"Rozgrywka Maury" - читать интересную книгу автора (Cole Martina)

Rozdział 2

Sheila Ryan uśmiechnęła się, gdy mąż przesunął rękę po jej brzuchu.

– Nigdy się nie poddajesz, co?

Lee, najmłodszy z żyjących braci Ryan, zaśmiał się.

– Nigdy.

Znowu miała nudności, suche, męczące torsje, a on cierpliwie masował jej plecy.

– Ta dzidzia daje mi się we znaki.

– To chłopiec, Sheila. Ma to po rodzinie swojego ojca.

Zaśmiała się, bo chociaż tym razem bardzo źle to znosiła, była szczęśliwa, że znowu jest w ciąży. Uwielbiała być w ciąży i czuć, jak w jej brzuchu rośnie dziecko. Jego ruchy i świadomość, że za jej sprawą powstaje z niczego nowy człowieczek, za każdym razem wprawiały ją w zachwyt.

Z braku snu miała pobladłą twarz, a szaroniebieskie oczy były otoczone czarnymi obwódkami. Lee kochał ją szaleńczo i nie było ważne, jak wyglądała. Kiedy była brzemienna, z nieproporcjonalnym, sterczącym brzuchem, czuł się najszczęśliwszym z ludzi. Bracia naśmiewali się z niego, ale wiedział, że go kochają. Odkąd miał Sheilę, nigdy nie spojrzał dłużej na żadną kobietę, zdarzyć mu się mogła tylko jakaś nocna przygoda od czasu do czasu. Nie chciał ryzykować utraty tego, co posiadał.

Westchnęła ciężko.

– Fatalnie się czuję. Nie było tak przy żadnym z poprzednich dzieci.

– Jak mały się urodzi, zobaczysz, że było warto.

– To może być ona, pamiętaj. Tym bardziej że ta ciąża jest zupełnie inna od tamtych.

Ścisnął ją za ramię.

– Możesz sobie pomarzyć. Ja mam tylko męskie plemniki.

Znowu się roześmiali. Lee popatrzył czule na żonę i jak zawsze przeszył go dreszcz radości, że należy właśnie do niego. Miał nadzieję, że urodzi dziewczynkę. W głębi duszy pragnął córki, po czterech chłopakach byłaby to miła odmiana. Wiedział, że Sheila chciałaby dziewczynkę. Podobnie jak jego matka, która zachowywała się tak, jakby winiła go za to, że mają czterech chłopców. A czy on mógł wybierać?

– Kocham cię, Sheila.

Popatrzyła mu w oczy.

– Wiem.

Otworzyły się drzwi sypialni i do środka wpadli chłopcy, ich czterej synowie. Kiedy Sheila próbowała zwymiotować w przyległej łazience, najmłodszy, Jason, zapytał poważnie:

– Czy dziecko mamusi już wychodzi?

Wszyscy się roześmiali.

Lee uniósł w górę trzylatka i zapytał głośno:

– Kto ma ochotę na śniadanko? Jajka, bekon i grzanki z patelni dla moich chłopców, co wy na to?

– Lee, przestań, i tak mi jest niedobrze.

Gdy usłyszał, że żona znowu wymiotuje, zawołał do niej:

– Przepraszam, Sheila. Dla ciebie tylko suchy chleb, tak?

Chłopcy znowu się zaśmiali i Lee radośnie zgarnął ich na dół. Bez względu na to, jakie kłopoty miał w pracy, nigdy niej przynosił ich do domu. Ta zasada bardzo dobrze służyła mu w życiu, a jego życiem była teraz Sheila. Ona i dzieci. Choć źle się działo w tych dniach w rodzinie Ryanów, jego własna mała rodzina nie miała najmniejszego pojęcia, że coś jest nie tak był zdecydowany trzymać ich od tego z dala. Sheila wiedziała, jaka jest sytuacja, i była tego samego zdania. Poza domem był inny świat i oboje, na ile mogli, chronili przed nim dzieci.

Telefon zadzwonił, gdy Lee akurat podawał jajka, więc odebrał jego najstarszy synek, Gabriel. Dość duży jak na swoje osiem lat, miniaturowy Ryan, jak i pozostali chłopcy.

– Tak, dobrze, wujku Roy. Powiem mu, właśnie robi śniadanie.

Lee usłyszał, jak Gabriel śmieje się z czegoś, co powiedział wujek, i poczuł się dumny z całej swojej rodziny. Byli ze sobą zżyci i kochali się. Nic nie mogło stanąć między nimi.

– Wujek Roy powiedział, że spotka się z tobą w biurze.

