"W słusznej sprawie" - читать интересную книгу автора (Katzenbach John)Rozdział drugiCowart zatrzymał wynajęty samochód na drodze dojazdowej prowadzącej do Stanowego Więzienia Florydy i popatrzył ponad polami na okazałe budynki, w których przebywała większość więźniów z całego stanu, wymagających specjalnego nadzoru. Właściwie były to dwa więzienia przedzielone niewielką rzeczką: Związkowy Zakład Poprawczy po jednej stronie i Więzienie Raidford po drugiej. Zobaczył bydło pasące się w dali na pastwiskach i unoszące się tumany kurzu w miejscach, gdzie grupy więźniów pracowały pośród pól uprawnych. W narożnikach umieszczone były wieże strażnicze i wydawało mu się, że dostrzega blask broni wartowników. Nie miał pojęcia, w którym budynku znajdowała się cela śmierci i pokój, gdzie trzymano stanowe krzesło elektryczne, ale słyszał, że pomieszczenia te są oddzielone od głównego więzienia. Zauważył czterometrowe, podwójne ogrodzenie z siatki, zwieńczone pętlami kolczastego drutu. Drut pobłyskiwał w porannym słońcu. Cowart wysiadł i stanął obok samochodu. Na skraju drogi rósł szereg wysmukłych zielonych sosen, które oskarżycielskim gestem wskazywały kryształowo błękitne niebo. Chłodny powiew poruszył gałęzie i, przedzierając się przez narastającą wilgoć, owiał czoło Cowarta. Nie miał żadnych trudności z przekonaniem Willa Martina i innych członków rady wydawniczej, żeby dali mu wolną rękę i pozwolili zająć się okolicznościami skazania Roberta Earla Fergusona, chociaż Martin nie omieszkał wyrazić swojego drwiącego sceptycyzmu, który Cowart zupełnie zignorował. – Nie pamiętasz Pittsa i Lee? – odrzekł Cowart. Freddie Pitts i Wilbert Lee zostali skazani na śmierć za zamordowanie pracownika stacji benzynowej w północnej Florydzie. Obydwaj przyznali się do zbrodni, której nie popełnili. Uwolnienie ich zabrało jednemu z najbardziej znanych reporterów „Journala” kilka lat publikacji na ten temat. Dostał nagrodę Pulitzera. W sali redakcyjnej „Journala” natychmiast opowiadano tę historię każdemu nowo przyjętemu reporterowi. – To było co innego. – Dlaczego? – To było w 1963. Równie dobrze mogło być w 1863. Świat się zmienił. – Tak sądzisz? A co powiesz o tym facecie z Teksasu, którego od kary śmierci uwolnił filmowiec robiący film dokumentalny? – To co innego. – Co w tym widzisz innego? Martin roześmiał się. – Dobre pytanie. Jedź. Masz moje błogosławieństwo. Znajdź na nie odpowiedź. I pamiętaj, jak skończysz tę zabawę w reportera, zawsze możesz wrócić do naszej wieży z kości słoniowej. – Popchnął Cowarta, jakby dawał mu sygnał do działania. Poinformowano redaktora działu miejskiego, który obiecał Cowartowi pomoc, gdyby takowej potrzebował. Wyczuł nutę zazdrości, że ta sprawa wpadła w jego ręce. Wiedział, jaką ma przewagę nad ekipą działu miejskiego. Po pierwsze, będzie mógł pracować sam; dział miejski przydzieliłby do tego zadania grupę ludzi. „Journal”, podobnie jak wiele innych gazet czy stacji telewizyjnych, zatrudniał grupę dochodzeniową pod jakąś błyskotliwą nazwą, jak „Ekipa Śledcza” czy też „Grupa I”. Podeszliby do tego materiału z subtelnością szarżującej armii. Poza tym Cowart nie miał narzuconego terminu, tak jak by to było w przypadku normalnego reportera z ekipy, i nie musiał stawiać czoła jakiemuś kierownikowi działu miejskiego, który patrzyłby mu na ręce i wciąż się dopytywał, jak dalece zaawansowana jest praca nad materiałem. Nikt nie będzie mu mówił, czego ma się dowiedzieć, jak to wykorzystać ani jak opisać. Lub odrzucić, jeśli nie była to prawda. Próbował przez chwilę przytrzymać tę ostatnią myśl, aby się uodpornić na rozczarowanie, ale gdy pojechał drogą i wjechał na teren więzienia, poczuł szybsze bicie serca. Przy drodze dojazdowej ustawiono rząd znaków, które informowały przejeżdżających, że na tym terenie mogą zostać poddani rewizji i że naruszenie prawa, zakazującego posiadania broni lub narkotyków, będzie ukarane odsiadką. Minął bramę, gdzie strażnik w szarym ubraniu skonfrontował jego dowód z listą i ponuro machnął dłonią, że może jechać. Zaparkował w miejscu z tabliczką GOŚCIE i wszedł do budynku administracji. Sekretarka zmieszała się nieco, gdy się jej przedstawił. Najwyraźniej zawieruszyła gdzieś jego podanie o umożliwienie odwiedzin. Czekał cierpliwie przy biurku, podczas gdy ona, przepraszając gwałtownie, przewracała w papierach, aż w końcu udało jej się znaleźć odpowiednie dokumenty. Następnie poproszono go, żeby poczekał w biurze obok, zaraz któryś ze strażników odeskortuje go do miejsca, gdzie będzie mógł się spotkać z Robertem Earlem Fergusonem. Po kilku minutach do pokoju wszedł starszy mężczyzna o przyprószonych siwizną włosach, ostrzyżonych w stylu żołnierzy marynarki wojennej i o równie wojskowej postawie. Mężczyzna zasalutował Cowartowi ogromną, sękatą dłonią. – Sierżant Rogers. Dziś pełnię obowiązki oficera dyżurnego w celi śmierci. – Miło mi pana poznać. – Proszę wybaczyć, panie Cowart, ale jest jeszcze kilka formalności. – Jak na przykład? – Muszę pana przeszukać i sprawdzić pański magnetofon i teczkę. Musi pan jeszcze podpisać oświadczenie o zatrzymaniu pana jako zakładnika. – Co takiego? – To po prostu oświadczenie