do domu i miałam właśnie wejść z powrotem do budynku, gdy dostrzegłam ją tam, koło tej wielkiej wierzby… – Wskazała w stronę drogi, na miejsce odległe jakieś pięćdziesiąt metrów. Następnie przyłożyła dłoń do ust i zawahała się.

– O Boże – powiedziała.

– Przykro mi – powiedział Cowart.

Przyglądał się, jak młoda kobieta wpatruje się w to miejsce obok drogi, jakby widziała to wszystko jeszcze raz; w tej właśnie chwili, w pamięci. Zauważył, że lekko zadrżała jej warga, ale potrząsnęła głową, żeby mu dać znać, iż nic jej nie jest.

– Wszystko w porządku. Byłam młoda. To był mój pierwszy rok. Pamiętam, że mnie spostrzegła, odwróciła się i pomachała, stąd wiedziałam, że to ona. – Zdecydowany ton jej głosu jakby trochę zmiękł w upale.

– I co?

– Przeszła tam, w cieniu, tuż obok zielonego samochodu. Widziałam, jak się odwróciła, pewnie dlatego że ktoś coś do niej powiedział, po czym otworzyły się drzwi i wsiadła do środka. Samochód odjechał.

Młoda kobieta wzięła głęboki oddech.

– Po prostu wsiadła do środka. Cholera – zaklęła szeptem do siebie. – Po prostu wsiadła, panie Cowart, jakby nic na świecie jej nie obchodziło. Czasami wciąż ją widzę w wyobraźni. Jak do mnie macha. Nienawidzę tych zwidów.

Cowart pomyślał sobie o swoich własnych koszmarach sennych i chciał odwrócić się do tej młodej kobiety i powiedzieć jej, że on też nie sypia nocami. Jednak nie zrobił tego.

– To mi nigdy nie dawało spokoju – ciągnęła dalej Amy Kapłan. – To znaczy, gdyby chociaż ją ktoś złapał, gdyby się szamotała albo wołała o pomoc, czy cokolwiek… – głos kobiety załamał się z emocji -… może bym coś zrobiła. Zaczęłabym krzyczeć, może bym za nią pobiegła. Może mogłabym o nią walczyć, czy zrobić coś. Nie wiem. Cokolwiek. Ale to było spokojne, majowe popołudnie. I było tak gorąco, że chciałam już wracać do budynku, więc dokładnie się nie przyglądałam.

Cowart patrzył na ulicę, mierząc odległości.

– To się działo w cieniu?

– Tak.

– Ale jest pani pewna, że samochód był zielony? Ciemnozielony?

– Tak.

– Nie czarny?

– Mówi pan jak detektywi albo adwokaci. Oczywiście, że mógł być czarny. Ale serce i pamięć mówią mi ciemnozielony.

– Nie widziała pani ręki, która otwierała drzwi od środka?

Zawahała się.

– To dobre pytanie. O to nie pytali. Pytali, czy widziałam kierowcę. Musiał się pochylić na siedzeniu, żeby otworzyć drzwi. Nie widziałam go… – Walczyła z dawno widzianymi obrazami. – Nie. Nie widziałam żadnej ręki. Widziałam tylko, jak otworzyły się drzwi.

– A tablice rejestracyjne?

– Wie pan, tablice z Florydy mają dookoła taki pomarańczowy pasek na białym tle. Jedyne, co naprawdę zauważyłam, to że te tablice były ciemniejsze i nie były stąd.

– Kiedy pani pokazano samochód Roberta Earla Fergusona?

– Pokazali mi tylko zdjęcie, kilka dni później.

– Nigdy nie widziała pani samochodu?

– Nic takiego sobie nie przypominam. Tylko tego dnia kiedy zniknęła.

– Niech mi pani opisze to zdjęcie.

– Było ich kilka, jakby były wykonane aparatem od razu wywołującym zdjęcia.

