"Rozgrywka Maury" - читать интересную книгу автора (Cole Martina)Rozdział 1Roy Ryan był przerażony. Dopadł telefonu przy pierwszym dzwonku. Słysząc głos żony, Janine, z trzaskiem odłożył słuchawkę. Tylko tego mu teraz brakowało, jej roztrajkotanej gęby, która nie zamknęłaby się przez następne trzy godziny. Gdyby narzekanie było sportem olimpijskim, jego stara zdobyłaby złoto. Telefon zadzwonił jeszcze raz. Nie podniósł słuchawki, wiedząc, że to znowu będzie Janine ze swoim skamlaniem. Była okropnie upierdliwa, w tym momencie nienawidził jej bardziej niż kiedykolwiek. Ukrył twarz w dłoniach i stłumił wzbierający szloch. Pocił się ze strachu. Czuł zapach własnego potu i wilgoć zbierającą się pod pachami. Gdzie jest Maura, do jasnej cholery? Już dawno powinna tutaj być. Pewnie jest jeszcze w łóżku z tym kutasem Petherickiem. Przez moment odczuwał wstyd, że tak pomyślał. Maura miała prawo do Terry’ego, ciężko walczyła, żeby go zdobyć. Nie wolno o tym zapominać. Petherick jednak przede wszystkim pozostawał gliną, nie tylko w ocenie Roya, ale także wszystkich innych, którzy się liczyli. Roy był przekonany, że właśnie to tkwiło u podłoża ich ostatnich kłopotów. Ktoś kapował jak diabli, dając psom cynk o planowanych akcjach, i podejrzewano, że winowajcami są Ryanowie. Były glina w rodzinie nie pasował do ich roboty – chyba że ów glina byłby skaptowany. A Petherick nigdy nie dał się przekupić. Tak naprawdę ten nadęty alfons niemal ich nie zauważał, patrzył na nich z góry, nawet na ich matkę, a Maura uważała, że wszystko ma się kręcić wokół jego zafajdanej policyjnej dupy. Znowu westchnął. Oczy piekły go od braku snu i miał na twarzy jednodniowy zarost. Powinien się trochę przespać, ale teraz nie było na to czasu. Blisko dziesięć lat spokoju w mieście i nagle rozpętuje się piekło. Dlaczego? Kto kryje się za tymi wszystkimi aresztowaniami, za tym fermentem? Ktoś mąci na potęgę i Ryanowie muszą odkryć kto, zanim stracą zaufanie klienteli: gangsterów pierwszej ligi z Londynu i południowego wschodu. Dzisiaj mieli zacząć naloty na niepokornych dawnych wspólników. Ale gdzie u diabła jest jego siostra? Nie mogli ruszyć bez Maury. Janine zabolało grubiaństwo męża. Zaciskała zęby ze złości, co sprawiło, że jej twarz wyglądała jeszcze gorzej niż zwykle. Nalała sobie dużą porcję ginu i przełknęła go gładko, czując, jak palący płyn dociera do jej obwisłego brzucha. Zamknęła oczy, by delektować się tym doznaniem, a gdy otworzyła powieki, uchwyciła swoje odbicie w lustrze naprzeciwko. Poczuła łzy napływające do oczu. Wyglądała na starszą, niż była, znacznie starszą. Bliżej siedemdziesiątki niż sześćdziesiątki, nie miała się co oszukiwać. Na szafce stała jej fotografia z dnia ślubu i Janine przez dłuższą chwilę wpatrywała się w nią, przypominając sobie, jak się wtedy czuła ze świeżo upieczonym mężem przy boku i dzieckiem rosnącym w brzuchu. Miała wtedy długie rude włosy, które przyciągały uwagę i w końcu przyciągnęły też Roya. Gdyby posłuchała matki i ojca! Oni przejrzeli go od pierwszego wejrzenia, jego i jego rodzinę. Ale podobnie jak wiele narzeczonych przed nią, była przekonana, że potrafi zapanować nad swoim mężczyzną. Jak się okazało, nikt