– Dobrze. Dziękuję, Gabrielu.

Do kuchni weszła Sheila. Długie blond włosy miała starannie wyszczotkowane, a wielki brzuch skryty pod atlasowym szlafrokiem. Uśmiechnęła się żałośnie do męża, stawiając przed sobą filiżankę herbaty i talerzyk z dwoma tostami.

– Znowu będziesz dziś późno?

Lee skinął głową.

– A więc do nieprędkiego zobaczenia.

Pocałował ją czule, a czwórka chłopców pozwoliła sobie na znaczące uśmieszki.


***

Garry i Roy jedli śniadanie w domu matki. Tu Garry zatrzymywał się najchętniej, kiedy zjeżdżał do Londynu.

– Joliff dostał wiadomość, że to my z zemsty zabiliśmy jego dziewczynę, chociaż tego nie zrobiliśmy. Tak czy owak myślę, że to on załatwił Terry’ego. Coś poważnego wisi w powietrzu.

– Wszystko jest z pewnością ukartowane, ale poczekajmy na informacje od innych chłopców.

Sarah słuchała ich jednym uchem. Gdy postawiła przed nimi Przysmak Bena, uśmiechnęli się z uznaniem.

– Nie ma to jak trochę tłuszczu, mamo. Zatyka stare tętnice.

– Zamknij się i jedz, głupku.

Wyszła z kuchni do salonu. Niewiele zmienił się przez lata, nadal był zagracony figurami świętych i wyściełanymi meblami. Pod fotografiami pięciu nieżyjących synów paliły się świece, a przez ramy przewieszone były różańce. Czterech z nich zamordowano – winiła za to córkę. Według Sarah nawet wypadek, jaki miał Leslie, należało przypisać Maurze, a nie nadmiarowi wchłoniętego przez niego alkoholu i narkotyków. Bo czy nie pracował tej nocy w jej klubie? Wszyscy od dawna wiedzieli, że ma problem z alkoholem, a ona mimo to nadal kazała mu pracować w klubie, gdzie miał nieograniczony dostęp do whisky, myślała Sarah ponuro.

W rzeczywistości Leslie bez opamiętania faszerował się koką i aż się prosił o wypadek. Kiedy do tego doszło, zabił nie tylko siebie, ale również dziewiętnastoletnią hostessę, która jechała w jego samochodzie, oraz starsze małżeństwo w ciemnoniebieskiej ładzie.

Ale Sarah wiedziała swoje – pięciu jej wspaniałych synów nie żyło, a ta dziwka dalej chodziła po świecie, jakby cały do niej należał.

Uklękła i przeżegnała się.

Modląc się, powędrowała wzrokiem za okno, na rozpościerający się za nim widok całego Notting Hill, którego każda piędź warta była obecnie fortunę, co ją zdumiewało. Dwa domy dalej, na Lancaster Road mieszkała nawet gwiazda rocka. Zadziwiające, myślała Sarah, że znajdują się ludzie, którzy chcą wydawać tyle pieniędzy na jakiekolwiek miejsce tutaj. Pamiętała dni, kiedy roiło się tu od karaluchów, a miejscowi ciężko tyrali, żeby nakarmić hordy swoich dzieci. Kiedyś szukali tu schronienia najbiedniejsi, teraz ludzie zabijali się, żeby tu mieszkać. Winiła za to tego idiotę Tony’ego Blaira. Bezklasowe społeczeństwo? Kto by chciał słuchać takich bzdur!

Jej wnuk Benny wetknął głowę przez drzwi.

– Cześć, babciu? Czy tata już przyszedł?

Jego głos był chłodny, jakby była nieznajomą, którą się pyta o drogę.

– Jest w kuchni. Zrobić ci coś do jedzenia?

– Nie, mama Abula nas nakarmiła.

Delikatnie zamknął drzwi, a Sarah uśmiechnęła się do siebie. Grzecznieje ten Benny. Ale tak jak jej Michael, który był szurnięty, co powtarzała codziennie, i on potrafił być niezłym łobuzem.

Nie przyznałaby nawet sama przed sobą, że Benny jej nie lubi, ale wyczuwała to i wiedziała także, że nie tylko do niej odnosi się z pogardą. Swoją własną matkę traktował tak samo. Mimo wszystko każdy grzeczniejszy gest ze strony wnuka wprawiał Sarah w dobry nastrój na cały dzień.

Garry był z nią na porannej mszy, co poprawiło jej humor, ale śmierć Terry’ego pogrążyła w mroku całą rodzinę. Sarah zastanawiała się, czy Maura znów pojawi się na ulicach. A dokładniej, w co jeszcze wpakuje ich wszystkich. Tego właśnie chciałaby się od kogoś dowiedzieć.