– Jakie ujęcia?

– Co proszę?

– Pod jakim kątem robili zdjęcia?

– Ach, rozumiem. Były robione z boku.

– Ale pani widziała samochód od tyłu.

– Zgadza się. Ale kolor pasował. I kształt też. I…

– I co?

– Nic.

– Na pewno widziała pani światła stopu, gdy samochód odjeżdżał. Gdy kierowca włączał bieg, światła stopu musiały się zaświecić. Czy przypomniałaby sobie pani, jakiego były kształtu?

– Nie wiem. O to mnie nie pytali.

– A o co pytali?

– Nie za wiele. Nie policja. I nie podczas rozprawy. Taka byłam zdenerwowana, jak szłam składać zeznania, ale to wszystko trwało zaledwie kilka sekund.

– A przesłuchanie?

– Spytał mnie tylko, tak jak pan, czy jestem pewna co do koloru. Powiedziałam, że mogę się mylić, chociaż jestem dość pewna. To go chyba zadowoliło i o nic więcej nie pytał.

Cowart znowu spojrzał na drogę i na młodą kobietę. Wydawała się pogrążona we wspomnieniach; wzrok miała utkwiony w przestrzeni daleko przed nim.

– Sądzi pani, że on to zrobił?

Zaczerpnęła powietrza i myślała przez chwilę.

– Został skazany.

– Ale co pani myśli?

Wzięła głęboki oddech.

– Nigdy nie dawało mi spokoju, że po prostu wsiadła do samochodu. Wydawała się nie zastanawiać ani chwili. Skoro go nie znała, to dlaczego miałaby tak postąpić? Nie widzę żadnego powodu. Próbujemy uczyć nasze dzieci, żeby były rozważne i roztropne, panie Cowart. Mamy lekcje poświęcone bezpieczeństwu. Że nigdy nie należy ufać nieznajomym. Nawet tutaj, w Pachoula, chociaż może trudno panu w to uwierzyć. Nie jesteśmy aż tak zacofani, jak się pewnie panu wydaje. Przyjeżdża tu wielu ludzi z miasta, tak jak ja. Mieszkają też tutaj ludzie, profesjonaliści, którzy dojeżdżają do pracy do Pensacola albo do Mobile, ponieważ to spokojna, bezpieczna miejscowość. Ale wpajamy dzieciom zasady bezpieczeństwa. Uczą się tego. Więc nigdy tego nie mogłam pojąć. To dla mnie nigdy nie miało sensu, że ot tak, wsiadła do tego samochodu.

Przytaknął.

– O to też chciałem panią zapytać – powiedział.

Odwróciła się gniewnie w jego stronę.

– Przede wszystkim zapytałabym o to cholernego Roberta Earla Fergusona.

Nie odpowiedział i po chwili napięcie z niej opadło.

– Przepraszam, że tak na pana naskoczyłam. Wszyscy obarczamy się winą. Wszyscy w szkole. Nawet pan sobie nie zdaje sprawy, co się działo z innymi dziećmi. Dzieciaki bały się chodzić do szkoły. Gdy już przychodziły, były zbyt przestraszone, żeby słuchać. W domu nie mogły spać. A gdy już zasnęły, śniły im się koszmary. Dostawały napadów złego humoru. Moczyły się w nocy. Nagle wpadały w gniew lub wybuchały płaczem. Dzieci o trudnym charakterze stawały się jeszcze gorsze. Dzieci, które zawsze były zamknięte w sobie i wyobcowane, stawały się takie jeszcze bardziej. Zwyczajne dzieci, które nie sprawiały nigdy kłopotu, nagle zaczęły przysparzać problemów. Organizowaliśmy w szkole zebrania. Ściągaliśmy psychologów z uniwersytetów, żeby pomogli tym dzieciom. To było straszne. To zawsze będzie straszne. – Rozejrzała się wokół siebie. – Nie wiem, ale mam wrażenie, że tego dnia coś tutaj pękło i nikt naprawdę nie wie, czy kiedykolwiek da się to naprawić.