nad nim nie panował, nawet policja londyńska, a Bóg jeden wie, ile razy próbowali. Ale ona go chciała, pragnęła tak bardzo jak żadnego innego mężczyzny ani przedtem, ani potem. Problem leżał w tym, że chciała go nadal, zawsze tak było i zawsze będzie, mimo że nią gardził. Nalała sobie jeszcze jedną porcję ginu i połknęła dwie tabletki valium. Pomoc do dziecka w pigułce dla znerwicowanych mamusiek. Uśmiechnęła się do siebie, co robiła bardzo rzadko, nieświadoma, że z uśmiechem wygląda znacznie młodziej. Gdyby człowiek zawczasu wiedział, jak będzie wyglądało jego życie… Leżała na kanapie i myślała o swojej córce Carli, dziecku, które rodziła z wielką nadzieją, a którego potem, od najwcześniejszych dni, tak bardzo nie lubiła. Bo okazała się jej rywalką, która całkowicie zawładnęła zauroczonym nią Royem – jej, Janine, nigdy się to nie udało. Teraz Carla była bardziej córką Maury niż jej i Janine to odpowiadało. Ciotka i kukułcze jajo chwaliły sobie ten układ. Ale syn Janine, Benny Anthony, noszący imiona po swoim nieżyjącym wujku, to zupełnie inna para kaloszy. On był jej. Cokolwiek myślał Roy, Benny był tylko jej. Pomimo że ojciec uformował go na swoje podobieństwo, był królem jej serca. Syn był dla niej wszystkim i Janine wierzyła, że któregoś dnia przejrzy Roya i wróci do niej. W końcu Maura i Roy pokażą, jacy są naprawdę, a wtedy ona, Janine, przyjmie swojego chłopca z otwartymi ramionami. Była to jej ukochana wizja. Nieustannie do niej wracała, choć w głębi duszy wiedziała, że to się raczej nie zdarzy. Benny to cały Ryan, od stopy rozmiaru czterdzieści siedem po ciemne, gęste włosy na głowie. Był niczym wskrzeszony Michael Ryan, wyglądał jak sobowtór swojego nieżyjącego wuja. Ale nie było to tylko fizyczne podobieństwo. Benny miał również sposób myślenia Michaela. I właśnie to ją najbardziej przerażało w chwilach, gdy myślała trzeźwo. Jednak podczas gdy Michael uwielbiał swoją matką, Bennie nienawidził Janine i bez skrupułów jej to okazywał. Potrząsnęła głową, by odsunąć te okropne myśli na temat jedynaka. Chłopak jeszcze wiele się nauczy, przejdzie twardą szkołę. Taką samą jak jego matka. Był wystarczająco bystry, żeby w końcu zobaczyć, jacy są wszyscy Ryanowie – że to dranie. Na tę myśl znowu się uśmiechnęła. Nalała sobie kolejną porcję ginu i gładko go przełknęła. Nie minęła godzina, jak zasnęła. Vic Joliff rechotał – duży łysy zbir z bezwzględnymi małymi czarnymi oczkami, teraz zmrużonymi z radości. – Jesteś pewien? To na pewno była Maura Ryan, całkiem sztywna? Petey Marsh kiwnął głową. – Z tego co wiem, ktokolwiek był w tym samochodzie, nie miał prawa przeżyć. Vic zatarł ręce. – Postaw dobrego drinka klawiszowi, który przekazał tę wiadomość. Jeszcze z niego skorzystamy. A więc Maura Ryan została zdjęta ze sceny… Spadaj, muszę pomyśleć. Petey migiem opuścił celę. Tak naprawdę wcale nie lubił Joliffa, jego nikt nie lubił, ale u takich jak on można było czasem zarobić, gdy się było w potrzebie. I lepiej u niego niż u Irlandczyków, tych pieprzonych Paddies, którzy robili wokół siebie szum, bo byli „polityczni”. Vic Joliff był przynajmniej gangsterem w starym stylu, z takimi pieniędzmi, reputacją i szaleństwem w sobie, że