mówiące, że wchodzi pan na teren Więzienia Florydy na własne życzenie i że gdyby podczas tej wizyty został pan wzięty jako zakładnik, nie będzie pan skarżył stanu Floryda ani nie będzie pan oczekiwał nadzwyczajnych wysiłków oswobodzenia pana. – Nadzwyczajnych wysiłków? Mężczyzna zaśmiał się i przejechał dłonią po ściętych najeża włosach. – To znaczy, że nie będzie pan wymagał od nas, żebyśmy ryzykowali własne tyłki, żeby ocalić pański. Cowart uśmiechnął się i zrobił minę. – To chyba dla mnie kiepski interes. Sierżant Rogers rozpromienił się. – Kiepski. To jasne, że więzienie to kiepski interes dla wszystkich, oprócz tych, którzy tu pracują i na noc udają się do domu. Cowart wziął od sierżanta dokument i podpisał go zamaszystym zawijasem. – Cóż – powiedział, wciąż się uśmiechając – nie powiem, żebyście na wstępie napełniali mnie ufnością. – Och, nie ma się pan o co martwić; nie w przypadku wizyty u Roberta Earla. On jest dżentelmenem i nie jest stuknięty. – Mówiąc to sierżant dokładnie przeszukiwał teczkę Cowarta. Otworzył również magnetofon, żeby sprawdzić, co jest w środku, i zdjął wieczko z kieszonki na baterie, żeby się upewnić, że są one na swoim miejscu. – Co innego, gdyby chciał pan odwiedzić Williego Arthura albo Specsa Wilsona, to ci motocykliści z Fort Lauderdale, których nieco poniosło podczas zabaw z dziewczyną zabraną autostopem; albo z Jose Salazarem, wie pan, zabił dwóch gliniarzy. Przeniknęli do środowiska handlarzy narkotyków. Wie pan, co im kazał zrobić, zanim ich wykończył? Sobie nawzajem? Pewnie się pan domyśla. To panu powinno dać przykład, jak straszni mogą stać się ludzie, gdy tylko chcą. Albo inni milusińscy, których tutaj trzymamy. Większość tych najgorszych przybywa z południa, z pańskiego miasta. Co wy tam robicie, że ludzie się bez przerwy zabijają? – Sierżancie, gdybym potrafił odpowiedzieć na to pytanie… Obydwaj się uśmiechnęli. Sierżant Rogers odłożył teczkę Cowarta i gestem kazał mu podnieść ręce do góry. – To na pewno nieźle, gdy dopisuje tutaj poczucie humoru – powiedział obmacując dłońmi tułów Cowarta. Sprawnie przeszukał go do samego dołu. – W porządku – oznajmił. – Muszę panu w skrócie przedstawić regulamin. Będziecie tylko we dwójkę. Dla bezpieczeństwa pozostanę w pobliżu. Będę stał przed drzwiami. Gdyby potrzebował pan pomocy, proszę zacząć krzyczeć. To się jednak nie wydarzy, bo tu nie chodzi o stukniętego więźnia. A co tam, użyjemy apartamentu dyrektorskiego… – Czego? – Apartamentu dyrektorskiego. Tak nazywamy salę przesłuchań przeznaczoną dla tych, którzy się najlepiej sprawują. To zaledwie stół i krzesła, a więc nic takiego. Mamy inne pomieszczenia, które zapewniają więcej bezpieczeństwa. Robert Earl nie będzie miał założonych żadnych ograniczników. Nawet nie będzie miał skutych nóg. Ale nie wolno panu nic mu podawać. To znaczy, może go pan poczęstować papierosem… – Nie będę go częstował. – I dobrze. Bystry z pana facet. Może pan od niego wziąć papiery, jeśli poda panu dokumenty. Ale gdyby to pan chciał mu coś wręczyć, będzie to musiało przejść przeze mnie. – Co miałbym mu wręczać? – Och, może pilnik i piłkę do metalu albo jakieś mapy drogowe. Cowart wydał się zaskoczony. – Żartuję tylko – powiedział sierżant. – Tutaj oczywiście na ten temat za często nie żartujemy. Na temat ucieczki. Wie pan, to jakoś mało śmieszne. Ale jest wiele sposobów, żeby uciec z więzienia. Nawet z celi śmierci. Wielu więźniów sądzi, że jedną z form są rozmowy z reporterami. – Pomóc im uciec? – Pomóc im się wydostać. Każdy chce, żeby prasa zainteresowała się jego przypadkiem. Więźniom zawsze wydaje się, że za mało rozdmuchano ich sprawę. Myślą, że może jeśli narobią dość zamieszania, będą ponownie sądzeni. To się czasami zdarza. Dlatego pracownicy więzienia, jak ja, niemal nienawidzą reporterów. Nienawidzimy widoku tych notesów, ekip telewizyjnych i reflektorów. Tylko nas drażnią, wprowadzają niepotrzebne zamieszanie. Ludziom się wydaje, że więźniowie stwarzają problemy z powodu utraty wolności. Nieprawda. Dużo gorszą rzeczą jest rozbudzanie w nich nadziei, które potem nie są spełniane. Dla was to tylko temat do artykułów. Dla facetów, którzy tu są zamknięci, to kwestia życia. Jeśli uda im się wymyślić jakąś historyjkę, odpowiednią historyjkę, to się stąd wydostaną. Pan i ja wiemy, że nie zawsze tak jest. Rozczarowanie. Potężne, kipiące złością, frustrujące rozczarowanie. Przysparza ono więcej problemów, niż się panu wydaje. My tu lubimy rutynę. Żadnych śmiałych nadziei, żadnych marzeń. Każdy dzień taki sam jak poprzedni. Nie brzmi to zbyt ekscytująco, ale gdy w więzieniu robi się ekscytująco, to ręczę panu, że nie chciałby pan tu wtedy być. – Cóż, przykro mi, ale chciałem tylko sprawdzić kilka faktów. – Z mojego doświadczenia wynika, panie Cowart, że nie ma takich rzeczy jak fakty, może oprócz dwóch – faktu narodzin i faktu śmierci. Ale nie ma żadnego problemu. Ja nie jestem taki zatwardziały jak niektórzy tutaj. Nawet podoba mi się, jak coś się dzieje, oczywiście w granicach rozsądku. Niech mu pan tylko nic nie daje. To by mu mogło tylko jeszcze bardziej obrzydzić życie. – Bardziej niż cela śmierci? – Musi pan zrozumieć, że