Znała Maurę i przypuszczała, że ulicami znowu popłynie krew. Jej córka była twarda i niebezpieczna. Ten śliczny jasnowłosy aniołek, którego wydała na świat z taką radością wiele lat temu, był dla niej zmorą. Maura wyrosła na taką potęgę, że musieli się z nią liczyć wszyscy, i policjanci, i przestępcy.

Gdyby to ona leżała martwa, a nie ten dobry człowiek, byłoby to dla Sarah łatwiejsze do zniesienia. Niestety, teraz Maura rozpęta piekło, będzie więcej trupów. Tak właśnie mściła się jej córka, gdy ktoś jej pokrzyżował szyki lub ją rozwścieczył.

Pocałowała Chrystusa na krzyżyku zwisającym z różańca i zaczęła się modlić jeszcze żarliwiej, z oczami wzniesionymi w górę, jakby widziała tam Jezusa.


***

Carla odgarnęła do tyłu gęste brązoworude włosy. Ten ruch upodobnił ją do matki, Janine, ale na tym podobieństwo się kończyło.

Była kobietą o słodkiej twarzy, kochała swojego syna Joeya i ciotkę Maurę, która przez całe życie była jej przybraną matką, choć różnica wieku między nimi wynosiła zaledwie pięć lat.

Maura była dla niej matką, siostrą i bratnią duszą w jednej osobie. Carla wiedziała, że zastępowała ciotce dziecko, którego tamta nigdy nie miała. Bardzo ceniła sobie to, że mimo upływu lat ciągle się kochały i miały bliski kontakt, jak w dzieciństwie.

Wchodząc do szpitala, zrobiła w myśli przegląd potrzebnych Maurze rzeczy, które dla niej ze sobą wzięła.

W jednoosobowej, opłacanej przez Ryanów sali w szpitalu Nuffield w Brentwood Maura oglądała właśnie Sky News i była rozwścieczona, bo prezenter wiadomości mówił o niej jako o „Maurze Ryan, bizneswoman z East Endu”. Pochodziła z Notting Hill, a teraz mieszkała w Essex. Mogli przynajmniej tego nie poprzekręcać. Wstała i wyłączyła telewizję, gdy bratanica weszła do pokoju.

– Bzdury! To wszystko bzdury! Nie znają mnie… nic o mnie nie wiedzą!

Carla przewróciła oczami i stwierdziła żartobliwie:

– Dzięki Bogu.

Rozśmieszyła Maurę.

– Szczerze mówiąc, nie wiedziałam, że jeszcze potrafię się śmiać.

Carla objęła ciotkę i mocno uścisnęła.

– Tak mi przykro, Maws, tak bardzo, bardzo przykro. Terry był dobrym facetem.

Po raz pierwszy wspomniała o tym, co się stało. Maura przytrzymała Carlę w uścisku, jakby bała się ją puścić.

– Jesteś pewna, że chcesz pojechać ze mną do domu?

Maura przełknęła napływające do oczu łzy.

– Najzupełniej. Czuję się już dobrze i będę do skutku ścigać te mendy winne śmierci Terry’ego. A kiedy ich dorwę…

– Pamiętaj, że jestem przy tobie.

Maura odpowiedziała wątłym uśmiechem.

– Doceniam to, Carla. To bardzo dużo dla mnie znaczy. Ale ty masz skupić się na Joeyu, zgoda?

Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i do pokoju wkroczyła Marge Dawson.

– Jasny gwint! Ten czarnuch przy drzwiach nie chciał mnie wpuścić.

Najstarszy syn Tony’ego Dooleya, Tony Junior, stał za Marge, a na jego przystojnym obliczu malowało się zaskoczenie. Dooleyowie byli znaną rodziną ochroniarzy. Tony Senior przez wiele lat pilnował Maury, zanim oddał tę posadę jednemu ze swoich chłopców.

– Przepraszam, Maura, strasznie się napierała.

– Pewnie że tak, ty bezczelny gówniarzu.

Marge była wściekła i nie zamierzała tego ukrywać.

– Znałam ją, zanim ty się urodziłeś, taki owaki, więc powiedz swojemu ojcu, żeby nie żałował kija na wyuczenie cię dobrych manier, smarkaczu.