narzucał posłuch. Ale przecież to, że Petey dla niego pracował, wcale nie musiało znaczyć, że go lubił, jasne? Zastanawiał się przez chwilę, czym Maura Ryan mogła narazić się Vicowi i czy to był z jego strony akt zemsty. Vic potrafi celnie strzelać z więziennej celi, a krążyły plotki, jakoby Ryanowie nie byli już tą rodziną co za czasów Michaela, choć samą Maurę uznawano za siłę, z którą należało się liczyć. Jednak jeśli została z niej miazga, i do tego, jak niosła wieść, rozbryzgana po całym Essex, w takim razie ster przejmował jej brat Roy, który nie był największym bystrzakiem w stajni Ryanów. Pozycja Stephena Hawkinga jako najtęższego angielskiego mózgu nie była zagrożona. Petey zrobił sobie skręta i próbował się zrelaksować na łóżku. Dni były tutaj długie, za długie. Jeżeli Joliff wchodzi w wojnę gangów, to będzie z tego przynajmniej jeden pożytek. Pomoże złagodzić tę cholerną nudę. Uśmiechnął się do siebie. W tym skrzydle nie było takiej atrakcji, odkąd ktoś gwizdnął magnetowid. Jeszcze po trzecim przeszukiwaniu cel próbowali im wmawiać, że to jakiś więzień go zwędził. Ale od początku było dla wszystkich oczywiste, że w najostrzejszym więzieniu w Europie, z tak doskonałymi zabezpieczeniami, żaden sprzęt nie mógłby wyparować i maczał w tym palce jakiś funkcjonariusz. Cóż, takie jest życie. Westchnął i położył się z powrotem, nadal próbując się zrelaksować, co nie było łatwe przy ciągłym hałasie i bezlitosnej nudzie. Życie w więzieniu może być jak powolne umieranie, choć szybki koniec można sobie zorganizować nawet tutaj – z własnej ręki lub z czyjąś pomocą. Usłyszał zgrzytliwy śmiech Joliffa i zatkał uszy dłońmi, mając nadzieję, że Ryanowie wcześniej czy później wyciągną stąd tego dupka, by dokonać na nim zemsty. Szybko dopalił skręta i odpuścił sobie odpoczynek na rzecz dobrego treningu na siłowni. Benjamin Anthony Ryan był potężnym facetem. Olbrzymem. Trenował z ciężarkami i w efekcie miał ciało jak mistrz olimpijski. Był dumny ze swojego wyglądu, pracował nad nim nieustannie. Dziś był w siłowni Pata we wschodnim Londynie i pocił się ostro, jego twarz o grubych rysach była czerwona od wysiłku. Zobaczył, że idzie do niego jego goryl, Abul Haseem, z telefonem przyklejonym do ucha, a jego urodziwa twarz ma posępny wyraz zamiast zwykłego uśmiechu. Domyślił się, że coś się stało. – Co się dzieje? – zapytał przyciszonym głosem. To, co miał usłyszeć, nie było przeznaczone dla postronnych uszu. Abul pokręcił głową, zanim odpowiedział: – Ktoś podłożył bombę u twojej ciotki, Ben, tylko tyle wiem. Patrzył, jak zmienia się wyraz twarzy Bena, przechodząc w ułamku sekundy od niedowierzania do kipiącej złości. – Co ty pieprzysz? Ludzie zaczęli się na nich gapić, zaintrygowani furią w jego głosie. Abul wyłączył telefon i szepnął: – Nie tutaj, Benny. Samochód jest na zewnątrz, ojciec czeka na ciebie w szpitalu. Benny ruszył za nim bez słowa, wdzięczny losowi, że ma przy sobie kumpla, który potrafi zachować taki spokój w chwili kryzysu. A był to kryzys na olimpijską miarę. Poczuł napływające do oczu łzy i nie był pewien, czy to z powodu ciotki, czy ze złości. Tak czy inaczej chętnie rozpłakałby się jak dziecko. Abul, przyjaciel od