"Biała Gardenia" - читать интересную книгу автора (Belinda Alexandra)CZĘŚĆ DRUGAWYSPAStatek, który zabrał nas z Szanghaju, przechylił się i jęknął. Wyrwał do przodu z całą mocą, dym buchał z jego kominów. Patrzyłam, jak miasto coraz bardziej się oddala, a fale zalewają mi stopy. Budynki Bundu były opuszczone, wyglądały jak żałobnicy na pogrzebie. Ciche ulice czekały na to, co miało się wydarzyć. Kiedy dotarliśmy do ujścia rzeki, uchodźcy na pokładzie wybuchali na przemian śmiechem i płaczem. Jeden wyciągnął biało – niebiesko – czerwoną królewską flagę. Ocaleliśmy. Inne statki z uchodźcami czasem zatapiano, zanim dotarły w to miejsce. Pasażerowie biegali od relingu do relingu, ściskając się, oszołomieni z ulgi. Tylko ja wyglądałam jak tonąca. Przygnębiała mnie strata, ciągnęła w dół niczym kotwica. Czułam, jak mętne wody rzeki przelewają się nad moją głową. Po drugiej zdradzie Dymitra wróciła tęsknota za matką, silniejsza niż przez wszystkie lata rozłąki. Przywoływałam ją z przeszłości. Widziałam jej twarz na ołowianym niebie i w białym kilwaterze, rozciągającym się niczym białe prześcieradło pomiędzy mną i kra – jem moich narodzin. Tylko widok matki przynosił ukojenie. Tylko dzięki niej mogłam nazwać nieszczęście, które mnie prześladowało. Po raz drugi byłam na wygnaniu i pozbawiona miłości. Nie rozpoznawałam ludzi na pokładzie, choć wielu z nich najwyraźniej dobrze się znało. Wszyscy znajomi Rosjanie uciekli z Chin wcześniej. Całkiem sporo bogaczy bratało się z rodzinami z klasy średniej oraz ludźmi, wśród których byli sklepikarze, śpiewacy operowi, kieszonkowcy, poeci i prostytutki. My, uprzywilejowani, wypadaliśmy najbardziej idiotycznie. Pierwszego wieczoru przyszliśmy do mesy w futrach i wieczorowych strojach. Zanurzaliśmy pogięte łyżki w wyszczerbionych miskach z zupą fasolową, udając, że nie wadzą nam metalowe kubki i wystrzępione serwety. Zatraceni w iluzjach na temat naszej wielkości, czuliśmy się tu jak w Imperialu. Po posiłku wręczono nam harmonogram sprzątania na następnych dwadzieścia dni. Kobieta obok mnie ujęła go w swoje upierścienione palce niczym spis deserów, a po chwili zmrużyła oczy ze zdumienia. – Nie rozumiem – powiedziała, rozglądając się w poszukiwaniu odpowiedzialnej osoby. – Chyba nie chodzi im o mnie? Następnego dnia jeden z ordynansów dał mi prostą niebieską sukienkę ze sterty ubrań, które rozwoził na wózku. Była o rozmiar za duża i przetarta w pasie i na rękawach, i śmierdziała stęchlizną. Włożyłam ją i w jaskrawym świetle łazienki przejrzałam się w lustrze. „Czy tego właśnie się obawiałeś, Dymitrze? Że będziemy nosić cudze ubrania?”. Chwyciłam się umywalki, pokój wirował. Czyżby Dymitr tak bardzo pragnął Moskwy – LA, że postanowił mnie poświęcić? Nie widziałam w jego oczach zdrady tego ranka, gdy wybierał się do konsulatu. Pomagając mu zapiąć płaszcz, nie miałam powodu sądzić, że do mnie nie wróci. Co zatem się zdarzyło? Jak Amelia zdołała mi go odebrać? Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie jej czerwone wargi, szepczące z przekonaniem: „Tak łatwo będzie ci zacząć od początku… Przed ucieczką nacjonalistyczny rząd zniszczył mnóstwo dokumentów. Pewnie nie ma żadnego dowodu na to, że jesteś żonaty. I tak nikt w Stanach się o tym nie dowie”. Słyszałam w duchu, jak Dymitr mówi „tak” na ich pośpiesznym ślubie. Czy choćby drgnął w chwili, w której mnie mordował? Myśl o tym, jak bardzo go kochałam i jak mało on kochał mnie, doprowadzała mnie do szaleństwa. Miłość Dymitra była jak Szanghaj, niezwykle powierzchowna. Pod spodem kryło się zepsucie i zgnilizna. W niczym nie przypominała uczucia mojej matki, choć oba te rodzaje miłości odcisnęły na mnie swoje piętno. Większość uchodźców na statku była radosna. Kobiety stawały przy relingach, aby porozmawiać i popatrzeć na morze, mężczyźni śpiewali podczas szorowania pokładów, dzieci grały w gumę i dzieliły się zabawkami. Jednak każdej nocy wszyscy wyglądali przez bulaje w poszukiwaniu księżyca i gwiazd, aby sprawdzić położenie statku. Nauczyli się nikomu nie ufać. Dopiero po spojrzeniu w niebo mogli udać się na spoczynek, spokojni, że płyną na Filipiny, a nie do Związku Radzieckiego. Nawet gdyby wysłano mnie do obozu pracy, wcale bym się nie przejęła. I tak byłam już martwa. Inni z kolei chyba czuli wdzięczność. Niemal bez szemrania czyścili pokłady, obierali ziemniaki, gawędząc o krajach, które mogłyby ich przyjąć po Filipinach, krajach takich jak Francja, Australia, Stany Zjednoczone, Argentyna, Chile, Paragwaj. Te nazwy brzmiały w ich ustach jak poezja. Ja nie miałam planów, żadnego pojęcia, co przyniesie przyszłość. Ból w moim sercu był tak głęboki, że spodziewałam się śmierci jeszcze przed zejściem na ląd. Szorowałam pokład wraz z innymi uchodźcami, ale podczas gdy oni odpoczywali, ja czyściłam armaturę i relingi, aż ręce krwawiły mi z zimna i od odcisków. Przerywałam dopiero, kiedy nadzorca stukał mnie w ramię. – Aniu, masz zdumiewającą energię, ale powinnaś coś zjeść – powtarzał. Byłam w czyśćcu i usiłowałam się z niego wydostać. Wiedziałam, że dopóki czuję ból, żyję. Jak długo istniała kara, istniała też nadzieja na odkupienie. Sześć dni po opuszczeniu Szanghaju obudził mnie straszny ból w lewym policzku. Skóra poczerwieniała, łuszczyła się i była pokryta twardymi pęcherzami, które wyglądały jak ukąszenia owadów. Lekarz na statku obejrzał mnie i pokręcił głową. – To na skutek niepokoju. Minie, kiedy trochę odpoczniesz. Jednak nie minęło. Nie ustępowało, naznaczając mnie jak trędowatą. Piętnastego dnia podróży parny upał tropików otoczył nas niczym chmura. Stalowobłękitne wody zmieniły się w lazurowy ocean, powietrze wypełnił zapach tropikalnych sosen. Mijaliśmy wyspy pełne urwistych klifów i koralowe plaże. Każdy zachód słońca przypominał jaskrawą tęczę na horyzoncie. Na pokład zlatywały tropikalne ptaki, niektóre tak oswojone, że bez obaw siadały nam na rękach. Jednak to naturalne piękno budziło niepokój niektórych Rosjan z Szanghaju. Po statku krążyły plotki o wudu i ofiarach. Ktoś spytał kapitana, czy to prawda, że wyspa Tubabao jest kolonią trędowatych, kapitan jednak zapewnił nas, że wyspę spryskano DDT, a trędowaci zniknęli stąd dawno temu. – Nie zapominajcie, że płyniemy ostatnim statkiem – zauważył. – Wasi rodacy są już na miejscu, czekają, by was powitać. Dwudziestego drugiego dnia podróży rozległ się okrzyk jednego z członków załogi i wybiegliśmy na pokład, by po raz pierwszy popatrzeć na wyspę. Przysłoniłam oczy przed słońcem i zmrużyłam powieki. Tubabao wystawała z morza, niema, tajemnicza i spowita mgiełką. Dwie olbrzymie góry, zarośnięte dżunglą, wyglądały jak zarys spoczywającej na boku kobiety. W łuku między jej brzuchem i udem znajdowała się zatoczka alabastrowego piachu i palm kokosowych. Jedynym znakiem cywilizacji był pirs na plaży. Zarzuciliśmy kotwicę, wyładowano nasze bagaże. Później, po południu, podzielono nas na grupki i przepłynęliśmy na plażę skrzypiącą barką, która śmierdziała olejem i wodorostami. Posuwała się powoli, a filipiński kapitan wskazał na czyste morze pod nami. Ławice tęczowych rybek przepływały pod łodzią, coś, co wyglądało jak płaszczka, dźwignęło się z piaszczystego dna. Siedziałam obok niezbyt młodej kobiety w szpilkach i kapeluszu z jedwabnym kwiatem na rondzie. Ręce grzecznie złożyła na kolanach i usadowiła się na rozłupanej drewnianej ławeczce, jakby w drodze do uzdrowiska, chociaż tak naprawdę żadne z nas nie wiedziało, co przyniesie następna godzina. Uderzył mnie absurd sytuacji. Ci z nas, którzy znali zamęt i smród, hałas i gorączkę jednego z najbardziej kosmopolitycznych miast świata, mieli zamieszkać na odległej wyspie na Pacyfiku. Na końcu pirsu czekały cztery autobusy. Były zniszczone, brakowało szyb w oknach, a blachę przeżarła rdza. Amerykański marynarz z włosami przypominającymi stalową wełnę i spalonym słońcem czołem wychylił się z jednego z pojazdów i kazał nam wejść. Zabrakło miejsc, większość z nas musiała stać. Jakiś chłopiec podniósł się na mój widok, opadłam z wdzięcznością na fotel. Uda przywarły mi do rozgrzanej skóry. Kiedy byłam pewna, że nikt nie patrzy, zsunęłam pończochy i ukryłam je w kieszeni. Podmuch powietrza na obolałych nogach i stopach przyniósł mi ulgę. Autobus podskakiwał na wybojach. Powietrze pachniało bananowcami rosnącymi po obu stronach drogi. Co pewien czas mijaliśmy chatę krytą liśćmi nipy, a filipińscy sprzedawcy wyciągali ku nam napój ananasowy albo wodę. Przekrzykując ryk silnika, Amerykanin poinformował nas, że nazywa się kapitan Richard Connor i jest jednym z przedstawicieli IRO na wyspie. Sam obóz znajdował się nieopodal plaży, ale prymitywna droga wydłużyła podróż. Autobusy zaparkowały obok pustego ogródka. Bar zadaszono liśćmi palmowymi. Ogrodowe stoliki i składane krzesła były na wpół zakopane w piasku. Spojrzałam na menu wypisane kredą na tablicy: mątwa w mleku kokosowym, naleśniki z cukrem i lemoniada. Connor poprowadził nas brukowaną ścieżką między rzędami wojskowych namiotów. Niektóre klapy