Tony Dooley z niedowierzaniem pokręcił głową i wychodząc, delikatnie zamknął drzwi. Miał prawie dwa metry wzrostu, był rosły jak dąb. Widok jej malutkiej przyjaciółki sztorcującej Tony’ego wywołał u Maury wybuch szczerego śmiechu. I tego właśnie było jej trzeba. Wszystkie trzy zaczęły pokładać się ze śmiechu. Głośny rechot Marge udzielał się Maurze. Z oczu ciekły jej łzy i kapało z nosa. Jednak gdy wzięła chusteczkę, poczuła nagle, że znowu przygniata ją potworny ciężar straty. Spontaniczny wybuch śmiechu wyzwolił tłumione emocje i rozszlochała się na dobre. Łkała rozdzierająco, wtulona w fotel przy oknie, a Carla i Marge głaskały ją po plecach, mrucząc słowa pocieszenia.

Płacz jej dobrze zrobi, porozumiały się wzrokiem.

– Wypłacz się, dziewczyno. Wyrzuć to z siebie.

Maura szlochała, mając przed oczami obraz ostatniego uśmiechu, jakim obdarzył ją Terry. Tak się nie powinno było stać, to niesprawiedliwe. To ona powinna zginąć, nie miałaby przed sobą perspektywy życia bez niego.

Wydawało się, że będzie spazmować w nieskończoność. Kiedy przycichła, Marge zamówiła duży czajnik mocnej herbaty.

– Wlej to w gardło, dziewczyno, a potem zaczniemy cię pakować i do domu, dobrze?

Maura skinęła głową.

– Dzięki. Nie wiem, co bym bez was zrobiła.

Marge nie starzała się dobrze. Wyglądała na więcej niż swoje czterdzieści cztery lata. Od zawsze miała nadwagę, źle zrobioną trwałą i niefachowo, w domu nakładaną farbę. Jej makijaż niezmiennie szokował, a nieustanne skargi na stopy były irytujące dla otoczenia. Ale Maura darzyła ją głębokim uczuciem, skrywanym pod bezceremonialnością, z jaką zwracały się do siebie. Były przyjaciółkami od dzieciństwa i przez te wszystkie lata dzieliły się swoimi smutkami i radościami.

Mając przy sobie i Carlę, i Marge, Maura mogła na kilka minut zapomnieć o niebezpieczeństwie i uporządkować myśli.

Terry zginął przez nią i ta świadomość była trudna do zniesienia. Również pamięć o ich kłótniach. A ostatnia gorzka wymiana zdań była najcięższym wspomnieniem. Kochał ją, wiedziała to, i ona również go kochała. Było tak od zawsze i byłoby nadal…

Stanął między nimi jej sposób na życie. W najskrytszych zakamarkach jej duszy tkwiła przez te wszystkie lata spędzone z Terrym świadomość, że żyje tylko połowicznie, i do tego najtrudniej było jej się przed samą sobą przyznać. Tylko wtedy, gdy przywdziewała szaty Maury Ryan, kobiety niebezpiecznej, była w swoim żywiole, czuła ten podniecający dreszczyk oczekiwania na to, co przyniesie nowy dzień. Zdawała sobie sprawę, że nie nadaje się na żonę, a jej jedyna szansa na macierzyństwo i została zaprzepaszczona przez aborcję dokonaną w jakimś obskurnym pomieszczeniu. To było dziecko jej i Terry’ego.

W głębi duszy nigdy mu nie wybaczyła, że ją wtedy zostawił, przedkładając nad nią swoją pracę. Wspaniałą karierę policjanta. Ale nie przestała go z tego powodu kochać, pomimo żywionej urazy. Teraz miała go pochować. A właściwie to, co z niego zostało.

Marge i Carla pakowały jej rzeczy i porozumiewały się wzrokiem. Kiedy Maura poszła do łazienki umyć twarz, Marge szepnęła do Carli:

– Jedna z nas musi z nią być przez cały czas.

Carla kiwnęła głową.

– Nigdy nie widziałam jej w takim stanie.

Marge wzruszyła ramionami.

– A ja tak. Kiedy zginął Michael. W jej życiu było za dużo śmierci.

Carla nic na to nie odpowiedziała. Nie wiedziała, co powiedzieć.

Maura wyszła z łazienki w pełnym makijażu i z uśmiechem przyklejonym do twarzy.

– No to chodźmy, dziewczyny, jedźmy do domu, OK?

Carla obserwowała ciotkę, która zachowywała się teraz, jakby nic się nie zdarzyło. Wyrzuciła to wszystko z głowy, jak zwykle – nie pozwoliłaby sobie na przeżywanie żałoby.

Ale kłopoty wisiały w powietrzu, tego Carla była pewna.