czasów szkolnych, obecnie bardziej brat niż kumpel, ścisnął go za ramię. – Najpierw musimy się wywiedzieć, co zaszło, nie sądzisz, stary? Benny kiwnął głową – Osobiście zabiję sukinsynów. Co myśleli, że im ujdzie taki numer? Jeśli coś jej się stało, to przysięgam, że ich rozerwę gołymi rękami. I dowiedzą się, do czego służy zestaw modelarski Airfix. Abul natychmiast zamknął oczy. Benny miał manię sklejania ludziom powiek; mówił, że panicznie się tego boją i tu Abul w pełni się z nim zgadzał. Na samą myśl o czymś takim robiło mu się niedobrze. W poczekalni szpitalnej Oldchurch Hospital zirytowana Sarah Ryan odtrąciła ramię najstarszego syna i krzyknęła: – Na Boga, Roy, jeszcze nie zdziecinniałam! Mimo że przekroczyła już osiemdziesiątkę, nadal była czerstwa i zdrowa. Drobniejsza niż kiedyś, zdawała się kurczyć z dnia na dzień, ale umysł miała sprawny jak zawsze, wystarczyło jej posłuchać. – Mamo, pozwól, żeby któryś z chłopców odwiózł cię do domu. To będzie długa noc… Przerwała mu ruchem dłoni. – Przy was też zdarzyło mi się trochę takich nocy przez te wszystkie lata. Zwłaszcza z Michaelem i waszym szmatławym ojcem. A teraz powiedz mi, co się, u diabła, dzieje. Roy patrzył na stojącą przed nim maleńką kobietę. Skąd u niej taka siła woli? – A w ogóle gdzie jest Terry? Powinien tu być. Roy zwilżył językiem wargi, zanim odpowiedział. – W samochodzie była bomba, mamo. Przeznaczona dla Maury. Gdy Terry uruchomił silnik… Sarah zamknęła oczy, jakby tego było już dla niej za dużo. – Co? To znaczy, że Terry nie żyje? Roy przytaknął. – Święta Mario, Matko Chrystusa! Co ona tym razem rozpętała? Winą natychmiast obarczyła córkę. Roy miał ochotę uderzyć matkę za tak niesprawiedliwą reakcję. – Gdziekolwiek się pojawi, tam jest śmierć. Śmierć i zniszczenie. Moi biedni chłopcy… Urwała, bo Roy zakręcił się na pięcie i odwrócił od niej. Świadomość tego, co się zacznie dziać, przyprawiała ją o mdłości. To mogło oznaczać tylko jedno: zanosiło się na więcej mokrej roboty, a stała za tym jak zwykle Maura. Skąd się u niej wzięła taka córka? Martwiła się o Maurę, odkąd dziewczyna na tyle dorosła, by dołączyć do nikczemnego fachu braci. Ich bezeceństwa mogła przełknąć, jednak nie była w stanie zaakceptować tego, że córka jest taka sama. To było nie do przyjęcia, nie do przyjęcia u kobiety. Ale najgorsze były tego następstwa. Kolejna bezsensowna śmierć. Terry Petherick był przyzwoitym człowiekiem, kochał tę blond dziwkę, którą wydała na świat. Był kiedyś uczciwym i dobrym policjantem, więc Sarah nie mogła zrozumieć, co takiego zobaczył w jej córce. Podeszła do syna i szarpnęła go, żeby stanął z nią twarzą w twarz. – Nie odwracaj się ode mnie, chłopcze, kiedy do ciebie mówię. Uwolnił się od niej niezbyt uprzejmie i powiedział ściszonym głosem: – Nie zapytasz o swoją córkę? Swoją jedyną córkę? Nie chcesz się dowiedzieć, co z nią? Żyje, umarła, została kaleką? Potrząsnęła głową. – Nie obchodzi mnie to… Roy podniósł dłoń na znak, by ucichła. – Więc zjeżdżaj do domu, mamo. Na pewno dowiesz się później wszystkiego od Janine. Sarah patrzyła za nim, gdy odchodził, i przez chwilę było jej smutno. Potem wróciła złość. Maura była powodem wszystkich kłopotów w