Przez chwilę milczeli. W końcu zapytała:

– Czy pomogłam?

– Oczywiście. Czy mógłbym zadać pani jeszcze jedno pytanie? – spytał. – I być może będę jeszcze chciał z panią porozmawiać, jak już przeprowadzę rozmowy z innymi osobami związanymi z tą sprawą. Choćby z policjantami.

– Nie ma sprawy – odparła. – Wie pan, gdzie mnie znaleźć. Niech pan strzela.

Uśmiechnął się.

– Niech mi pani powie, co takiego przyszło pani na myśl kilka minut temu, jak rozmawialiśmy o zdjęciach samochodu i nagle pani przerwała.

Zatrzymała się i zmarszczyła brwi.

– Nic – odrzekła.

Spojrzał na nią.

– Dobrze, pewna rzecz.

– Tak?

– Kiedy policjanci pokazali mi zdjęcia, powiedzieli, że ujęli zabójcę. Że przyznał się do winy i w ogóle. Powiedzieli, że rozpoznanie przeze mnie samochodu to zwykła formalność. Zdałam sobie sprawę z tego, jakie to ważne, dopiero kilka miesięcy później, tuż przed procesem. Wie pan, zawsze leżało mi to na żołądku. Pokazali mi zdjęcia, powiedzieli: „To jest samochód zabójcy, czy tak?”, a ja na nie spojrzałam i odparłam: „Oczywiście”. Jakoś nigdy nie dawało mi spokoju, że to wszystko odbyło się w taki sposób.

Cowart się nie odezwał, ale pomyślał sobie: Mnie też to nie daje spokoju.


Artykuł prasowy jest zbiorem chwil ujętych w cytatach, w spojrzeniach osób, w kroju ich ubrań. W słowach kumulują się drobne obserwacje dziennikarza; co widzi, co słyszy. Wspiera go przeszłość; potężna opoka detalu. Cowart zdawał sobie sprawę, że musi zgromadzić więcej faktów, i spędził popołudnie na czytaniu wycinków prasowych w bibliotece gazety „The Pensacola News”. Pomogło mu to zrozumieć to swoiste szaleństwo, jakie ogarnęło miasteczko po tym, gdy matka dziewczynki zadzwoniła na policję, żeby powiadomić, że córka nie wróciła ze szkoły do domu. Nastąpiła małomiasteczkowa eksplozja troski. W Miami policja powiedziałaby matce, że przez dwadzieścia cztery godziny nic nie mogą zrobić. Przyjęliby, że dziewczynka uciekła z domu, ponieważ była bita albo napastowana seksualnie przez ojczyma, albo po prostu chciała znaleźć się w ramionach chłopaka, pokazując się w okolicach szkoły w jego nowym czarnym pontiacu firebird.

Ale nie w Pachouli. Miejscowa policja natychmiast zaczęła przeczesywać ulice w poszukiwaniu dziewczynki. Krążyli po bocznych drogach za miastem, z głośnikami, przez które wykrzykiwali jej imię. Do pomocy włączyła się straż pożarna, syreny wyły pośród spokojnego, majowego wieczoru. – We wszystkich domach rozdzwoniły się telefony. Wiadomość rozprzestrzeniała się z alarmującą prędkością po wszystkich ulicach. Zebrały się małe grupy rodziców i zaczęły przeczesywać podwórka w poszukiwaniu małej Joanie Shriver. Postawiono w stan gotowości harcerzy. Ludzie wcześniej wyszli z pracy, żeby dołączyć do poszukiwań. Zanim zaczął zapadać długi, późnowiosenny wieczór, musiało to wyglądać, jakby całe miasteczko wyległo na ulice w poszukiwaniu dziecka.