uniesiono, żeby wpuścić popołudniową bryzę. Namioty pełne były łóżek polowych i odwróconych skrzyń, które służyły za stoliki i krzesła. W wielu z nich do podtrzymującego konstrukcję środkowego pala przymocowano żarówkę, a obok wejścia stał prymus. W jednym z namiotów skrzynie poprzykrywano serwetami z kompletów i ustawiono zastawę ze skorup orzecha kokosowego. Zdumiała mnie mnogość rzeczy wywiezionych przez uchodźców z Chin. Widziałam maszyny do szycia, fotele na biegunach, nawet jakąś rzeźbę. Te przedmioty należały do ludzi, którzy wyjechali najwcześniej, do tych, którzy nie czekali, aż komuniści zjawią się na progach ich domów. – Gdzie są wszyscy? – spytała Connora kobieta z kwiatem na kapeluszu. – Zapewne na plaży. – Uśmiechnął się do niej. – W wolnym czasie też pewnie zechcecie się tam wybrać. Minęliśmy duży namiot z uniesionym po bokach płótnem. Wewnątrz cztery krzepkie kobiety pochylały się nad kadzią pełną wrzącej wody. Obróciły ku nam spocone twarze i krzyknęły: – Oona! Ich uśmiech wydawał się szczery, ale przez to powitanie odezwała się we mnie tęsknota za domem. Gdzie byłam? Kapitan Connor zaprowadził nas na plac pośrodku miasta na – miotów. Stanął na drewnianym podeście, my zaś usiedliśmy w palącym słońcu i słuchaliśmy jego instrukcji. Powiedział nam, że obóz dzieli się na okręgi, każdy okręg ma swojego nadzorcę, wspólną kuchnię i barak z prysznicami. Nasz rejon graniczył z wąwozem w dżungli i miał „niekorzystne położenie ze względu na zwierzęta i bezpieczeństwo”, dlatego naszym pierwszym zadaniem miało być oczyszczenie terenu. Pulsowało mi w głowie, ledwie słyszałam słowa kapitana. Mówił o śmiertelnie niebezpiecznych „błyskawicznych wężach” i piratach, którzy wychodzili z dżungli w nocy uzbrojeni w noże bolo i już napadli na trzy osoby. Samotne kobiety zazwyczaj umieszczano po dwie w namiocie, ale ze względu na bliskość dżungli nas przydzielano do cztero – lub sześcioosobowych namiotów. Ja trafiłam do namiotu Niny, Galiny i Ludmiły, trzech młodych dziewcząt ze wsi w okolicach Qingdao, które już wcześniej przybyły na wyspę na statku „Cristobal”. W niczym nie przypominały dziewcząt z Szanghaju. Miały rumiane policzki, ich śmiech był szczery. Pomogły mi zaciągnąć do namiotu kufer i pokazały, skąd wziąć pościel. – Jesteś zbyt młoda, żeby podróżować samotnie. Ile masz lat? – spytała Ludmiła. – Dwadzieścia jeden – skłamałam. Były zdumione, ale nie podejrzliwe. W tej samej chwili postanowiłam nikomu nie mówić o swojej przeszłości. Za bardzo mnie to bolało. Mogłam jedynie opowiadać o matce, bo za nią się nie wstydziłam. Nie zamierzałam jednak wspominać Dymitra. Przypomniało mi się, jak Dan Richards podpisywał dokumenty, dzięki którym wypłynęłam z Szanghaju. Wykreślił „Łubieńska” i napisał moje panieńskie nazwisko „Kozłowa”. – Zaufaj mi – powiedział. – Przyjdzie dzień, w którym będziesz się cieszyła, że nic cię nie łączy z nazwiskiem tego człowieka. Już chciałam się od niego uwolnić. – Co robiłaś w Szanghaju? – spytała Nina. Przez chwilę się wahałam. – Byłam guwernantką – odparłam. – Opiekowałam się dziećmi amerykańskiego dyplomaty. – Masz ładne stroje jak na guwernantkę – stwierdziła Galina, siadając po turecku na klepisku i patrząc, jak się rozpakowuję. Przejechała palcami po zielonym szeongsamie z boku kufra. We – pchnęłam rogi prześcieradła pod materac. – Musiałam również zabawiać gości – wyjaśniłam. Kiedy jednak uniosłam wzrok, dostrzegłam, że Galina ma zupełnie niewinny wyraz twarzy. Pod jej słowami nic się nie kryło. Pozostałe dwie dziewczyny też wydawały się raczej zafascynowane niż sceptyczne. Sięgnęłam do walizki, by wyjąć z niej sukienkę. Zadrżałam na widok zacerowanej przez Mei Lin dziury. – Weź ją – powiedziałam do Galiny. – I tak z niej wyrosłam. Galina zerwała się na równe nogi, przycisnęła szeongsam do piersi i zachichotała. Skrzywiłam się na widok rozcięć z boków. Sukienka była zbyt seksowna jak na guwernantkę, nawet taką, która miała zabawiać gości. – Nie, jestem za tłusta. – Oddała mi sukienkę. – Ale bardzo ci dziękuję. Wyciągnęłam szeongsam ku pozostałym dziewczętom, ale tylko się zaśmiały. – Dla nas jest zbyt fikuśna – oznajmiła Nina. Później, w drodze do namiotu jadalni, Ludmiła ścisnęła mnie za ramię. – Nie bądź taka smutna – powiedziała. – Wszystko na początku wydaje się trudne, ale kiedy zobaczysz plażę i chłopców, zapomnisz o kłopotach. Przez jej życzliwość znienawidziłam się jeszcze bardziej. Myślała, że jestem jedną z nich, młodą, beztroską kobietą. Jak miałam im powiedzieć, że już dawno temu utraciłam młodość? Że Szanghaj mi ją odebrał? Jadalnię okręgu oświetlały trzy dwudziestopięciowatowe żarówki. W ich słabym świetle ujrzałam mniej więcej tuzin długich stołów. Gotowany makaron i mięsne bitki podano nam na cynowych talerzach. Ludzie z mojego statku skubali jedzenie, zasiedziali mieszkańcy zaś kromkami chleba wyczyścili talerze. Starszy człowiek wypluwał pestki śliwek wprost na piasek. Kiedy Galina dostrzegła, że nie jem, wepchnęła mi w dłoń puszkę sardynek. – Dodaj je do makaronu – powiedziała. – Będzie smaczniejszy. Ludmiła trąciła mnie w bok. – Ania wydaje się przerażona – zauważyła. – Aniu. – Nina pociągnęła się za włosy. – Wkrótce będziesz wyglądała tak jak ja. Opalona, z kręconymi włosami. Staniesz się prawdziwą mieszkanką Tubabao. Następnego ranka obudziłam się późno. Powietrze w namiocie było rozgrzane i śmierdziało spalonym brezentem. Galina, Ludmiła i Nina zniknęły. Na ich nie zasłanych łóżkach wciąż odbijały się zarysy ciał. Mrużyłam oczy na widok pogniecionej pościeli, zastanawiając się, dokąd poszły. Byłam jednak zadowolona z chwili wytchnienia. Nie chciałam już odpowiadać na żadne pytania. Dziewczyny okazały się miłe, ale czułam, że dzielą nas miliony kilometrów. Nina miała siedmioro rodzeństwa, ja nikogo. One były dziewicami czekającymi na pierwszy pocałunek, ja siedemnastolatką porzuconą przez męża. Wzdłuż płachty pełzła jaszczurka. Drażniła się z ptakiem na zewnątrz. Mrużyła wyłupiaste oczy i parę razy przeszła obok ściany. Widziałam, jak cień ptaka macha skrzydłami i dziobie płótno z drapieżnym rozdrażnieniem. Odrzuciłam koc i usiadłam. Skrzynia oparta o środkowy maszt służyła za wspólną toaletkę. Wśród paciorków i etui na pędzelki leżało lusterko z chińskim smokiem na odwrocie. Podniosłam je i popatrzyłam na swój policzek. W jaskrawym świetle dnia wysypka wyglądała jeszcze gorzej niż zazwyczaj. Wpatrywałam się w nią przez chwilę, próbując przywyknąć do nowej twarzy. Była bliznowata i brzydka, moje oczy zaś wydawały się małe i okrutne. Kopniakiem otworzyłam kufer. Jedyna letnia sukienka, z włoskiego jedwabiu obrębionego szklanymi paciorkami, była zbyt elegancka na plażę, musiałam się jednak nią zadowolić. Namioty, które mijałam po drodze do biura naczelnika okręgu, pełne były ludzi. Niektórzy odsypiali nocną wartę albo wieczór w San Miguel, miejscowym barze, inni zmywali naczynia lub jedli śniadanie. Jeszcze inni siedzieli na leżakach przed namiotami, czytając albo rozmawiając, zupełnie jak urlopowicze. Młodzi mężczyźni o ogorzałych twarzach i jasnych oczach obserwowali moje przejście. Uniosłam brodę, aby pokazać im mój chory policzek i w ten sposób uświadomić, że jestem niedostępna, pod każdym względem. Naczelnik okręgu pracował w baraku z blachy falistej, z betonową podłogą i spłowiałymi od słońca zdjęciami cara i carycy nad wejściem. Zapukałam w siatkowe drzwi. – Proszę. Po wejściu zmrużyłam oczy, próbując się przyzwyczaić do półmroku w baraku. Dostrzegłam łóżko polowe przy drzwiach i okno po przeciwnej stronie pomieszczenia. Powietrze śmierdziało preparatem na komary i smarem silnikowym. – Ostrożnie. – Raz jeszcze usłyszałam ten sam głos. Zamrugałam i odwróciłam się w jego kierunku. W baraku było gorąco, ale chłodniej niż w namiocie. Wkrótce dostrzegłam naczelnika, siedział przy biurku. Niewielka lampka rzucała wokół krąg światła, ale nie oświetlała jego twarzy. Widziałam jedynie, że to muskularny mężczyzna o szerokich ramionach. W skupieniu pochylał się nad czymś. Ruszyłam ku niemu, mijając kawałki drutu, śruby, sznur i gumową oponę. Naczelnik trzymał śrubokręt i praco – wał nad transformatorem. Miał zniszczone i brudne paznokcie, ale jego skóra była gładka i brązowa. – Spóźniłaś się, Anno Wiktorowna – powiedział. – Dzień już się zaczął. – Wiem. Przepraszam. – To nie Szanghaj. – Gestem wskazał mi stołek naprzeciwko siebie. – Wiem. – Usiłowałam dojrzeć jego twarz, ale widziałam jedynie szeroką szczękę i mocno zaciśnięte usta. Wziął jakieś papiery ze stosiku na biurku. – Masz wysoko postawionych przyjaciół – stwierdził. – Dopiero przypłynęłaś, a będziesz pracowała w administracji IRO. Inni z twojego statku muszą sprzątać dżunglę. – Widać mam szczęście. Naczelnik okręgu zatarł ręce, po czym wybuchnął śmiechem. Usiadł wygodniej na krześle i skrzyżował dłonie za głową. Jego usta się odprężyły. Teraz były pełne i uśmiechnięte. – Co powiesz na nasze miasto namiotów? Robi wrażenie? Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W jego głosie nie wyczuwałam sarkazmu. Nie usiłował mnie poniżyć, raczej zachowywał się jak człowiek, który dostrzega ironię sytuacji i usiłuje z niej żartować. Wręczył mi fotografię z biurka. Zdjęcie przedstawiało grupkę mężczyzn przed stertą wojskowych namiotów. Wpatrywałam się w ich nieogolone twarze. Młody człowiek z przodu kucał, trzymając wspornik. Miał szerokie ramiona i plecy. Rozpoznałam pełne usta i szczękę, jednak coś było nie tak z oczami. Usiłowałam przybliżyć zdjęcie do światła, ale naczelnik wyjął mi fotografię z ręki. – Byliśmy pierwszymi ludźmi wysłanymi na Tubabao – powiedział. – Szkoda, że nie widziałaś wtedy wyspy. IRO wysadziła nas tutaj bez żadnych narzędzi. Musieliśmy wykopać doły kloaczne i rowy tym, co zdołaliśmy znaleźć. Jeden z naszych ludzi był inżynierem, zebrał kawałki maszynerii pozostawionej przez Amerykanów w czasach, gdy ta wyspa służyła im za bazę wojskową. Po tygodniu zbudował generator elektryczności. Taka zaradność wzbudza mój szacunek. – Jestem wdzięczna za wszystko, co zrobił dla mnie Dan Richards. Mam nadzieję, że wniosę jakiś wkład w rozwój wyspy. Naczelnik okręgu przez chwilę milczał. Nie mogłam opędzić się od myśli, że mnie obserwuje. Jego tajemnicze usta wygięły się w figlarny uśmiech. Miał w sobie ciepło, które natychmiast rozświetliło chatę. Dzięki temu polubiłam naczelnika mimo jego obcesowych manier. Był trochę misiowaty, kojarzył mi się z Siergiejem. – Jestem Iwan Michajłowicz Nakimowski. Mówmy sobie po imieniu. – Wyciągnął rękę. – Mam nadzieję, że moje żarty nie sprawiły ci przykrości. – Ani trochę. – Uścisnęłam jego dłoń. – Na pewno miałeś do czynienia z całą masą wyniosłych mieszkańców Szanghaju. – Tak. Ale ty nie jesteś prawdziwą mieszkanką Szanghaju. Urodziłaś się w Harbinie i słyszałem, że ciężko pracowałaś na statku – stwierdził. Kiedy już wypełniłam formularze meldunkowe i dotyczące zatrudnienia, Iwan odprowadził mnie do wyjścia. – Jeśli będziesz czegoś potrzebowała, przyjdź do mnie. – Raz jeszcze potrząsnął moją dłonią. Wyszłam na słońce, ale on pociągnął mnie za ramię, wskazując szorstkim palcem mój policzek. – To tropikalny pasożyt – powiedział. – Idź natychmiast do szpitala. Powinni cię byli wyleczyć na statku. Twarz Iwana całkiem mnie zaskoczyła. Był młody, miał może dwadzieścia pięć, dwadzieścia sześć lat, i klasyczne rosyjskie rysy: szeroką szczękę, wystające kości policzkowe, głęboko osadzone błękitne oczy, jednak od jego czoła aż do kącika prawego nosa biegła blizna, wyglądająca jak ślad po przypaleniu. Przy samym oku rana źle się wygoiła i powieka Iwana była częściowo opuszczona. Zauważył moją minę i wycofał się tyłem w cień. Było mi głupio z powodu mojej reakcji, bo go polubiłam. – Idź. Tylko się pośpiesz – dodał. – Lekarz lada chwila powędruje na cały dzień na plażę. Szpital znajdował się obok sklepu i głównej drogi. Był to długi, drewniany, zadaszony budynek z okapami, w oknach brakowało szyb. Młoda Filipinka zaprowadziła mnie do lekarza. Łóżka na oddziale były puste, tylko na jednym leżała młoda kobieta ze śpiącym niemowlęciem przy piersi. Lekarz był Rosjaninem i jak dowiedziałam się później, ochotnikiem. Wraz z innymi członkami personelu medycznego wybudował szpital od podstaw. Lekarstwa wypraszali od IRO i rządu filipińskiego albo kupowali je na czarnym rynku. Usiadłam na niewygodnej ławeczce, podczas gdy lekarz przyjrzał się mojemu policzkowi, napinając go palcami. – Dobrze, że pani przyszła. – Umył ręce w misce wody przyniesionej przez pielęgniarkę. – Takie pasożyty mogą żyć latami i niszczyć tkankę. Zrobił dwa zastrzyki, jeden w szczękę, a drugi, bolesny, obok oka. Twarz mnie piekła, jakby ktoś wymierzył mi policzek. Doktor wręczył mi tubkę kremu z napisem „Próbka, nie na sprzedaż”. Ześliznęłam się z ławeczki i omal nie zemdlałam. – Proszę chwilę posiedzieć, zanim pani pójdzie – nakazał lekarz. Posłuchałam, ale gdy tylko opuściłam szpital, znowu zrobiło mi się niedobrze. Stałam na podwórzu dla pacjentów ambulatoryjnych, pełnym płóciennych krzeseł i ocienionym palmami. Podeszłam do jednego z krzeseł i opadłam na nie. Krew szumiała mi w uszach. – Co się stało tej dziewczynie? Idź sprawdzić – usłyszałam głos starej kobiety. Gorące słońce świeciło wśród liści, w oddali słyszałam szum oceanu. Po chwili coś zaszeleściło. – Mogę ci przynieść trochę wody? – zapytała nieznajoma. – Jest bardzo gorąco. Zamrugałam załzawionymi oczami, usiłując skupić uwagę na sylwetce na tle bezchmurnego nieba. – Nic mi nie jest – wyjaśniłam. – Dostałam zastrzyki i trochę mi po nich słabo. Młoda kobieta przykucnęła obok mnie. Kręcone brązowe włosy związała na głowie apaszką. – Nic jej nie jest, babciu! – wykrzyknęła. – Mam na imię Irina. – Uśmiechnęła się, ukazując białe zęby. Miała nieproporcjonalnie duże usta, ale wręcz promieniała. Światło biło od jej twarzy i oczu, rozświetlało oliwkową skórę. Kiedy się uśmiechała, była piękna. Przedstawiłam się. Starsza pani spoczywała na leżance pod drzewem, przeznaczonej dla o wiele większej osoby. Poinformowała mnie, że nazywa się Ruselina Leonidowna Lewicka. – Babcia nie czuje się najlepiej – powiedziała Irina. – Upał ją męczy. – A tobie co jest? – spytała mnie Ruselina. Miała siwe włosy, ale identyczne brązowe oczy jak jej wnuczka. Odgarnęłam włosy i pokazałam im policzek. – Biedactwo – westchnęła Irina. – Miałam coś podobnego na nodze, ale już zeszło. Uniosła spódnicę, żeby zademonstrować pulchne i zupełnie gładkie kolano. – Widziałaś plażę? – spytała Ruselina. – Nie, przypłynęłam dopiero wczoraj. – Jest piękna. – Przycisnęła ręce do twarzy. – Umiesz pływać? – Tak, ale pływałam tylko w basenie, nigdy w oceanie. – No to chodź. – Irina wyciągnęła rękę. – Zostaniesz namaszczona. W drodze na plażę zatrzymałyśmy się przy namiocie Iriny i Ruseliny. Dwa rzędy muszli znaczyły ścieżkę do wejścia. W środku karmazynowe prześcieradło udrapowane pod sufitem rzucało na wszystko ciepły różowy cień. Zdumiało mnie, ile ubrań zdołały tu pomieścić. Widziałam futrzane boa, kapelusze i spódnicę ozdobioną kawałkami potłuczonego lusterka. Irina rzuciła mi biały kostium kąpielowy. – To babci – stwierdziła. – Jest równie stylowa i szczupła jak ty. Sukienka lepiła mi się do rozgrzanej skóry. Przyjemnie było ją ściągnąć i poczuć na ciele powiew świeżego powietrza. Przeszył mnie dreszcz ulgi. Kostium pasował w biodrach, lecz mocno ściskał mi biust, przez co piersi wypływały górą, jakbym była w gorsecie. Zawstydziłam się, lecz po chwili wzruszyłam ramionami i postanowiłam się nie przejmować. Od czasów dzieciństwa nie wkładałam na siebie równie skąpego stroju. Teraz poczułam się wolna. Irina nałożyła czerwony kostium w zielono – srebrne wzory. Wyglądała jak egzotyczna papuga. – Co robiłaś w Szanghaju? – spytała. Powtórzyłam historię o guwernantce i zadałam jej identyczne pytanie. – Byłam śpiewaczką kabaretową. Babcia grała na pianinie. – Na widok mojego zdumienia lekko się zarumieniła. – Nic nadzwyczajnego – dodała. – Nie Moskwa – Szanghaj ani nic z taką klasą. Mniejsze lokale. Żeby się jakoś utrzymać, między występami szyłyśmy sukienki. To babcia zrobiła mi wszystkie kostiumy. Nie zauważyła, jak drgnęłam na wzmiankę o Moskwie – Szanghaju. To był szok. Czy naprawdę wierzyłam, że już nigdy nie będę musiała o tym myśleć? Zapewne setki ludzi na wyspie słyszało o klubie. Przecież był dumą Szanghaju. Miałam tylko nadzieję, że nikt mnie nie rozpozna. Siergiej, Dymitr i Michajłowowie nie byli typowymi Rosjanami, różnili się od osób takich jak ojciec, matka i ja, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Harbinie. Dziwnie się czułam między ludźmi mojego pokroju. Ścieżka na plażę biegła przez stromy wąwóz. Po jednej stronie drogi parkował jeep, a czterech filipińskich żandarmów kucało obok auta, paląc i opowiadając sobie dowcipy. Wyprostowali się na nasz widok. – Strzegą nas przed piratami – wyjaśniła Irina. – Lepiej uważajcie po swojej stronie obozu. Owinęłam się szczelnie ręcznikiem. Irina jednak minęła mężczyzn z ręcznikiem przerzuconym przez ramię, świadoma efektu, jaki jej kuszące ciało i rozkołysane biodra wywierają na żandarmach, ale wcale niezawstydzona. Plaża wyglądała jak marzenie. Piasek był biały niczym piana na falach, usiany orzechami kokosowymi oraz milionami drobnych muszelek. Oprócz nas w okolicy przebywała tylko para brązowych psów, śpiących pod palmą. Na nasz widok uniosły łby. Nie było fal, woda lśniła w południowym słońcu. Dotąd nigdy nie pływałam w oceanie, ale wbiegłam do niego bez wahania. Od razu poczułam rozkoszny dreszcz. Obok mnie przemykały ławice srebrzystych rybek. Odrzuciłam głowę i unosiłam się na kryształowym lustrze wody. Irina nurkowała i wynurzała się, strząsając z rzęs krople wody. Namaszczona. Tego słowa użyła. Tak się właśnie czułam. Miałam wrażenie, że pasożyt na moim policzku się kurczy, a słońce i sól działają jak środek odkażający na ranę. Zmywałam z siebie Szanghaj. Na łonie natury, na powrót stawałam się dziewczynką z Harbinu. – Znasz tu kogoś z Harbinu? – zapytałam Irinę. – Tak – odparła. – Babcia się tam urodziła. A co? – Chcę odnaleźć kogoś, kto znał moją matkę – wyjaśniłam. Irina i ja leżałyśmy na ręcznikach pod palmą, senne jak tamte dwa psy. – Moi rodzice zginęli w czasie bombardowania Szanghaju, kiedy miałam osiem lat – powiedziała. – Wtedy przyjechała babcia, żeby się mną zająć. Możliwe, że znały się z twoją mamą, chociaż babcia mieszkała w innej dzielnicy. Za nami rozległ się ryk motoru, zakłócając spokój. Pomyślałam o filipińskich żandarmach i podskoczyłam. To jednak był Iwan, machał do nas zza kierownicy jeepa. Najpierw uznałam, że samochód pomalowano w maskujące wzory, ale kiedy przyjrzałam się uważniej, ujrzałam, że to mech i rdza nadały mu ten wygląd. – Chcecie zobaczyć szczyt wyspy? – spytał. – Właściwie nie wolno mi tam nikogo zabierać. Słyszałem jednak o tamtejszych duchach i doszedłem do wniosku, że przydadzą mi się dwie dziewice do ochrony. – Zawsze opowiadasz takie dziwne rzeczy, Iwan – roześmiała się Irina, wstała i otrzepała piach z nóg. Przewiązała ręcznik w pasie i zanim zdążyłam się odezwać, wskoczyła do jeepa. – Chodź, Aniu. Przyłącz się do wycieczki. Za darmo. – Byłaś u lekarza? – spytał Iwan, kiedy wspięłam się do auta. Tym razem zachowałam ostrożność i nie wpatrywałam się zbyt uważnie w jego twarz. – Tak – odparłam. – Jestem zdumiona, że to tropikalny pasożyt. Przyczepił się do mnie tuż po wypłynięciu z Szanghaju. – Statek, którym tu przybyłaś, odbył niejedną podróż. Wielu z nas to złapało. Jednak dotąd nikt nie miał tego na twarzy. To niebezpieczne. Za blisko oczu. Piaszczysta plaża rozciągała się na ponad kilometr. Potem palmy kokosowe i krzaki nipy ustąpiły miejsca gigantycznym drzewom, które pochylały się nad nami niczym demony. Ich wykręcone pnie porastały winorośle i pasożytnicze rośliny. Minęliśmy wodospad; stara drewniana tabliczka ostrzegała: „Uwaga na węże przy zbiornikach wodnych”. Kilka minut później Iwan zatrzymał jeepa. Drogę zablokowała nam ciemna góra. Kiedy motor zgasł, zaniepokoiła mnie nienaturalna cisza. Ptaki milczały, nie słyszałam wiatru ani oceanu. Coś przyciągnęło moją uwagę: para oczu między skałami. Przyjrzałam się uważniej górze i w końcu dostrzegłam na niej płaskorzeźby świętych i drzewa papai. Przeszył mnie dreszcz. Widziałam kiedyś podobną budowlę w Szanghaju, ale ten hiszpański kościół był naprawdę stary. Z przekrzywionej wieży pozostały jedynie po – tłuczone kafelki, jednak reszta budynku była nietknięta. Drobne paprocie zapuściły korzenie w każdej szczelinie. Wyobraziłam sobie, jak trędowaci mieszkający na tej wyspie przed przybyciem Amerykanów wędrują wokół świątyni i zastanawiają się, czy Bóg ich opuścił tak samo jak ludzie, którzy przywieźli ich tu na śmierć. – Zostańcie w jeepie. Za nic stąd nie wychodźcie. – Iwan patrzył wprost na mnie. – Wszędzie są węże… i stare miny. Jeśli ja wylecę w powietrze, nic się nie stanie, ale wy jesteście za ładne. Wtedy zrozumiałam, dlaczego zabrał nas ze sobą, po co przyjechał po nas na plażę. Popisywał się. Zauważył moją reakcję w chacie i chciał mi udowodnić, że wcale nie wstydzi się oszpecenia. Cieszyło mnie, że tak postąpił, wręcz go podziwiałam. Ja byłam zupełnie inna. Ślad na moim policzku nie wyglądał tak źle jak blizna na jego twarzy, a jednak starałam się go ukryć. Odrzucił koc, pod nim zalśnił nóż myśliwski. Iwan wsunął go za pasek i zarzucił linę na ramię. Patrzyłam, jak znika w dżungli. – Szuka materiałów do budowy kina – wyjaśniła Irina. – Ryzykuje życie dla kina? – zdziwiłam się. – Ta wyspa to dom Iwana – odparła. – Powód do życia. – Rozumiem – mruknęłam i zapadła cisza. Czekałyśmy ponad godzinę, wypatrując w dżungli jakiegokolwiek ruchu. Morze obeschło na mojej skórze, czułam sól na wargach. Irina odwróciła się do mnie. – Słyszałam, że był piekarzem w Qingdao – odezwała się. – Podczas wojny Japończycy odkryli jakichś Rosjan wysyłających wiadomości radiowe na amerykański statek. Postanowili zemścić się na przypadkowych rosyjskich mieszkańcach miasta. Związali jego żonę i dwie maleńkie córeczki i podpalili sklep. Ta blizna pozostała mu po tym, jak usiłował je ratować. Przesiadłam się na tył jeepa i oparłam głowę na kolanach. – To straszne – westchnęłam. Nie miałam pojęcia, co dodać. Nikt z nas nie wyszedł z tej wojny nietknięty. Cierpienie, z którym budziłam się każdego ranka, było takim samym cierpieniem, jakie odczuwali otaczający mnie ludzie. Słońce wyspy ogrzewało mi kark. Przebywałam tu zaledwie jeden dzień, a już Tubabao odcisnęła na mnie swoje piętno. Miała magiczną siłę. Uzdrawiała i przerażała, potrafiła doprowadzić do szaleństwa albo uwolnić od bólu. Przez ostatnie tygodnie myślałam, że jestem całkiem sama. Cieszyłam się, że poznałam Irinę i Iwana. Skoro oni potrafili znaleźć powód, by żyć dalej, może i mnie się uda. Tydzień później siedziałam w biurze IRO, pisząc list na maszynie bez litery „y”. Nauczyłam się eliminować tę niedogodność, zastępując słowa z „y” tymi bez. „Wydarzenie” stało się „zdarzeniem”, „sympatyk” – „zwolennikiem”, a „wyrazy sympatii” zmieniły się w „z poważaniem”. Mój angielski szybko się poprawiał. Mimo to miałam problem z rosyjskimi imionami, tam często występowało „y”. Wobec tego pisałam „v” i mozolnie dorysowywałam kreseczkę ołówkiem. Moje biuro znajdowało się w blaszanym baraku bez jednej ściany, z dwoma biurkami i szafką na akta. Krzesło skrzypiało na betonowej podłodze za każdym razem, gdy się ruszałam, i trzeba było spinać dokumenty, żeby nie fruwały w wietrzyku znad oceanu. Pracowałam pięć godzin dziennie, dostawałam za to dolara i puszkę owoców na tydzień. Byłam jedną z niewielu osób, którym płacono, od większości uchodźców oczekiwano, że będą pracować za darmo. Pewnego popołudnia kapitana Connora zdenerwowała uparta mucha. Usiłował ją zabić, ale owad prześladował go ponad godzinę. W końcu mucha wylądowała na raporcie, który właśnie skończyłam, i rozwścieczony Connor zgniótł ją pięścią. Popatrzył na mnie ze skruchą. – Mam przepisać tę stronę? – zapytałam. Takie wypadki często się zdarzały w naszym biurze, jednak przepisanie całej strony bez błędów było żmudnym zajęciem, zwłaszcza że przed przybyciem na wyspę nie umiałam pisać na maszynie. – Nie, nie. – Kapitan podniósł kartkę i strzepnął z niej szczątki muchy. – Już prawie kończymy, zresztą wylądowała na końcu akapitu. Wygląda jak znak zapytania. Przykryłam szmatką klawiaturę i odstawiłam maszynę do pudła. Właśnie sięgałam po torebkę, by wyjść, gdy w progu stanęła Irina. – Aniu, zgadnij, co się stało? – wyrzuciła z siebie. – Będę w tym tygodniu śpiewała kabaretowe piosenki na głównej scenie. Przyjdziesz? – Jasne! – krzyknęłam. – Cudownie. – Babcia też się cieszy. Jest jednak zbyt słaba, żeby mi akompaniować, może przyprowadziłabyś ją i dotrzymała jej towarzystwa? – Dobrze – przytaknęłam. – Włożę na tę okazję najlepszą wieczorową suknię. – Babcia uwielbia się przebierać. – Oczy Iriny zabłysły. – Przez cały tydzień wysilała umysł, próbując przypomnieć sobie cokolwiek o twojej matce. Chyba znalazła, na wyspie kogoś, kto mógłby nam pomóc. Musiałam przygryźć wargę, bo drżała. Minęły cztery lata, odkąd po raz ostatni widziałam mamę. Kiedy nas rozdzielono, byłam małą dziewczynką. Po tym wszystkim, co przeszłam, wydawała mi się jedynie snem. Gdybym z kimś o niej porozmawiała, znowu stałaby się realna. W wieczór występu Iriny Ruselina i ja przedarłyśmy się przez paprocie na główny plac. Ostrożnie podnosiłyśmy nasze wieczorowe suknie, żeby się nie podarły w gęstym poszyciu. Włożyłam rubinową suknię i śliwkowy szal, który Michajłowowie podarowali mi na Gwiazdkę. Ruselina upięła siwe włosy na czubku głowy. Ta fryzura bardzo pasowała do sukni empire, starsza pani wyglądała teraz jak osoba ze świty cara. Choć była słaba i kurczowo wczepiła się w moje ramię, miała zaróżowione policzki i błyszczące oczy. – Rozmawiałam o twojej matce z ludźmi z Harbinu – powiedziała. – Jedna z moich dawnych przyjaciółek twierdzi, że znała Alinę Pawłowną Kozłową. Jest bardzo stara i czasem pamięć jej szwankuje, ale zaprowadzę cię do niej. Minęłyśmy drzewo pełne latających lisów, które wisiały na gałęziach niczym owoce. Gdy przechodziłyśmy, lisy odleciały, zmieniając się w czarne anioły machające skrzydłami na tle szafirowego nieba. Zatrzymałyśmy się, by podziwiać ich cichą podróż. Byłam bardzo poruszona informacjami Ruseliny. Choć domyślałam się, że słowa kobiety z Harbinu zapewne nie rzucą więcej światła na los mojej matki, znalezienie kogoś, kto ją znał, z kim mogłam o niej porozmawiać, było dla mnie bardzo istotne. Iwan powitał nas przed swoim barakiem. Na widok naszych strojów wbiegł do środka i wrócił ze stołkiem w jednej ręce i drewnianą skrzynką w drugiej, a także poduszkami pod pachą. – Nie mogę pozwolić, żeby takie eleganckie kobiety siedziały na trawie – oświadczył. Dotarliśmy do głównego placu, gdzie porządkowi z przylizanymi do tyłu włosami i w spłowiałych marynarkach rozsadzali ludzi. Na koncercie pojawił się chyba cały obóz. Ruselinę, Iwana i mnie skierowano do sektora dla VIP – ów