rodzinie. Potrafiła każdego przekabacić. Zmuszała ich do dokonania wyborów. Sarah usadowiła się na porysowanym plastikowym krześle, ułożywszy na kolanach dużą skórzaną torebkę. Mogła poczekać, żeby się dowiedzieć, co jest grane. Była dobra w czekaniu, Bóg świadkiem, przez lata nabrała praktyki. Pięć minut później jej wnuk Benny przeszedł obok niej – jakby nie istniała. Otworzyła torebkę, wyjęła różaniec z oliwkowego drewna i zaczęła się modlić. – Cholerna stara czarownica! Ją i moją matkę powinno się raz na zawsze uciszyć. W Royu odezwał się synowski instynkt. – Nie mów tak o mojej matce. Ani o swojej. Benny wzruszył ramionami, narastała w nim złość. – Słuchaj, tato, to para starych mściwych wiedźm, dobrze o tym wiesz, tak samo jak ja. Cały ten „szacunek dla rodziców bez względu na wszystko” przeżył się już za czasów pieprzonej arki Noego! Nie mogę znieść żadnej z nich i jestem pewny, że ciocia Maura nie chce ich tutaj. Więc skończmy pierdolić i przejdźmy do rzeczy. Kto to zrobił i jak się odpłacimy? Roy miał wrażenie, że to rozwścieczony Michael stoi przed nim jak żywy i patrzy na niego oczami Bena. Przejął go dreszcz, podobieństwo było ogromne – miał jednak nadzieję, że jego chłopak był heteroseksualny. Ale nawet timbre głosu miał identyczny jak Michael i tym przyciągał ludzi. Był arogancki jak Michael i tak samo mściwy. Maura uwielbiała go, a on ją, ku rozgoryczeniu Janine. Pojawił się lekarz. – Co z nią, doktorze? – Jest przytomna. Dostała w głowę, ale to nic poważnego. Kilka rozcięć i siniaków. Nie widzę żadnych cięższych urazów. W każdym razie fizycznych. Roy odprężył się. – Dzięki. Możemy ją zobaczyć? – Ale tylko pięć minut, nie dłużej. Benny uścisnął ojca i Roy uświadomił sobie jego siłę i młodość. I to, że ma temperament Michaela – nie mija kilka sekund, a z wściekłego brytana zmienia się w radosnego szczeniaka lub na odwrót. – Ale fart, tato. Ale cholerny fart. Roy zdał sobie sprawę, że już niedługo straci kontrolę nad tym chłopcem, a o tym, co się wtedy może zdarzyć, wolał nie myśleć. Maura wyglądała okropnie i Roy się domyślił, że już wie o śmierci Terry’ego. – Wszystko w porządku, Maws? Zamknęła oczy i kiwnęła głową. Benny przysunął sobie krzesło. Biorąc jej dłoń w swoją, lekko ją ścisnął. – Czuwamy tu. Jesteś bezpieczna. Maura uśmiechnęła się słabo. – Dzięki, Benny. Domyślacie się, kto to zrobił? – Pewnie jakiś alfons z Shoreditch. Benny mówił dość głośno i Maura się skrzywiła. Ściszył głos: – Bo chyba nikt inny, jak myślisz? Przeniósł wzrok z Maury na ojca, który potrząsnął głową. – To nie Jimmy Milano, on jest czysty jak łza. Maura dała mu nauczkę jakiś czas temu. Benny sprawiał wrażenie zdruzgotanego. – Dzięki, że mi powiedzieliście. Gorycz w jego głosie nie uszła ich uwagi. Benny został wyznaczony do ściągania haraczu z Milano, gdy ten po raz pierwszy pojawił się we wschodnim Londynie. Ale jak się okazało, gość miał dobrego protektora, jednego z najlepszych oficerów policji w służbie Ryanów. Milano nie stanowił zagrożenia. W odróżnieniu od starej gwardii był pośledniego formatu; ani tęga głowa, ani twardziel. – Miałem ci powiedzieć, Benny, ale wszystko się… Roy nie dokończył, bo Benny mu przerwał. – Czy