nawet w celi śmierci jest wiele sposobów odsiadki. Od nas zależy, czy jest im bardzo ciężko, czy trochę mniej. Jak na razie z Robertem Earlem obchodzimy się dość delikatnie. Och, nadal codziennie przeszukujemy jego celę i robimy mu rewizję osobistą po małym spotkanku, jak to dzisiejsze, ale może wychodzić na podwórko, dostaje książki i tak dalej. Pewnie pan nie przypuszczał, ale nawet w więzieniu jest pełno drobiazgów, których pozbawienie sprawia, że życie jest znacznie bardziej przykre. – Nic dla niego nie mam. Ale być może on ma jakieś papiery czy coś w tym rodzaju… – Z tym nie ma problemu. Nie przejmujemy się za bardzo rzeczami przemycanymi poza teren więzienia… – Sierżant znowu się roześmiał. Miał tubalny śmiech, który pasował do jego prostolinijnej mowy. Najwyraźniej Rogers był typem człowieka, który, zależnie od sytuacji, albo mógł bardzo pomóc, albo bardzo uprzykrzyć życie. – Powinien mi pan też powiedzieć, ile to panu zajmie. – Nie wiem. – Ach, do diabła, mam cały ranek, więc niech się pan nie spieszy. Potem trochę pana oprowadzę po naszym przybytku. Widział pan kiedyś „pudło”? – Nie. – Dużo się można nauczyć. Sierżant podniósł się. Był barczystym, potężnym mężczyzną o postawie, która wskazywała, że przeszedł w życiu przez wiele trudnych sytuacji i zawsze skutecznie dawał sobie z nimi radę. – W pewnym sensie nadaje światu właściwe proporcje, jeśli mnie pan rozumie. Cowart podążył za nim przez drzwi, czując się jak karzeł w porównaniu z potężnymi barami mężczyzny. Poprowadzono go przez szereg zamykanych drzwi i wykrywacz metalu, obsługiwany przez strażnika, który, gdy przechodzili, uśmiechnął się szeroko do sierżanta. Doszli do centralnego punktu, gdzie zbiegało się kilka skrzydeł ogromnego, zbudowanego w formie koła budynku instytucji. W tej chwili Cowart zdał sobie sprawę z odgłosów więzienia, nieustannej kakofonii podniesionych głosów, metalicznych stukotów i szczęków, gdy otwierano i po chwili zamykano drzwi i przekręcano zamki. Gdzieś z radia wydobywała się muzyka country. Odbiornik telewizyjny był nastawiony na jakiś tasiemcowy serial; do jego uszu docierały głosy, a potem wszechobecna muzyka reklam. Odniósł wrażenie, że otacza go ogromny ruch, jakby pochwycił go silny prąd rzeki, ale oprócz sierżanta i dwóch innych strażników, którzy trzymali wartę w małej budce pośrodku pomieszczenia, było niewielu ludzi. Zajrzał do budki i zauważył elektroniczną deskę rozdzielczą informującą, które drzwi są otwarte, a które zamknięte. W narożnikach pod sufitem zamontowano kamery telewizyjne i monitory pokazywały mrugające, szare obrazy z każdego korytarza cel. Cowart zauważył, że podłoga pokryta była czyściutkim żółtym linoleum, zjaśniałym od dużej liczby chodzących po nim ludzi i bezustannych wysiłków pensjonariuszy więzienia. Zobaczył jakiegoś mężczyznę, ubranego w niebieski dres, pilnie szorującego narożnik brudnym, szarym mopem, bez końca czyszcząc miejsce, które już dawno było czyste. – To są skrzydła Q, R i S – powiedział sierżant. – Blok śmierci. Cela śmierci. Właściwie należałoby powiedzieć: cele śmierci. Do diabła, szczerze mówiąc, to mamy tutaj nawet problem przepełnienia. O czymś to świadczy, zgadza się pan? Tam jest krzesło. Wygląda jak inne części więzienia, ale naprawdę się od nich różni. Niech mi pan wierzy. Cowart przyglądał się wąskim, wysokim korytarzom. Kondygnacje cel znajdowały się po lewej stronie, wznosiły się na wysokość trzech pięter i z każdej strony były zakończone schodami. W ścianie, naprzeciwko cel, umieszczone były trzy rzędy brudnych okien, które otwierały się, żeby wpuścić powietrze. Pomiędzy kładką, biegnącą po zewnętrznej stronie cel, i oknami znajdowała się pusta przestrzeń. Zdał sobie sprawę, że ludzie zamknięci w celach mogli tam leżeć i wpatrywać się w niebo widoczne po drugiej stronie okien, odległych o jakieś dziesięć kroków, a jednocześnie milion kilometrów. Zadrżał na tę myśl. – Tam jest Robert Earl – powiedział sierżant. Cowart odwrócił się i zobaczył, że sierżant wskazuje małą okratowaną klatkę w najdalszym zakątku hali. Wewnątrz na żelaznej ławce siedziało czterech mężczyzn i wpatrywało się w niego. Trzech z nich było ubranych w niebieskie dresy, jak sprzątacze. Jeden mężczyzna miał na sobie jaskrawo-pomarańczową odzież. Częściowo zasłaniali go pozostali mężczyźni. – Niedobrze jest nosić pomarańczowe ubranie – powiedział sierżant cicho. – Oznacza ono, że zegar odmierza ostatnie chwile życia. Cowart ruszył w stronę klatki, ale sierżant powstrzymał go, gwałtownie łapiąc za ramię. Poczuł mocny uścisk jego palców. – Nie w tę stronę. Pokój widzeń jest tam. Gdy przychodzi ktoś z odwiedzających, przeszukujemy delikwenta i sporządzamy listę wszystkiego, co posiada – papierów, książek, wszystkiego. Potem prowadzimy go do tej izolatki. Przyprowadzimy go do pana. Później, jak już kończy się wizyta, cała procedura się powtarza. Trwa to całą wieczność, ale względy bezpieczeństwa, rozumie pan. Wolimy czuć się bezpiecznie. Cowart przytaknął i poprowadzono go do sali widzeń. Był to surowy pokój, pomalowany na biało, wyposażony w metalowy stolik stojący na środku i w dwa stare, obdrapane brązowe krzesła. Na