Oczywiście wtedy już nie żyła, pomyślał. Nie żyła od chwili, gdy wsiadła do tego samochodu.

Poszukiwania trwały dalej, za pomocą reflektorów i śmigłowca, sprowadzonego tej nocy z koszar policji stanowej koło Pensacola. Warczał, furkotał wirnikami, a jego reflektory przeczesywały ciemność jeszcze po północy. Z nastaniem świtu wprowadzono do akcji psy gończe i poszukiwania przybrały na mocy. Do południa całe miasteczko się zgromadziło, jak armia przygotowująca się do długiego marszu, a wszystko dokumentowane było przez kamery telewizyjne i dziennikarzy prasowych.

Ciało dziewczynki zostało odkryte późnym popołudniem przez dwóch strażaków gorliwie przeszukujących skraj bagniska, chodzących po zasysającym błocie w kaloszach sięgających do bioder, odganiających komary i wykrzykujących imię dziewczynki. Jeden z nich zauważył w ostatnich promieniach światła poblask blond włosów na brzegu wody.

Cowart wyobraził sobie, że wiadomość musiała rozjuszyć miasto odpowiednio do tego, jak potraktowane było ciało dziewczynki. Zdał sobie sprawę z dwóch rzeczy: że osoba, która została wybrana na przesłuchanie w sprawie śmierci Joanie Shriver, wkroczyła w sam środek tej burzy, i że presja wywarta na policjantów, iż muszą złapać zabójcę, była ogromna. Może tak ogromna, że nie dawała się znieść.


Hamilton Burns był niskim, rumianym mężczyzną o siwych włosach. Jego głos, jak inne głosy w Pachouli, zabarwiony był rytmiczną gwarą Południa. Dzień chylił się ku zachodowi. Hawkins, dając Cowartowi znak, żeby zajął miejsce w czerwonym, ponad miarę wypchanym skórzanym fotelu, wspomniał coś o „słońcu, które znajduje się nad nokiem rei”, z dolnej szuflady biurka wyczarował butelkę i nalał sobie szklankę burbona. Cowart potrząsnął głową, gdy wysunął butelkę w jego stronę.

– Potrzeba trochę lodu – powiedział Burns i podszedł do narożnika niewielkiego biura, gdzie część drogocennej powierzchni zajmowała mała lodówka, zawalona wysokimi stertami akt sądowych. Cowart zauważył, że Burns utyka przy chodzeniu. Rozejrzał się po biurze. Było pokryte drewnianą boazerią, a jedną ścianę zapełniały książki prawnicze. Wisiało kilka dyplomów oprawionych w ramki oraz świadectwo miejscowego klubu Kawalerów Kolumba. Było też kilka zdjęć pokazujących uśmiechniętego Hamiltona Burnsa, ramię w ramię z gubernatorem i innymi politykami.

Prawnik pociągnął solidnie ze szklanki, oparł się wygodnie, kręcąc na krześle za biurkiem naprzeciwko Cowarta, i rzekł:

– Więc chcecie się dowiedzieć o Robercie Earlu Fergusonie. Co wam mogę powiedzieć? Moim zdaniem będzie składał apelację o ponowny proces, szczególnie że jego sprawą zajmuje się ten stary sukinsyn, Roy Black.

– Na jakiej podstawie?

– Jak to? To cholerne przyznanie się do winy, a cóż by innego? Sędzia powinien był tego za cholerę nie brać pod uwagę.

– Dojdziemy do tego. Może pan zacząć od opowiedzenia mi, jak to się stało, że ta sprawa trafiła w pana ręce?

– Och, zlecenie z sądu. Dzwoni do mnie sędzia i pyta, czy zajmę się tą sprawą. Normalni obrońcy z urzędu byli zawaleni innymi zajęciami, jak zwykle. Poza tym dla nich to była trochę zbyt poważna sprawa. Publika domagała się głowy tego chłopaka. Nie sądzę, żeby mieli najmniejszą ochotę zająć się sprawą Fergusona. Nie, proszę pana, w żadnym wypadku.