nieopodal sceny. Widziałam, jak lekarze i pielęgniarki dźwigają ludzi na noszach. Kilka tygodni przed moim przybyciem wybuchła denga i ochotnicy nieśli pacjentów z namiotów dla rekonwalescentów do specjalnego sektora z napisem „szpital”. Przedstawienie rozpoczęło się od rozmaitych występów, między innymi czytania poezji, skeczy, minibaletu i popisów akrobatów. Po zmroku, gdy rozbłysły światła, na scenie pojawiła się Irina w czerwonej sukni do flamenco. Widownia wstała, oklaskując piosenkarkę. Dziewczynka z warkoczami i w krótkiej spódnicy usiadła na stołku przy pianinie, żeby jej akompaniować. Poczekała, aż widownia się uciszy, po czym położyła dłonie na klawiaturze. Nie miała więcej niż dziewięć lat, ale jej palce były jak zaczarowane. Smutna melodia przeszyła mrok. Głos Iriny doskonale z nią współgrał. Widownia była zauroczona, nawet dzieci zachowywały się grzecznie i cicho. Wydawało się, że wszyscy wstrzymujemy oddech, żeby nie zagłuszyć ani jednej nuty. Irina śpiewała o kobiecie, która utraciła kochanka na wojnie, ale jest szczęśliwa, gdy go wspomina. Słowa piosenki doprowadziły mnie do łez. Mówili mi, że nigdy nie wrócisz, ale im nie wierzyłam. Pociągi przyjeżdżały bez ciebie, jednak miałam rację. Dopóki widzę cię w swoim sercu, zostaniesz ze mną na zawsze. Przypomniałam sobie przyjaciółkę matki w Harbinie, śpiewaczkę operową o imieniu Katia. Na dźwięk jej głosu ludziom niemal pękało serce. Mówiła, że śpiewając, myśli o narzeczonym, który zaginął podczas rewolucji. Popatrzyłam na Irinę na scenie, na jej suknię podkreślającą złocisty odcień skóry. O czym myślała ta dziewczyna? O rodzicach, którzy już nigdy jej nie przytulą? Była sierotą. Podobnie jak ja, w pewnym sensie. Potem Irina zaśpiewała kabaretowe piosenki po francusku i rosyjsku, a widownia klaskała. Jednak to ten pierwszy utwór poruszył mnie najbardziej. – Dawanie innym nadziei, jakie to wspaniałe – mruknęłam do siebie. – Znajdziesz ją – odezwała się Ruselina. Odwróciłam się do niej, niepewna, co miała na myśli. – Znajdziesz swoją matkę, Aniu. – Uścisnęła moje ramię. – Zobaczysz, że ją znajdziesz. Tydzień później Ruselina i ja szłyśmy piaszczystą ścieżką do namiotu jej przyjaciółki w dziewiątym okręgu. Po koncercie Iriny stan zdrowia Ruseliny uległ pogorszeniu, więc poruszałyśmy się bardzo powoli. Starsza pani przywarła do mojego ramienia i podpierała się laską kupioną za dolara od sprzedawcy na plaży. Wysiłek spłycił jej oddech, zgarbiła się i ciężko oddychała. Mimo jej oczywistej słabości czułam, że tego popołudnia to ona jest dla mnie oparciem. – Opowiedz mi coś o swojej przyjaciółce – poprosiłam. – Skąd znała moją matkę? Ruselina przystanęła i rękawem otarła pot z czoła. – Nazywa się Raisa Edwardowna – powiedziała. – Ma dziewięćdziesiąt pięć lat i spędziła w Harbinie większość małżeńskiego życia, na Tubabao wywieźli ją syn i synowa. Chyba spotkała twoją matkę tylko raz, ale ta znajomość wywarła na niej wrażenie. – Kiedy wyjechała z Harbinu? – Po wojnie. W tym samym czasie co ty. Serce ścisnęło mi się z tęsknoty. Wymuszone przez Siergieja milczenie w kwestii mojej matki raniło mnie, choć miał dobre intencje. Czytałam kiedyś, że niektóre plemiona w Afryce radzą sobie ze smutkiem, nigdy nie wspominając tych, którzy opuszczali plemię lub umierali. Zastanawiałam się, jak mogą tak postępować. Kochać kogoś znaczyło zawsze o nim myśleć, niezależnie od miejsca pobytu tej osoby. Niemożność mówienia o matce sprawiła, że stała się ona dla mnie mityczną, odległą istotą. Co najmniej kilka razy dziennie usiłowałam przypomnieć sobie jej zapach, ton głosu, różnicę wzrostu między nami. Bałam się, że jeśli zapomnę choć jeden z tych szczegółów, zacznę zapominać i ją. Skręciłyśmy w porośniętą bananowcami dróżkę, prowadzącą do dziesięcioosobowego namiotu. Kiedy otworzyłyśmy furtkę w słomianym płocie, poczułam obecność matki, zupełnie jakby przyciągała mnie do siebie. Pragnęła, żebym ją pamiętała. Ruselina wiele razy odwiedzała swoją przyjaciółkę, ja znalazłam się tu po raz pierwszy. Ten namiot był „dworem” na wyspie Tubabao. Obszerną markizę dodatkowo powiększono o aneks z plecionych liści palmowych, który pełnił rolę kuchni i jadalni. Przystrzyżony trawnik sięgał ganku, graniczącego z rzędem hibiskusów. W rogu podwórza rosły tropikalne warzywa, obok cztery kurczaki dziobały jakieś resztki. Pomogłam Ruselinie wejść na ganek i uśmiechnęłyśmy się do siebie na widok rzędu butów, ustawionych według rozmiarów. Największe były męskie traperki, najmniejsze niemowlęce buciki. Ktoś w namiocie hałasował. Ruselina krzyknęła na powitanie, a kurczaki zaczęły trzepotać skrzydłami i piszczeć. Dwa z nich poderwały się do lotu i przycupnęły na dachu aneksu. Słyszałam, że kurczaki, które tutejsi mieszkańcy kupowali od Filipińczyków, potrafią całkiem wysoko latać. Podobno ich jaja smakowały jak ryby. Klapa namiotu uniosła się i ujrzałam trzy złotowłose dziewczynki. Najmłodsza dopiero uczyła się chodzić, najstarsza miała około czterech lat. Kiedy się uśmiechnęła, z powodu dołeczków w policzkach wyglądała jak Kupidyn. – Różowe włosy. – Chichocząc, pokazała na mnie palcem. Jej ciekawość mnie rozbawiła, także się roześmiałam. W namiocie synowa i wnuczka Raisy pochylały się nad deskami. Obie miały młotek i gwoździe w dłoniach. – Witajcie – odezwała się Ruselina. Zarumienione od wysiłku kobiety uniosły wzrok. Wcisnęły spódnice w bieliznę, robiąc z nich coś w rodzaju szortów. Starsza z nich się zaśmiała. – Witajcie. – Wstała, żeby się z nami przywitać. – Wybaczcie nam, budujemy podłogę. Była pulchna, miała zadarty nos i brązowe pofalowane włosy, które opadały jej na ramiona. Pewnie przekroczyła pięćdziesiątkę, ale jej twarz wydawała się gładka jak u dziewiętnastolatki. Wyciągnęłam puszki z łososiem, które przyniosłyśmy w prezencie. – Mój Boże! – Wzięła je ode mnie. – Będę musiała zrobić placek z łososiem, a wy przyjdziecie go skosztować. Kobieta miała na imię Maria, a jej jasnowłosa córka – Natasza. – Mój mąż i zięć wyszli nałapać ryb na kolację – wyjaśniła. – Matka odpoczywa. Ucieszy się na wasz widok. Zza zasłony odezwał się kobiecy głos. Maria odsunęła materiał, ujrzałam staruszkę leżącą na łóżku. – Dobrze, że jesteś prawie głucha, mamo. – Maria ucałowała kobietę w czoło. – Inaczej nie mogłabyś spać od tego łomotu. Maria pomogła teściowej usiąść, a następnie ustawiła krzesła po obu stronach łóżka. – Usiądźcie – zachęciła nas. – Już jest przytomna i gotowa do rozmowy. Zajęłam miejsce u boku Raisy. Była starsza od Ruseliny, pod wysuszoną skórą widziałam błękitne żyły. Miała niesprawne nogi, a palce u stóp całkowicie powykręcane przez artretyzm. Pochyliłam się, by ucałować ją w policzek, a ona chwyciła moją dłoń z siłą, jakiej nie oczekiwałam u tak kruchej istoty. Nie rozczulałam się nad nią, tak jak czasem nad Ruseliną. Raisa była zniedołężniała i pomyślałam, że wkrótce pewnie umrze, ale i tak zazdrościłam tej starej kobiecie otoczonej szczęśliwą, liczną rodziną. Niewiele mogła żałować w życiu. – Kim jest ta piękna dziewczyna? – spytała, wciąż ściskając moją rękę i odwracając głowę ku Marii. Synowa pochyliła się i powiedziała wprost do ucha staruszki: – To przyjaciółka Ruseliny. Raisa zerknęła na nasze twarze, szukając wzrokiem Ruseliny. Rozpoznała ją i uśmiechnęła się bezzębnymi ustami. – Och, Ruselino, słyszałam, że nie czujesz się najlepiej. – Już wydobrzałam, droga przyjaciółko – odparła Ruselina. – To Anna Wiktorowna Kozłowa. – Kozłowa? – Raisa popatrzyła na mnie. – Tak, córka Aliny Pawłownej. Kobiety, którą chyba poznałaś – wyjaśniła Ruselina. Raisa umilkła, zajęta swoimi myślami. W namiocie było gorąco, choć Maria podwinęła zasłony klapy z tyłu i w bocznych okienkach. Usiadłam na brzegu krzesła, żeby nogi nie przylepiły mi się do drewna. Na brodzie Raisy zebrała się strużka śliny, Natasza wytarła ją delikatnie rąbkiem fartucha. Pomyślałam, że starsza pani zapadła w sen, lecz nagle się wyprostowała i spojrzała na mnie. – Spotkałam twoją matkę tylko raz – powiedziała. – Pamiętam ją dobrze, przyciągała uwagę. Tamtego dnia wszyscy byli nią oczarowani. Była smukła i miała piękne oczy. Nogi ugięły się pode mną. Myślałam, że zemdleję na wzmiankę o swoim długo skrywanym sekrecie, o matce. Złapałam za skraj łóżka, nieświadoma obecności innych osób. Zniknęły z moich myśli, gdy tylko Raisa zaczęła mówić. Widziałam tylko staruszkę i czekałam na każde niewyraźne słowo. – Było to bardzo dawno temu – westchnęła Raisa. – Na letnim przyjęciu w mieście. Zapewne w 1929 roku. Pojawiła się razem z rodzicami i miała na sobie elegancką liliową suknię. Uznałam, że jest bardzo opanowana, i od razu ją polubiłam, bo interesowała się tym, co mają do powiedzenia inni ludzie. Była znakomitą słuchaczką. – To musiało być przed ślubem z moim ojcem – wtrąciłam. – Cudownie, że przypomniała sobie pani tak dawne czasy. – Już wtedy uważałam się za wiekową osobę. – Raisa uśmiechnęła się do mnie. – Teraz jednak jestem znacznie starsza. Mogę myśleć jedynie o swojej przeszłości. – Czy widziała ją pani