jednej ścianie widniało lustro. Pośrodku popielniczka. Nic więcej. Wskazał lustro. – Lustrzana szyba? – zapytał. – Oczywiście – odparł sierżant. – Przeszkadza to panu? – Nie. Hej, jest pan pewien, że to jest właśnie salon dyrektorski? – Odwrócił się do sierżanta i uśmiechnął się. – My, chłopaki z miasta, jesteśmy przyzwyczajeni do trochę większych wygód. Sierżant Rogers roześmiał się. – Tak też myślałem. Przykro mi, ale tak już jest. – Jakoś wytrzymam – powiedział Cowart. – Dziękuję. Usiadł i czekał na Fergusona. Gdy ujrzał więźnia, jego pierwsze wrażenie było, że jest to młody człowiek liczący sobie około dwudziestu pięciu lat, o chłopięcej, delikatnej budowie ciała, ale posiadający pewną zwodniczą, niezłomną siłę, którą poczuł w jego uścisku dłoni. Robert Earl Ferguson miał podwinięte rękawy koszuli i widać było jego żylaste mięśnie. Był szczupły, wąski w biodrach i w ramionach, jak długodystansowiec, a poruszał się z niewymuszoną elegancją sportowca. Miał baczne, szybkie, przeszywające spojrzenie; Matthew Cowart odniósł wrażenie, że w jednej chwili go zmierzył, ocenił i zaklasyfikował. – Dziękuję, że pan przyjechał – powiedział więzień. – To nic wielkiego. – To będzie coś wielkiego – odparł Ferguson ufnie. Miał stertę oficjalnych dokumentów, które rozłożył na stoliku przed sobą. Cowart zauważył spojrzenie więźnia rzucone sierżantowi Rogersowi, który skinął głową, odwrócił się i wyszedł, zamykając drzwi z trzaskiem. Cowart usiadł, wyjął notes i długopis i umieścił magnetofon pośrodku stołu. – Nie ma pan nic przeciwko temu? – zapytał. – Nie – odpowiedział Ferguson. – To oczywiste. – Dlaczego pan do mnie napisał? – spytał Cowart. – Wie pan, czysta ciekawość. Skąd pan wziął moje nazwisko? Więzień uśmiechnął się i odchylił na krześle. Był dziwnie zrelaksowany jak na moment, który mógł być dla niego decydujący. – W ubiegłym roku wygrał pan nagrodę Stowarzyszenia Więziennego Florydy za serię felietonów na temat kary śmierci. Pańskie nazwisko ukazało się w gazecie w Tallahassee. Przekazał mi je inny więzień z celi śmierci. Dodatkową zaletą jest fakt, że pracuje pan dla największej i najbardziej wpływowej gazety w całym stanie. – Dlaczego pan zwlekał ze skontaktowaniem się ze mną? – Cóż, szczerze mówiąc, myślałem, że sąd apelacyjny odrzuci mój wyrok. Gdy tak się nie stało, wynająłem nowego adwokata. Wynająłem to może niewłaściwe określenie. Postarałem się o nowego adwokata i zacząłem ostrzej działać w sprawie mojego położenia. Wie pan, panie Cowart, nawet gdy zostałem skazany i otrzymałem wyrok śmierci, wciąż nie docierało do mnie, że to wszystko dzieje się naprawdę. To przypominało jakiś sen. Myślałem, że lada chwila obudzę się i wrócę do szkoły. Albo że ktoś przyjdzie i powie: „Hej, chwileczkę. Nastąpiła straszliwa pomyłka…”; jednak nieco się myliłem. Nie zdawałem sobie sprawy, że powinienem ostro walczyć o swoje życie. Że nie mogę oczekiwać tego od systemu. Cowartowi przyszło na myśl, że będzie to pierwszy cytat do jego artykułu. Więzień pochylił się do przodu, położył dłonie na stole, a następnie, równie szybko, odchylił się tak, żeby dla podkreślenia swych słów mógł używać rąk do szybkiej, przemyślanej gestykulacji. Mówił cichym lecz zdecydowanym głosem, który z łatwością niósł ciężar słów. Gdy mówił, wysuwał ramiona w przód, jakby popychała go siła wiary. Na skutek tego mały pokój skurczył się wyłącznie do rozmiarów wolnej przestrzeni pomiędzy reporterem i więźniem, napełniając scenę czymś w rodzaju niezwykle gorącej mocy. – Rozumie pan, wydawało mi się, że wystarczy być niewinnym. Myślałem, że na tym to wszystko polega. Myślałem, że nie muszę podejmować żadnych działań. Potem, gdy mnie tu zamknięto, trochę się nauczyłem. Naprawdę nauczyłem. – Co pan przez to rozumie? – Ludzie w celach śmierci mają nieoficjalny system przekazywania informacji o adwokatach, apelacjach, ułaskawieniach, co pan tylko zechce. Widzi pan, tam… – wskazał główny budynek więzienia – skazani rozmyślają o tym, co będą robić, jak stąd wyjdą. Lub może myślą o ucieczce. Zastanawiają się, jak odsiedzą wyrok, i rozmyślają, jak najlepiej się urządzić. Mają luksus snucia marzeń o czymś, o przyszłości, nawet jeśli jest to przyszłość za kratkami. Zawsze mogą marzyć o wolności. I mają ten największy przywilej ze wszystkich możliwych, przywilej niepewności. Nie wiedzą, co życie trzyma dla nich w zanadrzu. Z nami jest inaczej. Wiemy, jaki koniec nas czeka. Wiemy, że nadejdzie dzień, kiedy władze stanowe wyślą nam do mózgu dwa i pół tysiąca wolt. Wiemy, że mamy przed sobą pięć, może dziesięć lat. To tak jakby przez cały czas u szyi wisiał ogromny balast, który trzeba unieść. Za każdym razem, gdy mija kolejna minuta, myśli się: „Czy zmarnowałem ten czas?” Za każdym razem, gdy zapada noc, do głowy przychodzi myśl: „Minął kolejny dzień”. Za każdym razem, gdy nadchodzi kolejny dzień, ma się poczucie utraty jednej nocy. Ten balast u szyi to skumulowanie wszystkich minionych chwil. Wszystkich zanikających marzeń. Więc nasze troski są inne. Przez chwilę obydwaj milczeli. Cowart słyszał swój własny oddech, jakby przed chwilą wbiegł po schodach. – Mówi pan jak filozof. – Wszyscy skazańcy