– I pan się nią zajął?

– Jak dzwoni sędzia, to się nie odmawia. Do diabła, większość prowadzonych przeze mnie spraw to zlecenia z sądu. Nie mogłem odrzucić właśnie tego.

– Potem wystawił pan sądowi rachunek na dwadzieścia tysięcy dolarów.

– Obrona zabójcy pochłania dużo czasu.

– Przy stawce sto dolarów za godzinę?

– Do diabła, jeszcze straciłem na tym interesie. Na dzwony piekielne, całe tygodnie to trwało, zanim ktokolwiek z tego miasteczka się do mnie ponownie odezwał. Ludzie zachowywali się, jakbym był jakimś pariasem. Judaszem. Wszystko dlatego że reprezentowałem tego chłopaka. Jak szedłem ulicą, nie było już „dzień dobry, panie Burns”, „miłego dnia, panie Buras”. Ludzie przechodzili na drugą stronę, żeby ze mną nie rozmawiać. To mała mieścina. Niech sam pan sobie policzy, ile straciłem na sprawach, które przejęli inni adwokaci, dlatego że reprezentowałem Bobby’ego Earla. Niech sam pan sobie policzy, zanim zacznie mnie pan krytykować.

Adwokat sprawiał wrażenie rozżalonego. Cowart pomyślał, że może wydaje mu się, iż to on został skazany, a nie Ferguson.

– Czy kiedykolwiek wcześniej zajmował się pan sprawą zabójstwa?

– Parę razy.

– Czy chodziło o wyrok śmierci?

– Nie. W większości były to awantury rodzinne. Wie pan, mąż i żona zaczynają się kłócić i w końcu któreś się decyduje podkreślić swoje racje za pomocą pistoletu… – Roześmiał się. – To raczej zabójstwo w afekcie, w najgorszym wypadku zabójstwo drugiego stopnia. Zajmuję się często sprawami pozbawienia życia w wyniku kolizji samochodowych i podobnymi. Syn radnego upija się i rozwala samochód. Ale do licha, obrona kogoś oskarżonego o nieprawidłowe przechodzenie przez ulicę i obrona oskarżonego o zabójstwo to na dobrą sprawę to samo. Trzeba zrobić, co należy.

– Rozumiem – powiedział Cowart, pisząc szybko w notesie i przez chwilę unikając wzroku prawnika. – Proszę mi opowiedzieć o obronie.

– Nie ma znowu aż tak dużo do opowiadania. Wniosłem o zmianę miejsca rozprawy. Wniosek odrzucono. Wniosłem o wyłączenie z akt przyznania się do winy. Wniosek odrzucono. Udałem się do Bobby’ego Earla i powiedziałem mu: „Chłopcze, musimy się przyznać. Zabójstwo pierwszego stopnia. Daj się wsadzić, dostaniesz dwadzieścia pięć lat bez możliwości skrócenia wyroku. Zachowasz życie”. W ten sposób zostałoby chłopakowi jeszcze sporo życia po wyjściu. Chłopak na to: „Mowy nie ma”. Uparty. Jego stosunek do mnie można by oddać krótko – pieprz się. Ciągle powtarzał: „Ja tego nie zrobiłem”. Więc jakie jeszcze miałem wyjście? Próbowałem zebrać ławę przysięgłych, która nie byłaby uprzedzona. Udało mi się. Sprawa ciągnęła się dalej. Podawałem w wątpliwość dowody, aż skończyły mi się pomysły. Przegraliśmy. Co tu jest do opowiadania?

– Jak to się stało, że nie powołał pan jego babki, która zapewniała mu alibi?