tylko przy tamtej okazji? – Tak. Potem nigdy jej już nie spotkałam. Niewielu nas było w Harbinie, nie wszyscy obracaliśmy się w tych samych kręgach. Słyszałam jednak, że poślubiła kulturalnego mężczyznę i zamieszkali w ładnym domu na rogatkach miasta. Raisa zsunęła się na poduszki, jakby z niej uszło powietrze. Najwyraźniej te wspomnienia ją wyczerpywały. Maria nabrała wody z miski i przytknęła szklankę do ust teściowej. Natasza przeprosiła nas i poszła do dzieci. Słyszałam okrzyki dziewczynek bawiących się na podwórzu i piski kurczaków. Nagle twarz Raisy się wykrzywiła. Staruszka zaczęła płakać. – Byliśmy głupcami, zostając tam w czasie wojny. Bystrzejsi wyjechali do Szanghaju przed przybyciem Sowietów – powiedziała. Miała chrypliwy, stężały od bólu głos. Ruselina usiłowała ją pocieszyć, ale Raisa odsunęła się od niej. – Słyszałam, że Sowieci zabrali twoją matkę. – Raisa uniosła nakrapianą dłoń do czoła. – Nie wiem jednak, dokąd pojechała. Może to lepiej. Robili straszne rzeczy tym, którzy zostali. – Odpocznij, mamo – odezwała się Maria, ponownie przytykając szklankę z wodą do warg staruszki, ale Raisa odepchnęła jej rękę. Drżała mimo upału, więc przykryłam ją szalem. Bałam się, że jej kruche ramiona rozpadną się w moich dłoniach. – Jest zmęczona, Aniu – szepnęła Ruselina. – Może powie więcej innego dnia. Wstałam, żeby wyjść. Moje serce rozdzierały wyrzuty sumienia. Pragnęłam oszczędzić cierpień Raisie, ale też nie chciałam wychodzić, nie dowiedziawszy się wcześniej wszystkiego o swojej matce. – Przykro mi – powiedziała Maria. – Czasem myśli jaśniej niż zwykle. Dam wam znać, jeśli powie coś jeszcze. Podniosłam laskę Ruseliny i nadstawiłam ramię, kiedy Raisa mnie zawołała. Uniosła się na łokciach. Jej oczy były obwiedzione czerwonymi obwódkami i rozgorączkowane. – Twoja matka miała sąsiadów, Borysa i Olgę Pomerancewów, prawda? – spytała. – Postanowili zostać w Harbinie po wejściu Sowietów. – Tak – odparłam. Raisa z powrotem opadła na poduszki i nakryła twarz rękami. Z jej gardła wydobył się cichy skowyt. – Sowieci zabrali wszystkich młodych, których mogli zmusić do pracy – powiedziała, częściowo do mnie, częściowo do siebie. – Słyszałam, że zabrali Pomerancewa, bo nadal był silny, mimo swojego wieku, ale zastrzelili jego żonę. Chorowała na serce. Wiedziałaś o tym? Nie pamiętam, jak wróciłam do namiotu Ruseliny. Maria i Natasza musiały nam pomóc, bo nie wyobrażam sobie, żeby Ruselina zdołała prowadzić mnie przez całą drogę. Byłam w szoku, przed oczami miałam tylko Tanga. Los Borysa i Olgi zależał od niego. Pamiętam, jak opadłam na łóżko Iriny i wcisnęłam twarz w poduszkę. Marzyłam o śnie, o nieświadomości, o odpoczynku od koszmarnego bólu, który mnie rozrywał. Ukojenie jednak nie nadeszło. Moje spuchnięte powieki nie chciały się zamknąć. Serce dudniło mi w piersi niczym tłok. Ruselina usiadła obok i pogłaskała mnie po plecach. – Nie tak to sobie wyobrażałam – powiedziała. – Myślałam, że cię uszczęśliwię. Popatrzyłam na jej wymizerowaną twarz. Miała cienie pod oczami i sine usta. Byłam na siebie wściekła za to, że przysparzam jej trosk. Im bardziej jednak usiłowałam się uspokoić, tym większy czułam ból. – Głupio uwierzyłam, że nie stanie się im nic złego – westchnęłam. Przypomniałam sobie wystraszony wzrok Olgi i łzy na policzkach jej męża. – Wiedzieli, że zginą za udzielenie mi pomocy. – Aniu, miałaś trzynaście lat – zauważyła Ruselina. – Starzy ludzie wiedzą, że muszą dokonać w życiu pewnych wyborów. Gdyby chodziło o ciebie albo Irinę, postąpiłabym tak samo. Oparłam głowę na jej ramieniu i ze zdumieniem odkryłam, że jest mocniejsze, niż się spodziewałam. Najwyraźniej moja słabość dodała jej sił. Ruselina pogłaskała mnie po głowie i objęła, jakbym była jej dzieckiem. – Sama straciłam rodziców, brata, dziecko tuż po narodzinach, syna i synową. Umrzeć ze starości to jedno, zginąć za młodu to coś zupełnie innego. Twoi przyjaciele pragnęli, żebyś żyła – powiedziała. Uściskałam ją mocniej. Chciałam powiedzieć Ruselinie, że ją kocham, ale słowa uwięzły mi w gardle. – Ich ofiara to dar dla ciebie. – Pocałowała mnie w czoło. – Uszanuj go i żyj odważnie. Nie mogliby cię prosić o więcej. – Chcę im podziękować. – Zrób to – odparła. – Nic mi się nie stanie do powrotu Iriny. Idź i zrób coś w dowód szacunku dla swoich przyjaciół. Powlokłam się ścieżką na plażę, niemal oślepiona łzami. Jednak cykanie świerszczy i świergot ptaków w krzewach mnie uspokoiły. W ich muzyce usłyszałam radosny głos Olgi. Mówiła mi, żebym przestała się trapić, że nic nie czuła i że wcale nie bała się bólu. Bezlitosne słońce złagodniało, promienie między drzewami pieściły mnie swoim dotykiem. Marzyłam, by przytulić twarz do ubrudzonego mąką brzucha Olgi i powiedzieć jej, ile dla mnie znaczyła. Kiedy dotarłam do plaży, morze było szare i ponure. Nad moją głową krzyczało stadko mew. Ostatnie promienie słońca wypalały lśniącą linię pośrodku oceanu, w powietrzu unosiła się mgła. Opadłam na kolana i wzniosłam z piasku kopczyk sięgający mi do piersi, a potem otoczyłam go muszlami. Zęby mi szczękały, gdy wyobrażałam sobie, jak wywlekają z kuchni Olgę, by następnie ją zabić. Czy krzyczała? Nie mogłam myśleć o niej, nie pamiętając jednocześnie o Borysie. Byli jak łabędzie, połączeni na całe życie. Nie przeżyłby bez niej ani jednego dnia. Czy kazali mu na to patrzeć? Moje łzy wsiąkały w piach jak krople deszczu. Zbudowałam drugi kopczyk i połączyłam oba pomostem z piasku. Strzegłam pomnika, nasłuchując huku fal, aż słońce zanurzyło się w oceanie. Kiedy pomarańczowe cienie znikły i niebo pociemniało, trzykrotnie wypowiedziałam imiona Borysa i Olgi, by wiedzieli, że o nich pamiętam. Po powrocie ujrzałam, że Iwan czeka na mnie pod lampą na drodze do mojego namiotu. Trzymał w rękach koszyk przykryty kraciastą szmatką. Kiedy do niego podeszłam, uniósł ściereczkę i pokazał mi porcję świeżych pierników. Miodowo – imbirowy aromat mieszał się z zapachem świeżej morskiej bryzy i palmowych liści. Ciastka wydawały się nie na miejscu na tej tropikalnej wyspie. Nie miałam pojęcia, skąd Iwan zdobył składniki i jak upiekł ciastka. – Z najlepszymi życzeniami dla ciebie – powiedział i wyciągnął ku mnie koszyk. Usiłowałam się uśmiechnąć, ale nie mogłam. – Nie najlepsze ze mnie teraz towarzystwo, Iwan – odparłam. – Wiem. Przyniosłem pierniki Ruselinie, powiedziała mi, co się stało. Przygryzłam wargę. Tak bardzo płakałam na plaży, sądziłam, że nie mam już łez. Mimo to ciężka kropla spłynęła mi po twarzy. – Nad laguną jest półka skalna – rzekł Iwan. – Siadam na niej, kiedy jest mi smutno, potem czuję się lepiej. Zabiorę cię tam. Stopą rysowałam linie na piasku. Odnosił się do mnie życzliwie, wzruszało mnie jego współczucie, nie byłam jednak pewna, czy wolę zostać sama, czy też w jego towarzystwie. – Pod warunkiem, że nie będziemy rozmawiać – stwierdziłam w końcu. – Nie mam ochoty na pogawędki. – Nie będziemy – obiecał. – Posiedzimy sobie. Podążyłam za Iwanem po piaszczystej ścieżce do odsłoniętej skały. Pokazały się gwiazdy, ich odbicia w wodzie przypominały rozmazane kwiaty. Ocean miał głęboki odcień fioletu. Usiedliśmy na półce skalnej, zabezpieczonej z obu stron dużymi głazami. Skała wciąż była ciepła od słońca. Oparłam się o nią, nasłuchując odgłosów fal wirujących i ściekających przez szczeliny pod nami. Iwan podał mi koszyk z piernikami. Wzięłam ciastko, choć nie byłam głodna. Słodycz rozlała mi się w ustach i przywiodła na myśl Gwiazdkę w Harbinie: adwentowy kalendarz matki na kominku, chłód szyby na moim policzku, za oknem ojciec zbierający drewno, i płatki śniegu na butach. Nie mogłam uwierzyć, że tak daleko odeszłam od bezpiecznego świata dzieciństwa. Zgodnie z obietnicą Iwan nie usiłował nawiązać ze mną rozmowy. Na początku dziwnie się czułam, siedząc z kimś, kogo niezbyt dobrze znałam, i milcząc. Zwykle ludzie zadają sobie proste pytania, by się lepiej poznać, ale w naszym wypadku każdy temat był zbyt bolesny. Nie mogłam spytać Iwana o wypieki, ani on nie mógł mnie o Szanghaj. Żadne z nas nie mogło poruszyć tematu małżeństwa. Nawet niewinna uwaga dotycząca oceanu niosła z sobą niebezpieczeństwo. Galina opowiadała mi, jak piękne są plaże Qingdao w porównaniu do tutejszych. Jak jednak miałam pytać o Qingdao, nie przypominając jednocześnie Iwanowi, ile tam utracił? Oparłam brodę na pięściach i wdychałam słony zapach oceanu. Ludziom takim jak Iwan i ja, ludziom wciąż ponoszącym konsekwencje wojny, łatwiej było nie zadawać pytań, niż ryzykować wkroczenie na niebezpieczny teren wspomnień o drugiej osobie. Podrapałam się po policzku. Pasożyt już zdechł, zostawił płaski, cętkowany kawałek skóry. Na Tubabao było niewiele luster i niewiele czasu na próżność, jednak gdy zerkałam na swoje odbicie w puszce albo w wodzie, czułam się zaszokowana swoim wyglądem. Nie przypominałam już siebie. Ta blizna była niczym piętno Dymitra, pęknięcie na wazonie, które bezustannie każe pamiętać właścicielowi, że nie uchronił swojej własności przed upadkiem. Gdy widziałam