w celi śmierci są filozofami. Nawet ci szaleni, którzy bez przerwy wrzeszczą i wyją. Albo psychiczni, którzy ledwie sobie zdają sprawę, co się z nimi dzieje. Ale czują ten balast. Ci, którzy mają nieco formalnego wykształcenia, potrafią to trochę lepiej wyrazić. Ale wszyscy czujemy to samo. – Zmienił się pan tutaj? – A kto by się nie zmienił? Cowart przytaknął. – Gdy moja pierwsza apelacja nie przyniosła rezultatu, niektórzy z więźniów, którzy siedzieli w celi śmierci od pięciu, ośmiu czy dziesięciu lat, zaczęli ze mną rozmawiać na temat mojej przyszłości. Jestem młodym człowiekiem, panie Cowart, i nie chcę jeszcze kończyć życia. Więc postarałem się o lepszego adwokata i napisałem do pana list. Potrzebuję pana pomocy. – Za chwilę do tego dojdziemy. – Cowart nie był do końca pewien, jaką miał odgrywać rolę podczas tej rozmowy. Wiedział, że chce utrzymać pewien zawodowy dystans, ale nie wiedział do jakiego stopnia. Zastanawiał się wcześniej, jak powinien się zachowywać wobec więźnia, lecz nic mu nie przychodziło do głowy. Czuł się trochę głupawo, siedząc naprzeciwko człowieka skazanego za morderstwo, w środku więzienia wypełnionego ludźmi, którzy popełnili najokropniejsze przestępstwa, i próbując grać twardziela. – Może na początek opowie mi pan trochę o sobie? Na przykład, jak to się dzieje, że osoba z Pachouli mówi bez akcentu? Ferguson znowu się roześmiał. – Jeśli pan chce, mogę mówić z akcentem. Mówim tak, kajdym chcem. Mogem gadoć jok Muzyn z najcorniejsego łasa, jakiego kajdyk pon słysoł… – Ferguson usiadł wygodnie, jakby rozkładając się na krześle, udając faceta rozpartego w bujanym fotelu. Powolny ciąg słów wydawał się osładzać nieruchome powietrze małego pomieszczenia. Nagle gwałtownie pochylił się do przodu i zmienił akcent. – Mogę zasunąć slangiem łebka z ulicy; taką gadane też mam opanowaną na amen. Kiedy chcę. – Ta poza też szybko zniknęła i powrócił zdecydowany, poważny mężczyzna, z łokciami wspartymi na stole i mówiący równym, spokojnym głosem. – I potrafię wysławiać się jak osoba, która studiowała na uniwersytecie i była na drodze do zrobienia dyplomu i, być może, podjęcia pracy w biznesie. Bo taki też byłem. Cowart był zaskoczony tymi szybkimi zmianami. Wydawały się czymś więcej niż jedynie modulacjami akcentu i tonu. Zmiany mowy były podbudowane subtelnymi modyfikacjami gestykulacji i postawy, tak że Robert Earl Ferguson stawał się w każdym calu uosobieniem środowiska, które naśladował. – Robi wrażenie – powiedział Cowart. – Ma pan chyba niezły słuch. Ferguson przytaknął. – Te trzy akcenty są odbiciem trzech części, z jakich się składam. Urodziłem się w Newark, w stanie New Jersey. Moja mama była służącą. Codziennie o szóstej rano jeździła do podmiejskich dzielnic białych i do wieczora sprzątała ich domy. Dzień w dzień. Mój tata służył w wojsku i słuch po nim zaginął, gdy miałem trzy albo cztery lata. Właściwie to nawet nie wzięli ślubu. Gdy miałem siedem lat, mama umarła. Powiedzieli nam, że to serce, ale tak naprawdę to nigdy się nie dowiedziałem. Po prostu pewnego dnia dostała duszności, poszła do kliniki i więcej już jej nie zobaczyliśmy. Odesłano mnie do Pachouli i wychowywałem się u babki. Nie ma pan pojęcia, co to znaczyło dla takiego małego dzieciaka. Wydostanie się z tego getta do miejsca, gdzie rosną drzewa, płyną rzeki i jest czyste powietrze. Wydawało mi się, że mieszkam w raju, mimo że nie mieliśmy bieżącej wody. To były najlepsze lata mojego życia. Chodziłem pieszo do szkoły. Czytałem w nocy przy świeczce. Jadaliśmy ryby, które łowiłem w strumieniach. Jakbym mieszkał w jakiejś innej epoce. Wydawało mi się, że nigdy stamtąd nie wyjadę, aż babcia zachorowała. Przestraszyła się, że nie będzie mogła się mną należycie opiekować, i wysłano mnie z powrotem do Newark, gdzie zamieszkałem z ciotką i jej nowo poślubionym mężem. Tam skończyłem szkołę średnią i poszedłem na studia. Ale uwielbiałem przyjeżdżać do babci w odwiedziny. Gdy nadchodziły wakacje, całą noc jechałem autobusem do Atlanty, tam przesiadałem się w inny, do Mobile i potem w lokalny do Pachouli. W mieście wydawało mi się, że jestem nie na miejscu. Chyba czułem się chłopakiem ze wsi. Nie za bardzo mi się podobało w Newark. Ferguson potrząsnął głową i na twarzy pojawił mu się dyskretny uśmiech. – Te cholerne przejazdy autobusami – powiedział cicho. – Przez nie zaczęły się wszystkie kłopoty. – Co pan przez to rozumie? Ferguson nadal potrząsał głową, ale odpowiedział na pytanie. – Cała podróż zabierała niemal trzydzieści godzin. Najpierw po autostradzie, a potem przedzieranie się przez wszystkie prowincjonalne miasteczka i wiejskie drogi. Podskakiwałem na wybojach, dawała mi się lekko we znaki choroba lokomocyjna, potrzebowałem skorzystać z kibelka i byłem otoczony ludźmi, którym przydałaby się kąpiel. Biedakami, którzy nie mogli pozwolić sobie na bilet lotniczy. Nie za bardzo mi się to podobało. Właśnie dlatego kupiłem samochód. Używanego forda granadę. Ciemnozielonego. Odkupiłem go od innego studenta za tysiąc dwieście dolarów. Miał przejechane tylko sto tysięcy kilometrów. Cacko. Cholera! Uwielbiałem jeździć tym samochodem… Głos Fergusona był gładki i