Wiele na to wskazywało.


***

Benny, Garry i Roy spotkali się z Lee w garażu w Camden. Gdy zamykali za sobą drzwi, Benny rzucił jeszcze okiem na drogę, żeby sprawdzić, czy aby ktoś ich nie obserwuje.

– Kto wyprowadzał samochód na zewnątrz? – zapytał Garry.

– Abul. Miał ochotę na przejażdżkę – odpowiedział Benny.

Garry uśmiechnął się do niego. Kochał bratanka, mieli podobny temperament.

– Dobrze, chłopcze. Mamy tu pod nogami trochę ciekawych rzeczy. Kilka sztuk z arsenału firmy Armalite. Mała wyrzutnia rakiet. Szpadle są w kącie. Lepiej zacznijcie kopać.

Lee zaśmiał się.

– A co ty masz zamiar robić, Gal?

Garry wzruszył ramionami

– Zajmę się herbatką dla was, to jasne. Naturalnie pozwolę wam się dobrze przedtem napocić.

– Naturalnie!

Benny, zawsze chętny do fizycznej pracy, z zapałem zaczął kopać. Pozostali dwaj obserwowali go przez chwilę, podziwiając jego siłę.

– Jak Maura? – Garry ściszył głos.

Roy westchnął.

– Niezbyt dobrze. Podobnie z nią było, gdy odszedł Michael. Jak zwykle dusi wszystko w sobie.

– Szczęśliwie pozbyła się tego pieprzonego śmiecia, gdybyś chciał wiedzieć, co myślę. Ten Patherick to był alfons. Dziewczyna jak brzytwa, a tu była ślepa.

– Chyba wszyscy jesteśmy, gdy w grę wchodzi miłość?

Garry roześmiał się.

– Ja nie. Nigdy nie spotkałem nikogo, na kim by mi zależało. Co innego popieprzyć, wypuścić się gdzieś razem od czasu do czasu, ale jak pozwolisz komuś zbliżyć się do siebie, weźmie cię na własność. Omota cię, będziesz robił głupoty.

Lee wiedział, że Garry ma na myśli jego i Sheilę. Rozzłościł się.

– Nie wszystkim chodzi tylko o to, co mogą dostać, Gal. Nie wszystkie kobiety są dziwkami.

Garry drwiąco uniósł brwi.

– Wszystkie. Pokaż im kilka funciaków, dużego fiuta, ładne auto i są twoje. Weź tylko kobietę Joliffa, to dziwka pierwszej wody.

– Była, wujku Gal.

– Daruj sobie tego „wujka”, jeśli łaska, Benny. Garry w zupełności wystarczy.

– Nam to przypisują, a wiesz, co to znaczy, prawda? – I Roy nie ukrywał zaniepokojenia.

Garry przytaknął, ale był zirytowany defensywnością brata.

– To znaczy, że musimy uderzyć pierwsi, ot, co to znaczy. Więc pospieszcie się i kopcie, chłopcy. Niech bitwa się rozpocznie.


***

– Maura chce, żebyśmy przyszli w porze lunchu do jej mieszkania nad klubem.

W głosie Roya nadal była niepewność i Benny odniósł się do tego faktu.

– Wątpisz, czy Maura będzie za tym? Wskazał szpadlem na dziurę.

Garry zaśmiał się, a Lee dołączył.

– Maura zastrzeliłaby ciebie, gdybyś jej zalazł za skórę, chłopcze, zapamiętaj to. Pozbiera się. To jedyna znana mi kobieta, która myśli jak facet. I potrafi zapanować nad uczuciami. Będzie w porządku, gwarantuję.

Benny skinął głową, usatysfakcjonowany odpowiedzią Gala. Ale Roy nie zdradzał swojego zdania. Poczeka i zobaczy. Chociaż oni wszyscy byli zadowoleni, że Terry zniknął z horyzontu, to Maura na pewno nie. Dla niej świat kręcił się wokół Pethericka i żaden z nich nie mógł wybić jej tego z głowy. A aktualna afera zaczęła się prawie od niczego, Maura miała mu tylko pomóc doglądnąć wyjaśnienia i załatwieniu kilku spraw. Teraz była otwarta wojna. Oglądanie Bena zachowującego się jak statysta w „Ojcu chrzestnym” byłoby zabawne, gdyby to wszystko nie było tak śmiertelnie serio.


***

Lana Smith była niska i puszysta, miała piersi w kształcie melonów, nie tylko zaprzeczające prawu grawitacji, ale sprawiające, że wyglądała jeszcze grubiej – o ile to możliwe. Od urodzenia dziecka – kilka miesięcy temu – nadal przybierała na wadze.