bliznę, wspomnienie zdrady Dymitra przeszywało mnie na wskroś. Usiłowałam nie myśleć o nim ani o Amelii w Ameryce, o ich luksusowym życiu, eleganckich samochodach, pięknych rezydencjach. Zapatrzyłam się na niebo i odnalazłam niewielką, lecz piękną konstelację, którą Ruselina pokazała mi kilka nocy wcześniej. Pomodliłam się do niej i wyobraziłam sobie, że są tam Borys i Olga. Na myśl o nich znowu poczułam łzy pod powiekami. Iwan siedział przygarbiony, z rękami na kolanach, pogrążony we własnych myślach. – To Krzyż Południa – odezwałam się. – Żeglarze na południowej półkuli posługiwali się nim przy wyznaczaniu kierunku. Iwan popatrzył na mnie. – Jednak mówisz – zauważył. Oblałam się rumieńcem, choć przecież nie musiałam czuć zakłopotania. – Nie wolno mi? – Wolno, ale twierdziłaś, że nie chcesz. – To było godzinę temu. – Podobało mi się to milczenie – stwierdził. – Myślałem, że dzięki temu lepiej cię poznam. Mimo ciemności z pewnością dostrzegł mój uśmiech. Znowu popatrzyłam na gwiazdy. Dlaczego przy tym dziwnym mężczyźnie czułam się taka odważna? Nigdy nie pomyślałam, że bez problemu będę siedziała z kimś przez tak długi czas i nic nie będę mówiła. Iwan miał silną osobowość. Przypominał skałę, która nigdy nie popęka. On także musiał cierpieć, ale strata dała mu siłę. Ja z kolei myślałam, że jeśli stracę coś jeszcze, po prostu zwariuję. – Tylko żartowałem. – Znowu podsunął mi koszyk. – Co chciałaś mi powiedzieć? – Och nic – odparłam. – Masz rację. Dobrze jest posiedzieć w ciszy. Znowu umilkliśmy i czułam się równie swobodnie jak wcześniej. Fale się uspokoiły, światła w obozie powoli gasły. Zerknęłam na Iwana. Oparty o skałę, spoglądał ku niebu. Zastanawiałam się, o czym myśli. Ruselina powiedziała, że najlepszym sposobem na uszanowanie Pomerancewów będzie odważne życie. Czekałam na matkę, ale nie powróciła do mnie, nie dowiedziałam się o niej niczego nowego. Nie byłam już jednak małą dziewczynką, zależną od kaprysów innych. Na tyle dorosłam, by sama poszukać matki. Mimo tęsknoty bałam się jednak odkrycia, że może torturowano ją i w końcu zabito. Zacisnęłam powieki i wypowiedziałam życzenie pod adresem Krzyża Południa, błagając Borysa i Olgę o pomoc. Postanowiłam użyć swojej odwagi, by odnaleźć matkę. – Jestem gotowa do powrotu – oświadczyłam. Iwan skinął głową i wstał, wyciągając rękę, żeby mi pomóc. Ujęłam jego palce, on zaś złapał mnie z taką siłą, jakby czytał w moich myślach i usiłował mnie wesprzeć. – Jak mam się zabrać do znalezienia kogoś w radzieckim obozie pracy? – spytałam kapitana Connora następnego ranka w pracy. Siedział przy swoim biurku i jadł jajko sadzone z bekonem. Żółtko rozlało mu się po talerzu, więc zamoczył w nim kromkę chleba. – To bardzo trudne – odparł. – W Rosji jest patowa sytuacja. Stalin to szaleniec. – Zerknął na mnie. Był dobrze wychowanym człowiekiem i nie zadawał żadnych pytań. – Radziłbym ci skontaktować się z Czerwonym Krzyżem, już w kraju osiedlenia. Często udaje im się odnaleźć zaginione osoby i połączyć rodzinę. Kraj zamieszkania: ten problem zaprzątał myśli nam wszystkim. Dokąd mieliśmy trafić? IRO i przywódcy społeczności pisali do wielu krajów, błagając, by nas wpuściły, lecz nie otrzymywali odpowiedzi. Tubabao obfitowało w roślinność i owoce, z pewnością mogliśmy tu znaleźć wytchnienie, ale przyszłość była niepewna. Nawet na tropikalnej wyspie nie opuszczały nas problemy. Już zdarzyły się trzy próby samobójcze, jedna udana. Ile jeszcze mogliśmy czekać? Dopiero kiedy Organizacja Narodów Zjednoczonych wydała odpowiednie rozporządzenie, pojawiły się zaproszenia. Kapitan Connor i inni urzędnicy spotkali się w biurze – ustawili krzesła w kręgu, włożyli okulary i zapalili papierosy, po czym zaczęli dyskutować o możliwościach. Stany Zjednoczone przyjmowały jedynie tych, których poręczyciele już tam mieszkali. Australię interesowali młodzi ludzie, pod warunkiem że podpiszą dwuletnią umowę na pracę oferowaną przez rząd; Francja proponowała szpitalne łóżka starym i chorym, by dokonali tam żywota albo wyzdrowieli i wynieśli się gdzieś indziej; Argentyna, Chile i Santo Domingo wpuszczały wszystkich bez zastrzeżeń. Usiadłam przy maszynie do pisania i wpatrywałam się w czystą kartkę, całkiem sparaliżowana. Nie miałam pojęcia, dokąd pojadę ani co się ze mną stanie. Nie potrafiłam wyobrazić sobie życia poza Chinami. Zrozumiałam, że od przybycia na Tubabao żywiłam skrytą nadzieję na powrót do domu. Czekałam, aż urzędnicy wyjdą, zanim zapytałam kapitana Connora, czy jego zdaniem pewnego dnia popłyniemy do Chin. Popatrzył na mnie tak, jakbym go zapytała, czy jego zdaniem pewnego dnia wyrosną nam wszystkim skrzydła i zamienimy się w ptaki. – Aniu, dla was nie ma już Chin – odparł. Kilka dni później otrzymałam list od Dana Richardsa, który nalegał, abym przyjechała do Ameryki za jego poświadczeniem. „Nie jedź do Australii – napisał. – Tam każą intelektualistom układać tory kolejowe. Południowa Ameryka odpada. Nie możesz też zaufać Europejczykom. Nie zapominaj masakry kozaków pod Lienzem”. Irina i Ruselina były przygnębione. Chciały jechać do Stanów Zjednoczonych, ale nie miały pieniędzy ani poręczycieli. Bolało mnie serce za każdym razem, kiedy widziałam, jak pilnie nasłuchują, gdy ktoś wspomina nocne kluby i kabarety w Nowym Jorku. Przyjęłam propozycję Dana i zapytałam go w liście, czy mógłby w jakiś sposób pomóc moim przyjaciółkom. Pewnego wieczoru Ruselina, Irina i ja grałyśmy w ich namiocie w chińskie warcaby. Przez cały dzień było pochmurno, wilgotność tak dała się nam we znaki, że musiałyśmy wezwać pielęgniarkę. Przyszła rozmasować plecy Ruselinie, która miała trudności z oddychaniem. Nastała sucha pora, czyli na wyspie padało tylko raz dziennie. Przemakałyśmy do suchej nitki. Nawet przy lekkich opadach w namiotach kryły się rozmaite stworzenia z dżungli. Z walizki Galiny dwukrotnie wyskoczył szczur, nasz namiot pełen był pająków i przezroczystych jaszczurek, które z upodobaniem składały jaja w naszej bieliźnie i butach. Kobieta z drugiego okręgu obudziła się pewnego ranka i znalazła na swoim brzuchu brązowego węża. Skrył się tam w poszukiwaniu ciepła i musiała leżeć nieruchomo przez wiele godzin, zanim zdecydował się odejść. Jeszcze nie nadeszła pora tropikalnych burz, ale tego dnia czaiło się na niebie coś groźnego. Ruselina, Irina i ja patrzyłyśmy na dziwne kształty chmur. Najpierw, w miejscach, gdzie przeświecało słońce, pojawiło się chochlikowate stworzenie o płonących oczach; potem pyzaty mężczyzna o złośliwych ustach i strzelistych brwiach, a na końcu smoczy kształt, który płynął po niebie. Później, po południu, zerwał się silny wiatr, przewracając talerze i zrywając sznury do bielizny. – To mi się nie podoba – stwierdziła Ruselina. – Zanosi się na coś niedobrego. Wkrótce lunął deszcz. Czekałyśmy, aż przestanie padać, jak zazwyczaj po mniej więcej trzydziestu minutach. Jednak nie ustawał, wręcz się wzmagał. Patrzyłyśmy, jak wylewa się z rowów, zmywając błoto i wszystko, co stało mu na drodze. Kiedy zaczęło zalewać namiot, Irina i ja wybiegłyśmy i przy pomocy sąsiadów pogłębiłyśmy rowy i fosy odprowadzające wodę z namiotów. Deszcz chłostał nam skórę jak piasek, mocno ją czerwieniąc. Namioty bez solidnego wspornika zapadały się w ulewie, a ich mieszkańcy musieli walczyć z wiatrem podczas stawiania ich na nowo. Przed zapadnięciem zmroku wysiadła elektryczność. – Nie idź do domu – powiedziała Irina. – Zostań dziś na noc. Bez wahania przyjęłam zaproszenie. Drogę do mojego namiotu otaczały palmy kokosowe i gdy wiatr się wzmagał, dziesiątki twardych jak skała orzechów spadało na ziemię. Bałam się, że któryś wyląduje na mojej głowie i biegając tamtędy, zawsze osłaniałam ją dłońmi. Dziewczyny z mojego namiotu śmieszyło to paranoidalne zachowanie, aż pewnego dnia orzech spadł Ludmile na stopę i przez miesiąc musiała nosić gips. Rozpaliłyśmy lampę gazową i dalej grałyśmy w warcaby, ale o dziewiątej wieczorem nie mogłyśmy dłużej ignorować głodu. – Przyniosę coś – stwierdziła Irina, grzebiąc w koszyku na szafie. Wyciągnęła paczkę herbatników i postawiła na stole talerzyk. Gdy otworzyła paczkę, z okruszków wypadła jaszczurka, a za nią tuzin jej ruchliwych dzieci. – Fu! – wrzasnęła Irina i rzuciła paczkę na podłogę. Jaszczurki rozbiegły się po całym namiocie, a Ruselina tak się śmiała, że zaczęła rzęzić. Nagle zawyła obozowa syrena i zamarłyśmy. Znowu zawyła. Jeden sygnał oznaczał południe i osiemnastą, dwa spotkanie przywódców okręgów. Syrena zawyła ponownie. Po trzech sygnałach następowało zebranie wszystkich na placu. Popatrzyłyśmy na siebie. Chyba nie oczekiwali, że stawimy się w taką pogodę? Syrena znowu się odezwała. Cztery sygnały oznaczały pożar. Irina przykucnęła za łóżkiem, gorączkowo szukając sandałów. Ruselina ze stoickim spokojem siedziała na krześle. Piąty sygnał przyprawił mnie o zimny dreszcz. Irina i ja odwróciłyśmy się do siebie z niedowierzaniem. Ostatni sygnał był ponury i złowróżbny. Dotąd nigdy się jeszcze nie rozległ. Oznaczał nadejście tajfunu. Wyczuwałyśmy, że