– Nikt by jej nie uwierzył. Widział pan tę starą siekierę? Jedyne co wie, to że jej wnuczek jest chodzącym ideałem i nie skrzywdziłby muchy. Oczywiście ona jest jedyna, która w to wierzy. Jakby weszła na podium i zaczęła kłamać, byłoby jeszcze gorzej. Znacznie gorzej.

– Nie wiem, jak mogłoby być jeszcze gorzej, niż było.

– Cóż, to spóźniona refleksja, panie Cowart, i sam pan o tym wie.

– Przypuśćmy, że mówiła prawdę?

– Może i tak. To sprawa sędziego.

– A samochód?

– Ta cholerna nauczycielka powiedziała, że nawet mógł być innego koloru. Cholera. Powiedziała to przed sądem. Nie wiem, dlaczego przysięgli nie wzięli tego pod uwagę.

– Czy wiedział pan, że policjanci najpierw powiedzieli jej, że Ferguson się przyznał, a potem pokazali zdjęcia jego samochodu?

– Co takiego? Nie. Nie powiedziała tego, gdy ją wezwałem do złożenia zeznań.

– Mnie powiedziała.

– Niech mnie szlag trafi.

Prawnik nalał sobie kolejnego drinka i upił potężny łyk. Ciebie nie trafi, pomyślał Cowart. Ale trafi Fergusona.

– A co z dowodami krwi?

– Grupa zero plus. Założę się, że pasuje do połowy facetów w tym okręgu. Przesłuchałem techników i dopytywałem się, dlaczego nie zbadali dokładniej podstawy enzymów, nie przeprowadzili jakichś obserwacji genetycznych czy jakiegoś innego zmyślnego gówna. Oczywiście znałem odpowiedź; mieli kogoś, kto pasował, i nie chcieli robić nic, co mogłoby im to popsuć. Do diabła, tak po prostu pasowało. I jeszcze Robert Earl; siedział tam na rozprawie, z opuszczonym wzrokiem i miną winowajcy. Wydawał się winny jak sam grzech. To nie pomagało.

– A przyznanie się do winy?

– Nie powinno być brane pod uwagę w sądzie. Wydaje mi się, że zmusili do niego tego chłopaka. Tak myślę. Ale do diabła, skoro już istniało, to przepełniło kielich, jeśli rozumie pan moje słowa. Żaden przysięgły nie jest w stanie nie brać pod uwagę własnych słów tego chłopaka. Za każdym razem jak go pytali: „Zrobiłeś to, czy zrobiłeś tamto?”, on odpowiadał: „Tak, proszę pana”. „Tak, proszę pana”. „Tak proszę pana”. Te wszystkie „tak, proszę pana”. Za dużo z tym nie dało się zrobić. Tylko tyle. Próbowałem, próbowałem co mogłem. Podawałem w wątpliwość dowody. Twierdziłem, że brak jest dowodów kluczowych. Pytałem tych przysięgłych: „Gdzie jest broń, którą dokonano zabójstwa?” Coś, co bez wątpliwości wskazywałoby na Roberta Earla. Mówiłem, że nie można kogoś zabić i nie mieć na sobie żadnych śladów. A on nie miał. Broniłem go na wszystkie strony. Przysięgam to panu. Tylko że to się na nic, do cholery, nie zdało. Przyglądałem się tym ludziom siedzącym w ławie i od razu wiedziałem, że to żadna różnica, co mówię. Jedyne, co do nich docierało, to cholerne przyznanie się do winy. Jego własne słowa po prostu przyglądały mu się z akt. „Tak, proszę pana. Tak, proszę pana. Tak, proszę pana”. Sam się posadził na to krzesło elektryczne, właśnie sam, jakby siadał sobie na krzesełku przy stole obiadowym. Ludzie tutaj bardzo się przejęli tym, co przydarzyło się tej dziewczynce, i chcieli z tym skończyć raz na zawsze, jak najszybciej, żeby znowu mogli żyć tak jak zwykle. I nie znalazłby pan w tym miasteczku dwóch osób, które by wstały i powiedziały o tym chłopaku coś dobrego. Cokolwiek, wie pan, coś o jego charakterze i tak dalej. Nie, proszę pana, nikt go nie lubił. Nawet czarni. Nie twierdzę, że nie miały tutaj miejsca uprzedzenia rasowe…

– Ława przysięgłych składała się wyłącznie z białych. Nie można było znaleźć ani jednego Murzyna, który by się do niej nadawał?