jest jeszcze coś, o czym nie wiem? Jak zwykle, poczuł się zaatakowany. Milano to była jego największa wpadka i wszyscy o tym wiedzieli. – Zewsząd dochodzą smrodliwe sygnały, Benny. Teraz przede wszystkim musimy wyeliminować podejrzanych. – Słusznie, kurwa! Eliminować! Właśnie to zamierzam zrobić z tymi skurwysynami. Maura znużona zamknęła oczy. – Przestaniesz wreszcie używać tego słowa? Irytuje mnie. – W porządku, Maura. Nie musisz zaraz wyskakiwać ze skóry. Był ciężko urażony i ciotka, nagle pełna współczucia dla niego, zapytała łagodnie: – A co mówią gliny? – Jeszcze niewiele wiem. Nasi z policji zadzwonią do nas po południu z informacjami. – Mówiąc to, Roy popatrzył na syna. – Ty z nimi pogadasz. Zobaczysz, co mogą… Benny znowu mu przerwał: – To już zrobione. Abul się tym zajął po drodze. Roy kiwnął głową. – Chcesz, żeby jeszcze coś zrobić, Maws? Potrząsnęła ostrożnie głową i opadła z powrotem na poduszki. – Jak najszybciej zabierzcie mnie stąd do prywatnej kliniki. Zanim spadną nam na głowę media i wezmą nas pod obstrzał. – Załatwione, Maws. Przyjdziemy później, dobra? Gdy wychodzili z pokoju, zawołała: – I trzymajcie z dala matkę! Nie ścierpię jej teraz. Gdy zamknęli drzwi, wyciągnęła się na łóżku i zaczęła wspominać wydarzenia dnia. Kłótnia. Terry wychodzący bez pojednania. Ostatnie spojrzenie na niego. Uśmiechnął się zza przedniej szyby jej samochodu, zanim przekręcił kluczyk w stacyjce i został rozerwany przez bombę przeznaczoną dla niej. Teraz, kiedy odszedł, kiedy odszedł naprawdę, ból i poczucie winy zostaną z nią do końca życia. Nie ma jednak czasu na żale. Została wypowiedziana otwarta wojna i będzie musiała przegryźć się przez to gówno, spróbować znaleźć w tym jakiś sens. Połknęła łzy. Czas się pozbierać i kontynuować, co zaczęła. Odłożyć uczucia na później. Tak właśnie Maura Ryan postępowała przez całe życie. Garry Ryan był wściekły. Jego dziewczyna, Anita, bardzo ponętna mimo nadwagi i tiku nerwowego, przyglądała się bacznie, jak przerzuca swój notatnik z telefonami. Zapisując nazwiska, mruczał coś pod nosem. Śmiertelnie się go bała, gdy był taki. Spojrzał na nią ciemnoniebieskimi oczami. – Zrób mi filiżankę herbaty, Nita, i zarezerwuj lot do Londynu. Ale już. Kiwnęła głową. – Też lecę, Gal? Była zdenerwowana, jak zawsze, gdy miała do niego sprawę. Westchnął. – A chcesz polecieć? Było to pytanie zadane uprzejmym tonem, co zdarzyło mu się chyba po raz pierwszy. Nie chciała opuszczać Marbelli. Kochała to miejsce, zwłaszcza bez niego. Ale odpowiedziała mu bez wahania: – Oczywiście, kochanie. Garry zaśmiał się, co przeraziło ją jeszcze bardziej. – Nie, nie lecisz. Nawet mnie nie lubisz. Ty lubisz prestiż. Kiedy mnie nie będzie, sprawdź w słowniku, co to znaczy. Kiwnęła głową, czując ulgę, że nie musi z nim jechać. – A więc pakuj się i spieprzaj. Zamrugała kilka razy i żałośnie zapytała: – Ale gdzie pójdę? Garry miał już dość tej rozmowy i odparł lekceważąco: – A skąd mam, kurwa, wiedzieć? Znajdziesz coś. Takie jak ty zawsze znajdują. Zalała się łzami. – Ty cholerny draniu. Dlaczego mnie tak traktujesz? Wstał. Stojąc przed nią, delikatnie ujął jej podbródek, lekko podciągnął do góry i łagodnie pocałował ją w