odległy. – Ale… – Ale gdybym nie miał tego samochodu, nigdy nie dobraliby się do mnie ludzie szeryfa przeprowadzający śledztwo. – Niech mi pan o tym opowie. – Nie za bardzo jest o czym opowiadać. Tego popołudnia, gdy dokonano zabójstwa, siedziałem w domu z babcią. Zeznałaby to, gdyby komukolwiek przyszło do głowy ją zapytać… – Czy jeszcze ktoś pana widział? Ktoś spoza rodziny? – Hm, nikogo sobie nie przypominam. Byliśmy tylko we dwójkę. Jak pan ją odwiedzi, to zrozumie pan dlaczego. Jej dom to stara lepianka, oddalona od innych ruder. Potwornie uboga. – Niech pan mówi dalej. – Wkrótce po tym, jak znaleźli ciało, do domu przyjechało dwóch detektywów, którzy chcieli się ze mną zobaczyć. Byłem przed domem, myłem samochód. Kurczę, tak lubiłem, żeby się błyszczał. Był środek dnia. Przyjechali i pytali mnie, co robiłem dwa dni wcześniej. Zaczęli przyglądać się mnie i samochodowi nie słuchając za bardzo, co mówię. – Jacy detektywi? – Brown i Wilcox. Znam obydwu tych skurwieli. Wiedziałem, że mnie nienawidzą. Powinienem był wiedzieć, że nie należy im ufać. – Skąd pan to wie? Dlaczego pana nienawidzili? – Pachoula to mała miejscowość. Niektórzy chcieliby, żeby tak trwała bez zmian. Wiedzieli, że mam przed sobą przyszłość. Wiedzieli, że zostanę kimś. To im się nie podobało. Chyba nie podobała im się moja postawa. – Niech pan mówi dalej. – Jak im opowiedziałem, stwierdzili, że muszą spisać zeznanie w mieście, więc pojechałem bez słowa sprzeciwu. Chryste! Gdybym wtedy wiedział tyle co teraz… Ale rozumie pan, panie Cowart, nie sądziłem, że powinienem się czegokolwiek obawiać. Do diabła, nawet za bardzo nie wiedziałem, po co mam składać to zeznanie. Powiedzieli, że chodzi o zaginioną osobę. Nie o zabójstwo. – I co? – Jak napisałem panu w liście, przez następne trzydzieści sześć godzin nie ujrzałem światła dziennego. Wprowadzili mnie do małej salki jak ta, posadzili i spytali, czy chcę adwokata. Wciąż nie wiedziałem, co się dzieje, więc powiedziałem, że nie. Wręczyli mi formułkę z prawami konstytucyjnymi i kazali ją podpisać. Ależ byłem głupi! Powinienem był wiedzieć, że gdy sadzają czarnucha na krześle w takiej salce, to jedyny sposób, żeby z niego ponownie wstać, to powiedzieć im to, co chcą usłyszeć, niezależnie od tego, czy się to zrobiło, czy nie. Z głosu Fergusona zniknęła cała żartobliwość, a jej miejsce zajęło metaliczne ostrze gniewu, powstrzymywane z wielkim wysiłkiem. Cowart czuł, jak to opowiadanie go porwało, jakby zmiotła go fala słów. – Brown był dobrym gliniarzem. Wilcox złym. Najstarsze przedstawienie świata. – Ferguson niemal splunął z pogardą. – I co? – Usiadłem i zaczęli pytać mnie o to i owo; o dziewczynkę, która zniknęła. Wciąż im powtarzałem, że nic nie wiem. A oni swoje. Cały dzień. Aż do wieczora. Bez wytchnienia. Bez przerwy te same pytania, jakby moja odpowiedź „Nie” nic nie znaczyła. Nie przestawali. Żadnych wycieczek do łazienki. Żadnego jedzenia. Żadnego picia. Tylko bez końca te pytania. Wreszcie, nie wiem po ilu godzinach, zdenerwowali się. Zaczęli na mnie ostro wrzeszczeć, a następnie pamiętam, jak Wilcox uderzył mnie w policzek. Plask! Potem przybliżył swoją twarz od mojej i powiedział: „Może teraz mnie w końcu posłuchasz, chłopcze?” Ferguson spojrzał na Cowarta, jakby chciał sprawdzić, jakie wrażenie wywołują jego słowa, i mówił dalej, głosem wypełnionym goryczą. – Oczywiście posłuchałem. Dalej na mnie wrzeszczał. Pamiętam, myślałem, że dostanie ataku serca albo zawału czy czegoś podobnego; taką miał czerwoną twarz, jakby go coś opętało. „Chcę się dowiedzieć, co zrobiłeś tej dziewczynce!” Wrzeszczał. „Powiedz mi, co jej zrobiłeś!” Krzyczał cały czas, a Brown wyszedł z pokoju, więc zostałem sam z tym szaleńcem. „Powiedz mi, czy najpierw ją pieprzyłeś, a potem zabiłeś, czy odwrotnie?” Ciągnął to godzinami. Ciągle powtarzałem: „Nie, nie, nie; co to znaczy? O czym mówisz?” Pokazał mi zdjęcia dziewczynki i dalej pytał: „Dobrze było? Podobało ci się, jak walczy? Podobało ci się, jak piszczy? Podobało ci się, jak ją po raz pierwszy przejechałeś nożem? A jak ją przejechałeś po raz dwudziesty, podobało ci się?” I od nowa, i od nowa, całymi godzinami. Ferguson wziął głęboki oddech. – Co jakiś czas robił sobie przerwę, zostawiał mnie samego w tym pokoiku, przykutego do krzesła. Może wychodził się zdrzemnąć, zjeść coś. Najpierw wychodził na pięć minut, potem na pół godziny albo więcej. Zostawił mnie raz na kilka godzin. Siedziałem tam zbyt przerażony i zbyt głupi, żeby próbować się ratować. W końcu chyba rozzłościły go moje odmowy przyznania się, bo zaczął mnie bić. Zaczął od coraz częstszych uderzeń w głowę i w plecy. Raz mnie postawił i zadał cios w brzuch. Cały się trząsłem. Nie pozwolili mi nawet iść do kibla i się zmoczyłem. Nie wiedziałem, co robi, gdy wziął książkę telefoniczną i skręcił ją w rolkę. Boże, jakby ktoś mnie okładał kijem baseballowym. Upadłem na podłogę. Cowart przytaknął. Słyszał o takiej metodzie. Hawkins opowiedział mu o niej pewnego wieczora. Książka telefoniczna miała siłę skórzanej pałki, ale papier nie rozcinał skóry ani nie zostawiał siniaków. – Wciąż nic nie chciałem powiedzieć, więc w końcu wyszedł. Wszedł