– Próbowałem, proszę pana. Próbowałem. Oskarżenie stanowczo odrzucało wszystkie propozycje.

– Nie wysunął pan sprzeciwu?

– Sprzeciw został oddalony. Może to się uda podczas apelacji.

– Nie leży to panu na sumieniu?

– Niby dlaczego?

– Z tego, co pan mówi, wynika, że Ferguson nie miał sprawiedliwego procesu i że może być niewinny. A oczekuje na egzekucję.

Prawnik wzruszył ramionami.

– Nie wiem – powiedział powoli. – Tak, proces, cóż, racja. Ale niewinny? Do diabła, to jego własne słowa. To cholerne przyznanie się do winy.

– Ale powiedział pan, że wierzy, iż go zmuszono do podpisania tego zeznania.

– Wierzę, ale…

– Ale co?

– Jestem staromodny. Wierzę, że jeśli czegoś nie zrobiłeś, to nie ma na świecie takiej rzeczy, która ci każe powiedzieć, że to zrobiłeś. To mi nie daje spokoju.

– Oczywiście – odparł Cowart zimno. – Prawo jest naszpikowane przykładami wymuszonych i ustawianych zeznań, prawda?

– Zgadza się.

– Są ich setki, tysiące.

– Zgadza się.

Prawnik odwrócił wzrok, twarz mu się zaczerwieniła.

– Tak sądzę. Oczywiście teraz, gdy Roy Black zajął się sprawą i jak pan jest tutaj; może pan napisze coś, co potrząśnie tym sędzią, albo coś, co wpadnie w oko gubernatorowi; cóż, prawda zawsze w jakiś sposób wychodzi na wierzch.

– Wychodzi na wierzch?

– Tak jest zawsze. Nawet w wypadku sprawiedliwości. Trochę to trwa.

– Cóż, za pierwszym razem nie wyglądało, żeby miał jakieś szanse.

– Pyta mnie pan o zdanie?

– Tak.

– Nie, proszę pana. Żadnych szans.

Szczególnie że to ty zajmowałeś się jego sprawą, pomyślał Cowart. Bardziej przejmowałeś się swoją opinią w Pachouli niż skazaniem kogoś na śmierć.

Prawnik odchylił się w fotelu i nerwowo obracał w dłoni szklankę z drinkiem, tak że słychać było chlupot lodu i burbona.


Noc zalała miasteczko jak niezmierzone czarne odmęty. Cowart szedł powoli ulicami, przesuwając się pod dziwnymi światłami rzucanymi przez latarnie i przez oświetlone wystawy sklepowe. Jednak te momenty jasności były rzadkie; wydawało się, że wraz z zachodem słońca Pachoula całkowicie oddaje się ciemności. W powietrzu unosiła się wiejska świeżość, namacalny spokój. Słyszał własne kroki na chodniku.

Tej nocy miał trudności z zaśnięciem. Motelowe dźwięki – donośny pijacki głos, skrzypiące łóżko w sąsiednim pokoju, trzask drzwi, odgłosy maszyny do lodu i napojów – te wszystkie dźwięki wdzierały mu się do wyobraźni i przeszkadzały w posortowaniu tego, czego się dowiedział i co widział. Dobrze po północy ogarnął go w końcu sen, ale był to nędzny wypoczynek.