Gdy wysiadła z samochodu, żeby wejść do miejscowego solarium, ujrzała przed sobą mężczyznę drobnej budowy, z kręconymi włosami. Uśmiechał się do niej. Nigdy nie dawała się zbić z tropu, w ułamku sekundy zmierzyła się z jego brązowymi oczami i zarozumiałym uśmiechem. Nóż zauważyła chwilkę później.

Wbił jej się w brzuch i ciął w górę aż do mostka, zostawiając rozwartą dziurę. Gdy potknęła się o krawężnik, poczuła, jak zalewa ją krew tryskająca z ciała. Mężczyzna już odjeżdżał, błotnikiem samochodu uderzył ją jeszcze w ramię, tak że z głuchym łoskotem upadła plecami na chodnik.

Jej malutka córeczka Alicia, spała smacznie w foteliku samochodowym, dopóki nie obudziło jej wycie karetek i samochodów policyjnych, a wtedy otworzyła buzię do niekończącego się krzyku, aż poczerwieniała ze złości i wysiłku.


***

Maura słuchała w osłupieniu relacji o śmierci dwóch kobiet żon osławionych gangsterów z południowego wschodu. Z nie dowierzaniem przymykała oczy i kręciła głową.

– Dlaczego ktoś miałby pomyśleć, że to my zabiliśmy? To przecież żony, dziewczyny, cywile. Niby co mielibyśmy przez to osiągnąć? Obie miały dzieci, do jasnej cholery.

– Komuś zależy na tym, żeby nas w to wrobić.

Uwaga Bena rozdrażniła Maurę, wzniosła oczy ku niebu.

– Do diabła, Ben, nie przyszło mi to do głowy. Gdzieś ty był, jak rozdawali rozumy?

Benny jak zwykle poczuł się dotknięty.

– Nie musisz być złośliwa, Maura.

Przerwała mu.

– Zamknij się, do cholery, Ben. Nie czas ani miejsce na głupie, szczeniackie rezonerstwo, jasne? To głębokie bagno tylko dla dorosłych. Kenny, mąż Lany, to ostry facet i nie żartuje. Gdyby wziął cię za kołnierz i udusił gołymi rękami na środku rynku w Romford, nikt by się nie przyznał, że cokolwiek widział. Musimy to wszystko szybko wyjaśnić, inaczej cały arsenał firmy Armalite nie zatrzyma Smitha przed naszym progiem.

Słowa Maury otrzeźwiły wszystkich. Nawet Garry zgodził się, że mają problem.

– To groźny zawodnik. Będzie szalał, mając teraz na głowie dziecko bez matki. Lepiej jak najszybciej zorganizujmy spotkanie.

Benny był nadal sceptyczny. Prychnął z dezaprobatą.

– Pieprzyć go, przecież nic nie zrobiliśmy.

Garry odwrócił się do bratanka i wycedził:

– Kenny Smith jest jednym z niewielu ludzi, z którymi się liczę. To ci powinno wystarczyć, traktuj go z respektem. Całkiem porządny gość, dopóki się nie wkurzy – wtedy wpada w szał. Tego faceta cenią jako mediatora, gdy pojawiają się kłopoty. Tym się zajmuje. Jest szanowany i lubiany. To jego zamierzaliśmy prosić, żeby był łącznikiem między nami i Joliffem. Tylko że teraz jesteśmy na liście dziesięciu jego największych wrogów, z numerem pierwszym, i będziemy musieli poszukać kogoś innego do tej roboty.

Maura przetarła oczy wewnętrzną stroną dłoni, widoczny znak, że jest zdenerwowana.

– Musimy się dowiedzieć, kto nas wrabia. Nie wykluczam, że Kenny nam pomoże, jeśli spróbuję delikatnej perswazji. Garry, Roy i Lee… chcę was zabrać jako asekurację, ale ja sama będę z nim gadać.

Garry skinął głową. Benny nie został wzięty w rachubę, ale otwarcie nie zaprotestował.

– A co ja mam robić, gdy wy będziecie się wałęsać po nocy? – zapytał tylko.

Maura spojrzała na niego surowo.

– Będziesz miał się czym zająć, Ben. Objedziesz nasz personel, tych wszystkich z drugiego szeregu, i napędzisz im porządnego stracha. Sprawdź, czy zdołasz się czego dowiedzieć. Ale, proszę, nie sklejaj nikomu powiek. To źle wpływa na interesy.

Benny był najwyraźniej podekscytowany perspektywą dobrej zabawy, ale Maura popatrzyła na niego z niesmakiem.