Brown. Nie widziałem go od wielu godzin. Trząsłem się, jęczałem i myślałem, że umrę w tym pokoju. Brown popatrzył na mnie. Podniósł mnie z podłogi. Słodki jak cukierek. Boże, powiedział, że przeprasza za wszystko, co zrobił Wilcox. Powiedział, że wie, jak to boli; że mi pomoże; że przyniesie mi coś do jedzenia; że przyniesie mi colę; że przyniesie mi czyste ubranie i pozwoli iść do łazienki; wystarczy tylko, że mu zaufam. Zaufam i powiem, co zrobiłem tej dziewczynce. Nic mu nie powiedziałem, ale on wciąż swoje. Powiedział: „Bobby Earl, chyba bardzo cię boli. Chyba będziesz miał krwotok. Chyba niezwłocznie potrzebujesz lekarza. Powiedz mi tylko, co zrobiłeś, i zabierzemy cię prosto do szpitala”. Powiedziałem, że nic nie zrobiłem, i rozzłościł się. Wrzeszczał na mnie: „Wiemy, co zrobiłeś, tylko musisz nam to opowiedzieć!” Potem wyjął broń. Nie był to jego służbowy rewolwer noszony na biodrze, tylko mała trzydziestkaósemka, którą miał ukrytą w kaburze na kostce. Wtedy wszedł Wilcox, skuł mi ręce za plecami, złapał za głowę i przytrzymał tak, że patrzyłem prosto w lufę tego małego rewolweru. Brown powiedział: „Zacznij mówić”. Ja mu na to: „Nic nie zrobiłem!”, a on pociągnął za spust. Boże! Wciąż widzę ten palec opleciony wokół spustu i pociągający go wolno. Wydawało mi się, że serce przestało mi bić. Kurek uderzył w pustą komorę. Zacząłem płakać jak dziecko, mazać się. Powiedział: „Bobby Earl, tym razem miałeś dużo szczęścia. Sądzisz, że dzisiaj jest twój szczęśliwy dzień? Ile jest tutaj pustych spłonek?” Znowu pociągnął za spust i znowu rozległ się suchy trzask. Zaklął: „Cholera! Chyba niewypał” i otworzył rewolwer, wytrząsnął bębenek i wyjął mały pocisk. Przyjrzał mu się uważnie i powiedział: „Do licha, popatrz tylko. Niewypał. Może tym razem zadziała”. I zobaczyłem, jak wkłada go z powrotem do rewolweru. Wycelował broń prosto we mnie i uprzedził: „Ostatnia szansa, czarnuchu”. Tym razem mu uwierzyłem i powiedziałem: „Zrobiłem to, zrobiłem to, zrobiłem, co tylko chcecie”. I to było przyznanie się do winy. Matthew Cowart wziął głęboki oddech i starał się jakoś przeanalizować to opowiadanie. Nagle poczuł, że w małej salce widzeń brakuje powietrza, jakby ściany się rozgrzały i zaczęły go dusić; jakby się piekł w nagłej spiekocie. – I co? – spytał. – I teraz jestem tutaj – odparł Ferguson. – Opowiedział pan to swojemu adwokatowi? – Oczywiście. Zwrócił mi uwagę na sprawę oczywistą: było dwóch funkcjonariuszy policji, a ja jeden. I była śliczna, mała biała dziewczynka, którą ktoś zamordował. Jak pan myśli, komu uwierzą? Cowart przytaknął. – A dlaczego ja teraz miałbym panu wierzyć? – Nie wiem – odparł Ferguson ze złością w głosie. Przez chwilę gniewnym wzrokiem patrzył na Cowarta. – Może ponieważ mówię prawdę. – Czy poddałby się pan testowi na prawdomówność? – Poddałem się już takiemu testowi na prośbę adwokata. Tutaj mam jego wyniki. Ta przeklęta maszyna stwierdziła: „brak wniosków”. Chyba byłem za bardzo rozdygotany, gdy mnie podłączyli do tych wszystkich drutów. W niczym mi to nie pomogło. Jeśli pan chce, mogę się poddać testowi jeszcze raz. Nie wiem, czy to się na coś przyda. Nie może służyć jako dowód w sądzie. – Oczywiście. Ale potrzebuję jakiegoś potwierdzenia. – Jasne. Zdaję sobie z tego sprawę. Ale, do diabła, tak właśnie było. – Jak mogę to udowodnić, tak żeby można było tę historię wydrukować? Ferguson zastanawiał się przez chwilę ze wzrokiem utkwionym w oczach Cowarta. Po kilku sekundach na napiętą twarz skazańca przedarł się nieśmiały uśmiech. – Rewolwer – powiedział. – To może być dowodem. – W jaki sposób? – Pamiętam, że zanim wprowadzili mnie do tego małego pomieszczenia, ostentacyjnie odłożyli swoje rewolwery z kabur pod pachami do biurka. Pamiętam, że miał tę zabawkę ukrytą pod spodniami. Jestem pewien, że nie powie panu prawdy o tym rewolwerze, o ile go pan jakoś do tego nie sprowokuje. Cowart skinął głową. – Może. Ponownie zamilkli. Cowart spuścił wzrok na magnetofon i przyglądał się, jak taśma nawija się na szpulę. – Dlaczego akurat pana wybrali? – spytał. – Pasowałem im. Akurat tam byłem. Jestem czarny. Dopasowali sobie zielony samochód. Mam taki sam rodzaj krwi. To oczywiście odkryli później. Po prostu byłem pod ręką, a lokalna społeczność niemal oszalała. Mam na myśli białą społeczność. Chcieli kogoś dostać i dostali mnie. Któż by się mógł nadawać lepiej? – To faktycznie bardzo przekonujący wywód. Oczy Fergusona rozbłysnęły chwilowym gniewem i Cowart zauważył, jak zaciska dłoń w pięść. Patrzył, jak więzień walczy ze sobą i opanowuje się. – Zawsze mnie tam nienawidzili. Bo nie byłem tępym, zacofanym czarnuchem, do jakich byli przyzwyczajeni. Nie mogli mnie znieść, ponieważ poszedłem na studia. Nie mogli pogodzić się z faktem, że nieobce mi jest wielkie miasto. Znali mnie i nienawidzili. Za to kim jestem i za to kim mogłem być. Cowart zaczął zadawać pytanie, ale Ferguson wyprostował obie ręce chwytając za brzeg stołu, żeby utrzymać równowagę. Ledwo mógł opanować głos i Cowart poczuł, jak spływa na niego gniew tego mężczyzny. Widział, jak napięły się ścięgna na szyi więźnia. Twarz mu poczerwieniała, głos utracił spokój i drżał