We śnie powoli prowadził samochód poprzez oświetlone rozruchami ulice Miami. Światła płonących budynków pieściły auto i rzucały przed nim cienie. Jechał powoli, manewrując ostrożnie, żeby ominąć potłuczone szkło i gruz na drodze; cały czas świadomy, że zbliża się do centrum zamieszek, ale zdając sobie sprawę, że ma obowiązek przyjrzenia się im i opisania ich. Gdy zatrzymał samochód za rogiem, dostrzegł ten wyśniony tłum, tańczący, plądrujący, podążający ku niemu poprzez migoczące światło ognia. Widział wrzeszczących ludzi i wydawało mu się, że wykrzykują jego imię. Nagle w samochodzie obok zapiszczał przepełniony przerażeniem, przeszywający głos. Odwrócił się i zobaczył, że to ta zamordowana dziewczynka. Zanim zdążył zapytać, co tam robi, samochód został otoczony. Zobaczył twarz Roberta Earla Fergusona i poczuł, jak dziesiątki dłoni wyciągają go zza kierownicy i bujają samochodem w przód i w tył, jakby był to statek zagubiony na morzu podczas huraganu. Dojrzał, że wyciągają dziewczynkę z samochodu i gdy wyślizgnęła się z jego zdesperowanych, zaciśniętych rąk, jej twarz zmieniła się w straszny sposób i usłyszał słowa: „Tatusiu, ratuj!”

Obudził się, z trudem łapiąc oddech. Zwlókł się z łóżka, wypił szklankę wody i przejrzał się w lustrze w łazience, jakby szukał jakichś widocznych ran, dostrzegł jednak tylko krople potu przyklejające mu włosy do czoła. Wrócił do pokoju, usiadł przy oknie i ogarnęły go wspomnienia.

Jakieś sześć lat temu widział, jak szaleńczy tłum wyciągnął z furgonetki dwóch nastoletnich chłopców. Byli biali, a napastnicy czarni. Chłopcy niechcący zapuścili się w strefę zamieszek, zgubili się, próbowali uciec, zagłębiając się jeszcze głębiej w rejon bijatyki. Chciałbym, żeby to był sen, pomyślał. Żałuję, że tam wtedy byłem. Tłum zacieśnił się wokół krzyczących chłopaków, popychając i poszturchując ich, podrzucając, aż w końcu obydwaj zniknęli pod oblężeniem kopiących stóp i okładających pięści, potrzaskani kamieniami, ostrzelani z pistoletów. Stał o przecznicę dalej, za daleko, żeby być pomocnym świadkiem dla policji, ale wystarczająco blisko, żeby nigdy nie zapomnieć tego widoku. Ukrywał się pod osłoną płonącego budynku, obok fotografa, który cały czas trzaskał zdjęcia i przeklinał, że nie ma teleobiektywu. Przeczekali rozgrywającą się przed nimi śmierć i w końcu ujrzeli dwa zmasakrowane ciała porzucone na ulicy. Gdy tłum już skończył i udał się w inną stronę, zaczął biec z powrotem do samochodu, próbując uniknąć podobnego losu i wiedział, że nigdy nie ucieknie przed tym widokiem. Tej nocy zginęło wielu ludzi.

Przypomniał sobie, jak pisał reportaż w sali redakcyjnej, równie bezradny jak ci dwaj chłopcy, których śmierć widział, osaczony przez wyobraźnię wylewającą się z niego na papier.

Ale przynajmniej nie umarłem, pomyślał.

Jedynie moja mała cząstka.

Zadrżał znowu, zamienił drżenie we wzruszenie ramionami i wstał, naciągając i rozluźniając mięśnie, jakby chciał się orzeźwić. Musisz być czujny, przestrzegł sam siebie. Dzisiaj porozmawia z tymi dwoma detektywami. Zastanawiał się, co mu powiedzą. I czy będzie mógł w to uwierzyć, chociaż częściowo.

Następnie wszedł pod prysznic, jakby płynące po skórze strumienie wody mogły wymyć również jego wspomnienia.