Choć przypominał jej brata Michaela wyglądem i temperamentem, w przeciwieństwie do najstarszego Ryana, który miał wyjątkową głowę do interesów, Benny był przydatny jedynie jako brutalny żołnierz. Siał postrach, gdy wpadał w szał – jak Michael – i właśnie jego złą sławę chciała wykorzystać do swoich celów. Jeśli ktokolwiek coś wiedział, najprędzej wyzna to Benowi Ryanowi. Kochała go, ale z trudem znosiła jego dzikość, zwłaszcza teraz, kiedy mieli tyle innych zmartwień.

Wiedziała, że go obraziła, lecz się tym nie przejęła. Nie miała zamiaru przykładać plastrów na jego zranioną dumę. Niech się nauczy radzić sobie w życiu, jak każdy z nich. Wiedziała, że ojciec Bena podziela jej punkt widzenia, i tylko to się dla niej liczyło.

– Maura, kontaktowałem się już z kilkoma osobami w mieście, żeby sprawdzić, czy dostanę jakiś cynk na temat tych morderstw – powiedział Lee. – Dam ci znać, jak tylko się czegoś dowiem.

Tu wtrącił się Garry, obcesowo pytając Maurę:

– A co z glinami? Co mówili o Terrym?

Maura spodziewała się tego pytania i spodziewała się, że to właśnie Garry je zada. Nikt inny nie miałby odwagi zapytać ją o to wprost. Napięcie w pokoju było prawie nie do zniesienia, gdy mu odpowiadała.

– Na razie ich spławiłam. Spotkam się oczywiście z naszym kumplem Caldwellem, zanim zacznę się zastanawiać, czy pogadać jeszcze z kimś innym.

Garry kiwnął głową usatysfakcjonowany.

– Był jednym z nich, więc będą zainteresowani nie mniej niż my, mam rację?

Głos Bena zabrzmiał prowokacyjnie i Maura miała ochotę schwytać bratanka za gardło i udusić. Zamiast tego powiedziała chłodno:

– Wiesz co, Ben? Pewnego dnia przez swoją jadaczkę ściągniesz na siebie nie lada kłopoty, a pierwszych doczekasz się z mojej strony. Cokolwiek myślisz o Terrym Pethericku, a szczerze mówiąc, gówno mnie to obchodzi, należał poprzez mnie do tej rodziny. Ostrzegam cię, Benny… – powoli rozejrzała się po pokoju -…ostrzegam was wszystkich, jakiekolwiek żywicie urazy do Terry’ego, zostawcie je za progiem. Musimy teraz pracować razem i nie mam zamiaru tłumaczyć się nikomu ani wam, ani glinom. Zrozumieliście, co powiedziałam?

Jej niebieskie oczy były zimne jak lód, a twarz z perfekcyjnym makijażem kamienna. Po raz pierwszy Benny widział ciotkę w takim wydaniu, skądinąd znanym jej braciom, i dało mu to do myślenia. Zdał sobie sprawę, że w takim nastroju bez mrugnięcia okiem kazałaby skrócić go o głowę, gdyby to miało ułatwić jej polowanie na wroga. Nie, nie przeraziła go tym razem, lecz wzbudziła podziw. Strach był kluczem w ich biznesie, a ona należała do nielicznych kobiet, które potrafiły się nim posługiwać. Nigdy nie przyszło mu do głowy, że Maura działa pod silną presją. Ani też, że dba o to, by trzymali się razem i tworzyli wspólny front w przestępczym podziemiu.

Maura zdawała sobie sprawę, że był za młody i zbyt niedoświadczony, by rozumieć, co się dzieje. Fatalnie skończy, jeśli nie będzie ostrożny. Nigdy jeszcze nie był w centrum wojny gangów, a wiedziała, że nim minie tydzień, Benny przejdzie chrzest ogniowy. Będzie miała na niego oko, pomoże mu, jeśli zajdzie potrzeba, ale dzisiaj nie miała zamiaru go niańczyć. Niech pozna swoje miejsce w szeregu, im szybciej, tym lepiej dla niego. Przyjdzie dzień, kiedy przez niewyparzoną gębę i butę jej bratanek wpadnie w poważne tarapaty i należało mu to uświadomić.

Obecni w pokoju mężczyźni mierzyli go wzrokiem i Benny poczuł się nieswojo. Dotarło wreszcie do niego, że musi mieć się na baczności. Nawet ojciec nie zamierzał bronić go przed Wspaniałą Maura.