od emocji. Cowart widział, jak Ferguson ciężko walczy sam z sobą, jakby miał się załamać pod ciężarem wspomnień. Na mgnienie Cowartowi przyszło na myśl, jakie by to było uczucie stawić czoło tej furii. – Niech pan tam jedzie. Niech pan obejrzy sobie Pachoulę. Okręg Escambia. To prosto na południe z Alabamy, nie więcej niż godzina jazdy. Pięćdziesiąt lat temu po prostu by mnie powiesili na najbliższym drzewie. Ubrani by byli w białe ubrania i białe spiczaste czapki i nieśliby płonące krzyże. Czasy się zmieniły – mówił zgorzkniałym głosem – ale nie tak znowu bardzo. Teraz ograniczają ich różne dobrodziejstwa i pułapki cywilizacji. Miałem proces, tak jest. Dostałem adwokata, tak jest. Ławę przysięgłych, w której zasiadali moi ziomkowie, tak jest. Mogłem cieszyć się swoimi prawami, gwarantowanymi przez konstytucję, tak jest. Po co to, skoro stare lincze były takie proste i zgodne z prawem? – Głos Fergusona drżał z podniecenia. – Niech pan tam jedzie, Panie Biały Reporterze, i niech pan trochę popyta, a sam pan zobaczy. Wydaje się panu, że to lata dziewięćdziesiąte dwudziestego wieku? Dowie się pan, że sprawy tak szybko się nie zmieniają. Zobaczy pan. Usiadł wygodnie na krześle i gniewnie wpatrywał się w Cowarta. Odgłosy więzienia wydawały się odległe, jakby dzieliły ich kilometry od ścian, korytarzy i cel. Cowart nagle zdał sobie sprawę, jak niewielkie było pomieszczenie, w którym siedzieli. To będzie materiał o małych pomieszczeniach, pomyślał. Czuł nienawiść płynącą od więźnia ogromnymi falami, nie kończący się potok bezsilności i rozpaczy, i czuł, jak sam wpada w jego nurt. Ferguson nadal wpatrywał się w Cowarta spoza stołu, jakby zastanawiając się nad dalszymi słowami. – No i co pan na to, panie Cowart? Myśli pan, że sprawy wyglądałyby tak samo w Pachoula jak w Miami? – Nie. – Żeby pan wiedział, że nie. Wie pan, co w tym wszystkim jest najśmieszniejsze? Gdybym popełnił to przestępstwo – nie popełniłem go, ale gdybym – i gdyby to miało miejsce w Miami? Zdaje pan sobie zapewne sprawę, co by zrobili z takimi marnymi dowodami przeciwko mnie? Zaproponowano by mi przyznanie się do zabójstwa drugiego stopnia i dostałbym od pięciu lat do dożywocia. Może odsiedziałbym ze cztery. I to tylko w wypadku gdyby mój obrońca z urzędu nie umorzył całej sprawy. Przy czym pewnie by umorzył. Nie byłem notowany. Byłem studentem. Miałem przed sobą przyszłość. Nie mieli dowodów. Co pan sądzi, panie Cowart, jak by to wszystko się potoczyło w Miami? – W Miami, chyba ma pan rację. Odsiadka, to pewne. – W Pachoula, śmierć. To pewne. – Taki jest system. – Do diabła z systemem. Do diabła z nim. I jeszcze jedno; nie zrobiłem tego. Nie popełniłem tego przeklętego przestępstwa. Może nie jestem idealny. W Newark wdałem się w kilka burd jako nastolatek. Tak samo w Pachouli. Może pan to sprawdzić. Ale, do cholery, nie zabiłem tej dziewczynki. Ferguson przerwał na moment. – Wiem za to, kto ją zabił. Przez chwilę obydwaj się nie odzywali. – Pomówmy o tym – zaproponował Cowart. – Kto i jak? Ferguson odchylił się razem z krzesłem. Cowart zauważył na twarzy więźnia uśmieszek; nie uśmiech, nie coś co poprzedza śmiech, ale okrutny grymas. Poczuł, że coś się zmieniło w pokoju; zmniejszyło się napięcie gniewu. Ferguson zmienił się w ciągu tych kilku sekund równie sprawnie jak wcześniej, gdy zmieniał akcenty. – Tego jeszcze nie mogę panu powiedzieć – oznajmił. – Gówno prawda – odparł Cowart, dopuszczając do głosu nutę niezadowolenia. – Niech pan nie będzie tchórzem. Ferguson potrząsnął głową. – Powiem panu – powiedział – ale dopiero wtedy, gdy pan uwierzy. – Co to za zabawa? Ferguson pochylił się do przodu, zawężając przestrzeń pomiędzy nimi. Zmierzył Cowarta spokojnym, przerażającym wzrokiem. – To nie jest żadna pieprzona zabawa – powiedział cicho. – To jest moje pieprzone życie. Chcą mi je odebrać, a to jest moja najlepsza karta. Niech mnie pan nie zmusza, żebym ją wyłożył, zanim będę do tego gotów. Cowart nie odpowiedział. – Niech pan jedzie i obejrzy to, o czym panu mówiłem. A wtedy, gdy pan uwierzy, że jestem niewinny, gdy pan zrozumie, że te skurwysyny mnie wrobiły, powiem panu. Kiedy zdesperowany człowiek proponuje ci zabawę, powiedział kiedyś Hawkins, lepiej grać zgodnie z jego zasadami. Cowart skinął głową. Obydwaj nie odzywali się. Ferguson wlepił oczy w Cowarta i czekał na odpowiedź. Żaden z nich się nie poruszył, jakby byli ze sobą spętani. Cowart zdał sobie sprawę, że nie ma wyboru, że stanął przed dziennikarskim dylematem: wysłuchał opowieści o źle i okrucieństwie. Został zmuszony do odkrycia prawdy. Nie mógł już zrezygnować z tego materiału. – A więc, panie Cowart – powiedział Ferguson – taka jest moja historia. Pomoże mi pan? Cowart pomyślał o tysiącach słów, jakie napisał o śmierci i umieraniu, o przeróżnych zdarzeniach wypełnionych bólem i udręką, z którymi się zetknął i które pozostawiły za sobą drobniutkie urazy, a te z kolei przemieniły się w nocne mary. Napisał tyle felietonów, ale nigdy nikomu nie pomogły one w rozpaczy. Z całą pewnością nigdy nie ocaliły życia. – Zrobię, co będę mógł – odparł. |
||
|
© 2026 Библиотека RealLib.org
(support [a t] reallib.org) |