usta. – Bo taki już jestem, głupia. A teraz zrób mi herbatę i zamów lot, bądź dobrą dziewczynką. Zobaczył w jej oczach bezradność i przez chwilę zrobiło mu się jej żal. Tylko przez chwilę, bo w gruncie rzeczy nią gardził, gdyż cokolwiek robił czy mówił, trwała przy nim. – Coś ci powiem. Jeżeli będziesz naprawdę grzeczna, pozwolę ci tu zostać jeszcze przez tydzień, dopóki nie znajdziesz sobie czegoś innego. To chyba bardzo w porządku, nie? Odsunęła się od niego, milcząco demonstrując przygnębienie. Godzinę później był już w drodze na lotnisko, nie zaprzątając sobie głowy Anitą, z którą był związany od dwóch lat. Taki był Garry Ryan. W samolocie układał plan zemsty na tym, kto stał za próbą zamordowania jego siostry Maury. Wiedział, że na Maurze by się nie skończyło, zagrożona była reszta rodziny. Winnym przydadzą się długie nogi, bo kiedy wróci do kochanej Brytanii i zorientuje się w sytuacji, poleje się krew, to pewne. Już się na to szykował. Sandra Joliff była wysoka, miała silikonowe piersi, opaleniznę z solarium i śnieżnobiałe zęby. Blond włosy, zrobione w pasemka, były ostrzyżone tak, że tworzyły seksowną gęstwę wokół jej twarzy. Czuła się okropnie. Przez całą noc była na nogach i bolały ją nerki od nadmiaru kokainy i wódki. Jej twarz poszarzała pod opalenizną i Sandra marzyła, by jak najszybciej wziąć prysznic i napić się herbaty. Następnego dnia zamierzała odwiedzić męża i musiała na tę okazję dobrze wyglądać. Wiedziała, że jest z niej dumny i nie chciała sprawić mu zawodu. Stary Vic był w porządku. Wiedział, jaka jest, i wspólne życie zbudowali wokół swoich słabości. Gdy skręcała na podjazd domu w Emerson Park, zatrąbił na nią z tyłu jakiś samochód, a ciemnowłosy mężczyzna pokazał jej palec w obraźliwym geście. W odpowiedzi zrobiła to samo. – Palant! Wiedziała, że zajechała mu drogę, ale była zbyt zmęczona, by się tym przejmować. Wychodząc z samochodu, spojrzała na podjazd. Front posesji wyglądał nieskazitelnie. Nigdy nie mogła się dość nadziwić, jak jej się teraz powodziło dzięki Vicowi. Wychowała się w komunalnym mieszkaniu, a teraz żyła niczym królowa. Jej dwie córeczki chodziły do prywatnej szkoły, a ona miała bmw 330 i pieniędzy jak lodu. To był dla niej szczęśliwy dzień, kiedy się spodobała Vicowi, chwała mu! Wyjął ją ze starego życia i przeniósł do nowego bez chwili wahania. Otworzyła drzwi do wielkiego domu z pięcioma sypialniami i wyłączyła alarm. Wchodząc do kuchni, zobaczyła, że na środku podłogi leży ich doberman Kelly. Z nosa i pyska ciekła mu krew, a całym ciałem wstrząsały drgawki. Klęknęła obok psa i pogłaskała go po głowie. – Już dobrze, Kelly. Co ci się stało, kochanie? Przemawiała do niego ściszonym, pocieszającym głosem. Pies wcisnął nos w jej dłoń i cicho zaskowyczał. Obok leżał kawałek krwistego mięsa. Podejrzewała, że doberman został otruty. Wstając, wyczuła czyjąś obecność, a kiedy się odwróciła, ujrzała stojącego za nią mężczyznę. Był wysoki i mocno zbudowany, elegancko ubrany, w rzeczy z dobrego domu mody. Mimowolnie otaksowała go wzrokiem. W skali od jednego do dziesięciu dałaby mu cztery punkty, ale obcięła jeden za maskę narciarską, którą miał na twarzy. Uśmiechnął się szeroko, przez otwór w