Nigdy przedtem jej tak ostrej nie widział. Przekonał się nareszcie, że wszystko, co o niej słyszał, było prawdą. Rozpierała go duma, że jest częścią tej rodziny. Cieszyło go poczucie przynależności. Zyskiwał we własnych oczach, bo czuł się im równy.

Uśmiechnął się jednym z tych swoich szerokich, rozbrajających uśmiechów, które przyciągały do niego zarówno mężczyzn, jak i kobiety. Maura, patrząc na bratanka, miała wrażenie, że widzi śmiejącego się do niej zmarłego Michaela, pierwszego mężczyznę, którego podziwiała i kochała.

Szczerząc zęby, Benny rozejrzał się po pokoju i rzekł z szelmowską miną:

– Teraz wiem, gdzie jest moje pieprzone miejsce, co?

Maura nie mogła mu się oprzeć. Uścisnęła go mocno.

– Jesteś zarozumiałym skurczybykiem, Ben – rzekła.

Garry ziewnął głośno i rzucił w przestrzeń:

– Co prawda, to prawda, Maws. No, ale już najwyższy czas ruszać w drogę. Musimy przemówić Smithy’emu do rozumu, zanim zrobi się ciemno.

Nie uszło uwadze Roya, że syn omamił Maurę. W głębi duszy stale się nim martwił. Benny był w gorącej wodzie kąpany i ojciec wiedział, że musi go pilnować, bo gotów nieźle namącić przez swój temperament i szczeniacką arogancję.

Nie chciał się przyznać sam przed sobą, że syn go przerażał, ale tak było. Napawał go śmiertelną trwogą. Jak niegdyś jego wuj Benny był popieprzonym oszołomem. Tylko patrzeć, jak wyrwie się spod kontroli.


***

Kenny Smith patrzył na swoją maleńką córeczkę śpiącą w łóżeczku i połykał łzy. Jego naznaczoną blizną twarz wykrzywiał grymas bólu, czyniąc ją jeszcze brzydszą. Matka Kena, Eileen, megiera z East Endu, z trwałą na włosach i nieodłącznym papierosem zwisającym z ust, głaskała go po ramieniu.

– Nie do wiary, Ken. Do diabła, to nie do wiary.

Mocno ścisnął jej dłoń.

– Pieprzeni Ryanowie! Wtrącają się we wszystko i teraz nie ma mojej małej Lany.

– Nie takiej małej, synu. Była wielka jak chałupa, odkąd urodziła dziecko.

Kenny przewrócił oczami.

– Nie zaczynaj, mamo. Cokolwiek o niej myślisz, była moją kobietą i matką maleńkiej Alicii.

– Była niedzisiejsza, i tyle. Ale nieważne. Ja zajmę się dzieckiem, a ty, synu, zrób z tym wszystkim porządek.

– O to się nie martw. Rozpętam, kurwa, trzecią wojnę światową!

Eileen nie była zaskoczona zawziętością syna.

– Posłuchaj, wezmę dziecko do siebie, dobrze? Ty będziesz działał stąd. Ale załatw sprawy szybko, bo mam stracha. Skoro biorą się za dziewczyny, to każdy może się bać o swoje życie, dobrze mówię?

Kenny kiwnął głową.

– Spotykam się ostatnio z tym i owym z naszych. Niezadługo Ryanowie mogą się znaleźć w kupie gówna większej niż wysypisko w Basildon. Żona Vica i reszta… to się ludziom nie podoba.

Eileen zapaliła papierosa Benson amp; Hedges wyciągniętego z obfitych zapasów trzymanych w kieszeni fartucha.

– Nie przy dziecku, mamo – powiedział z wyrzutem.

Prychnęła.

– Tobie to chyba nie zaszkodziło, co?

Westchnął i wyszedł z pokoju. Musi to wszystko jak najszybciej pozałatwiać. Po pierwsze, Ryanowie, po drugie, niania do dziecka. Przez chwilę zastanawiał się, czy Ryanowie nie przypisali mu wysadzenia w powietrze tego gliniarza, faceta Maury, i czy nie rewanżowali się za to. Byłoby to jednym wielkim qui pro quo. Odrzucił to przypuszczenie. Ten, kto zabił jego Lanę, zrobił to z czystej niegodziwości i zapłaci za to z nawiązką.

Nalał sobie dużą brandy i wypił ją jednym haustem, bo potrzebował alkoholu. Zbierało mu się na płacz, ale zdusił go w sobie. Nie dzisiaj. Będzie jeszcze mnóstwo czasu na żałobę. I nie on jeden będzie wtedy pogrążony w żalu.