masce ukazując idealnie białe zęby. – Coś ty za jeden i co do jasnej cholery robisz w mojej kuchni? Jej brawura mu się spodobała. Patrzył na Sandrę z uznaniem, a ona poczuła obrzydzenie na myśl, że mógłby mieć ochotę ją zgwałcić. No, niechby tylko spróbował. Wyprężyła się, choć nie czuła się zbyt pewnie na wysokich szpilkach. – Sandra? Miał głos niski i przyjemny, mówił z lekkim akcentem. Zesztywniała. – A kto, kurwa, chce to wiedzieć? Cały czas zachowywała się z godnością, zdecydowana nie okazywać strachu, który ją obezwładniał. – Wiesz, kim jestem? Kim jest mój mąż? Jak się o tym dowie, krew się poleje, człowieku. Uśmiechnął się. – O to właśnie chodzi, Sandra. Właśnie dlatego tu jestem. Popatrzyła na niego z osłupieniem. – Że co? O co ci chodzi, pieprzony świrze? Pies znowu zaskowyczał, więc odruchowo spojrzała w dół. – Dobrze, Kelly. Za chwilę wezwę weterynarza, piesku, jak tylko ten popapraniec sobie stąd pójdzie. Znowu spojrzała na mężczyznę. – Nie wiesz, człowieku, w co się pakujesz. Ostrzegam cię, mój mąż to ciężki kaliber, a twoje najście wkurzy go do nieprzytomności. Mężczyzna rozpiął płaszcz i zobaczyła obrzynek. Otworzyła szeroko niebieskie oczy, gdy zrozumiała, co intruz zamierza zrobić. Rzuciła się do tylnych drzwi; szkło z nich rozprysnęło się wokół, pierwszy strzał trafił ją w łydki. Kiedy upadła, mężczyzna stanął nad nią i zaczął się śmiać. Skręcała się na podłodze, w nogach czuła palący ból. – Co robisz? Zabierz, co chcesz, człowieku, zegarek, wszystko, ale błagam, mam dwie małe córeczki. Łkała w szoku i bólu. – Przykro mi, kochanie, to nic osobistego. A potem wypalił jej w twarz. Gdy to robił, nadal się śmiał. Dzieci Sandry musiała odebrać ze szkoły jej matka, przypuszczała więc, że córka znowu pozwoliła sobie na pijacki maraton. Zabrała dziewczynki na noc do siebie, ale postanowiła pomówić ostro z Sandrą o zaniedbywaniu dzieci. Odkąd Vic siedział, zupełnie jej odbiło, ciągle była poza domem, cały czas nafaszerowana koką, i wreszcie matka zaczynała mieć tego dość. W tej sytuacji ciało Sandry znalezione zostało dopiero po dwudziestu czterech godzinach. Vica Joliffa trzeba było potraktować środkami uspokajającymi, gdy dotarła do niego ta wiadomość, tak samo matkę Sandry, gdy następnego dnia odkryła okaleczone ciało córki, a obok zwłoki psa. Chantel i Rochelle musiały teraz zamieszkać z babcią, która paliła jak smok i żyła grą w bingo. Policja nie wiedziała, co myśleć o tym zabójstwie. Tak jak wszyscy inni. Sandra była tylko żoną, cywilem, nie angażowała się w interesy Vica, choć jak mawiali niektórzy, wciągała przez nos większość zysków. Ale to był problem jej męża, niczyj inny. To z pewnością nie była jego robota. Uwielbiał ją, mimo że nie omijała żadnej okazji do zdrady. Przełykał to, bo wiedział, że jest młoda, pełna życia i temperamentu. Ulegała prawom natury. Nie wyszła za niego z miłości. Gdy potem powiązano to morderstwo z bombą w samochodzie Maury Ryan, pewien recydywista stwierdził: „Nic dobrego z tego nie wyniknie. Nie minie tydzień, jak chodnikami, popłynie krew”. W rzeczywistości jego przepowiednia spełniła się w ciągu dwóch dni. |
||
|
© 2026 Библиотека RealLib.org
(support [a t] reallib.org) |