wokół wybuchła panika, zewsząd dobiegały nas głośne okrzyki. Po chwili w naszym namiocie pojawił się przedstawiciel okręgu. Miał przemoczone ubranie, lepiło się do niego niczym druga skóra. Rzucił nam liny. – Co mamy z nimi zrobić? – spytała Irina. – Cztery są po to, żebyście powiązały rzeczy w namiocie, pozostałe dla was, przyjdźcie za pięć minut na plac. Będziecie musiały przywiązać się do drzew. – Chyba żartujesz – mruknęła Ruselina. Mężczyzna zadrżał, a w jego oczach pojawiło się przerażenie. – Nie wiem, ilu z nas przeżyje. Baza wojskowa zbyt późno otrzymała ostrzeżenie. Obawiają się, że morze zaleje wyspę. Dołączyłyśmy do tłumu ludzi przedzierających się przez dżunglę na główny plac. Wiatr był tak silny, że musieliśmy zagrzebywać stopy w piaszczystej glebie, żeby z nim walczyć. Jakaś kobieta nieopodal osunęła się na kolana, krzycząc ze strachu. Pobiegłam ku niej, zostawiwszy Ruselinę pod opieką Iriny. – Wstawaj. – Pociągnęłam kobietę za ramię. Płaszcz nieznajomej się rozchylił, ujrzałam dziecko przywiązane do jej piersi. Było maleńkie, miało zamknięte oczy i nie więcej niż kilka godzin. Serce mi się ścisnęło na widok tej bezbronnej istoty. – Wszystko będzie dobrze – powiedziałam pewnie do kobiety. – Pomogę ci. Była zbyt przerażona, by myśleć. Przywarła do mnie, uniemożliwiając mi marsz. Gniewny wiatr próbował nas pokonać. – Weź moje dziecko – błagała. – Zostaw mnie. Powiedziałam jej, że wszystko będzie dobrze. Przypomniałam sobie chwile, w których sądziłam, że wszystko będzie dobrze, i znienawidziłam samą siebie. Myślałam, że ponownie spotkam się z matką, byłam przekonana, że moje małżeństwo okaże się szczęśliwe, zaufałam Dymitrowi, pobiegłam do Raisy w nadziei na krzepiące opowieści o matce. Dotąd nigdy nie widziałam tajfunu. Jakie miałam prawo mówić komukolwiek, że wszystko będzie dobrze? Na placu ochotnicy przycupnięci na pniakach trzymali reflektory, żeby ludzie nie wpadali na sznury i worki z zapasami. Kapitan Connor stał na skale i wykrzykiwał polecenia przez megafon. Zarządcy okręgów i policja dzielili ludzi na grupy. Małe dzieci odbierano rodzicom i kierowano do dużej chłodni w głównej kuchni. Miała się nimi zająć polska pielęgniarka. – Proszę, weź i je – powiedziałam do niej, popychając kobietę z noworodkiem. – Właśnie urodziła. – Zabierzcie ją do szpitala – odparła pielęgniarka. – Tam będą trzymali chorych i matki z małymi dziećmi. Ruselina wyjęła noworodka z rąk kobiety, a Irina i ja zaprowadziłyśmy staruszkę do szpitala. – Gdzie ojciec? – spytała Irina. – Odszedł – odpowiedziała kobieta z roztargnieniem. – Dwa miesiące temu zostawił mnie dla innej. – Nawet nie wrócił, żeby pomóc dziecku? – Ruselina sceptycznie pokręciła głową i szepnęła do mnie: – Mężczyźni to nicponie. Pomyślałam o Dymitrze. Pewnie miała rację. Gdy przybyłyśmy na miejsce, szpital był niemal pełny. Lekarze i pielęgniarki zestawiali łóżka, żeby zrobić miejsce na nosze. Rozpoznałam Marię i Nataszę, z zapałem przybijały deski do okien. Iwan zastawiał drzwi wejściowe kredensem. Pielęgniarka o udręczonej twarzy wzięła noworodka od Ruseliny i poprowadziła kobietę do ławeczki, gdzie inna młoda matka niańczyła dziecko. – Czy moja babcia też może tu zostać? – spytała Irina pielęgniarkę. Kobieta wyrzuciła ręce w górę i widziałam, że już zamierza odmówić, kiedy nagle Irina obdarzyła ją olśniewającym uśmiechem. Pielęgniarka nie zdobyła się na sprzeciw. Jej usta drgnęły, jakby opierała się uśmiechowi, który chciał zagościć na jej twarzy, a po chwili wskazała głową pokój na tyłach szpitala. – Nie mogę dać jej łóżka – powiedziała. – Ale wstawię jej krzesło do izby przyjęć. – Nie chcę zostać tu sama – protestowała Ruselina, kiedy pomagałyśmy jej usiąść na krześle. – Czuję się na tyle dobrze, że mogę iść z wami. – Nie bądź niemądra, babciu! To najlepszy budynek na wyspie. – Irina uderzyła pięścią w ścianę. – Patrz! Solidne drewno. – Dokąd idziecie? – spytała Ruselina. Słysząc drżenie w jej głosie, poczułam ukłucie w sercu. – Młodzi ludzie mają biec na szczyt wyspy. – Irina starała się, by zabrzmiało to radośnie. – Wyobraź sobie, jak tam pędzimy. Ruselina wyciągnęła rękę i złapała dłoń Iriny, wciskając ją w moją. – – Nie puszczajcie się. Jesteście wszystkim, co mam. Obie ucałowałyśmy Ruselinę i wybiegłyśmy na deszcz, żeby przyłączyć się do ludzi, którzy w drodze na górę chwytali liny i latarki. Iwan przecisnął się przez tłum, by nas powitać. – Mam dla was coś innego – powiedział. Odłożyłyśmy liny, ale zatrzymałyśmy jedną latarkę i poszłyśmy do niewielkiego baraku na polanie za szpitalem. W chacie znajdowały się trzy okratowane okna, w środku panował półmrok. Iwan poszperał w kieszeni i wyciągnął klucz, który włożył w moją dłoń. – Nie, nie możemy – zaprotestowałam. – To solidny budynek. Powinieneś go udostępnić chorym albo dzieciom. Iwan uniósł brwi i wybuchnął śmiechem. – O, myślisz, że to jakieś szczególne wyróżnienie, Aniu? – spytał. – Jestem pewien, że mnóstwo wygrywacie dzięki swojej urodzie, ale ja chciałem was zagonić do pracy. Gestem nakazał mi otworzyć chatę. Wepchnęłam klucz do zamka i przekręciłam, ale w środku widziałam wyłącznie ciemność. – Nie mam żadnych ochotników, aby się nimi zaopiekowali – stwierdził. – Pielęgniarki też są zajęte. Nie bójcie się jednak, są nieszkodliwi. – Kto? – spytała Irina. – Droga Irino, twój głos podbił moje serce – oświadczył Iwan. – Musisz jednak zasłużyć sobie na mój szacunek, jeśli naprawdę mam cię podziwiać. Znowu się zaśmiał i wyszedł na deszcz, przeskakując ze zwinnością jelenia przez połamane gałęzie i gruz. Patrzyłam, jak znika w gaju. Nagle na niebie rozbłysła błyskawica, i mniej więcej metr od nas na ziemię runęła palma, rozbryzgując błoto na nasze sukienki. Czym prędzej weszłyśmy do chaty i próbowałyśmy zamknąć za sobą drzwi. W środku śmierdziało spieczoną słońcem pościelą i środkiem dezynfekującym. Zrobiłam krok do przodu i wpadłam na coś twardego. Pomacałam ręką brzegi przedmiotu, okazał się stołem. – To chyba magazyn. – Potarłam obolałe udo. Coś przebiegło obok nas, futro otarło mi się o stopę. – Szczury! – krzyknęłam. Irina zapaliła latarkę i ujrzałyśmy przestraszonego kociaka. Był biały i miał różowe oczy. – Witaj, kotku – powiedziała Irina. Przykucnąwszy, wyciągnęła rękę ku zwierzątku. Kotek podbiegł do niej i potarł głową o jej kolana. Futro miał lśniące, nie tak zakurzone jak większość zwierząt na wyspie. Nagle podskoczyłyśmy, jednocześnie dostrzegając to samo: parę ludzkich stóp na prześcieradle, palcami do góry. Pomyślałam, że jesteśmy w kostnicy, ale szybko uświadomiłam sobie, że zbyt tu gorąco. Irina skierowała promień na pasiaste spodnie od piżamy, a potem na twarz młodego mężczyzny. Spał, miał mocno zaciśnięte powieki, a na jego brodzie lśniła strużka śliny. Podeszłam bliżej i dotknęłam jego ramienia. Nawet się nie poruszył, ale jego ciało było ciepłe. – Musi być na lekach uspokajających, inaczej nie mógłby spać przez to całe zamieszanie – wyszeptałam do Iriny. Wbiła mi palce w bok, niemal miażdżąc kości, i omiotła snopem światła resztę pomieszczenia. Znajdował się tam drewniany stolik ze stosikiem powieści w miękkich okładkach i metalowy kredens obok drzwi. Nagle podskoczyłyśmy na widok starej kobiety mrużącej oczy na łóżku w kącie. Irina natychmiast przestała oślepiać ją latarką. – Przepraszam – powiedziała – nie wiedziałyśmy, że ktoś tu jeszcze jest. Jednak w chwili gdy promień oświetlił twarz staruszki, od razu ją rozpoznałam. Była teraz lepiej odżywiona i czystsza niż ostatnim razem, kiedy się widziałyśmy, ale nie miałam wątpliwości. Brakowało jej tylko diademu i zatroskanej miny. – Dusza duszi – powiedziała. Inny głos, męski, odezwał się z mrocznego zakątka. – Jestem Joe – oznajmił. – Joe jak Poe jak Poe jak Poe jak Poe. Chociaż matka mówiła na mnie Igor. Joe jak Poe. Irina z całej siły złapała mnie za rękę. – Co się dzieje? – zapytała. Byłam jednak zbyt przejęta uświadamianiem sobie tego, co zrobił Iwan, nie mogłam jej odpowiedzieć. Kazał nam się zająć pacjentami chorymi psychicznie. Kiedy czoło burzy uderzyło w wyspę, chata trzęsła się i drżała jak motocykl na wyboistej drodze. W jedno z okien trafił kamień, na szybie pojawiło się pęknięcie. Przeszukałam kredens, chcąc znaleźć taśmę. Zdołałam zakleić część rysy, zanim dotarła do ramy. Nie słyszałyśmy nic poza wyciem wiatru. Młody człowiek obudził się tylko raz i popatrzył na nas nieprzytomnie. – Coooo jeeest? – zapytał. Zanim jednak zdążyłyśmy mu odpowiedzieć, przekręcił się na brzuch i z powrotem zapadł w głęboki sen. Kotek wskoczył na łóżko i po krótkiej chwili wahania nad wyborem najwygodniejszego miejsca do drzemki zwinął się w kłębek w zgięciu kolan młodzieńca. – Chyba obaj są głusi – mruknęła Irina. Starsza pani wyśliznęła się z łóżka i biegała po chacie jak balerina. Chciałyśmy oszczędzać latarkę, więc Irina ją zgasiła, ale w tym samym momencie staruszka zaczęła syczeć jak wąż i szarpać za skobel na drzwiach. Irina z powrotem zapaliła latarkę i skierowała promień na kobietę, tańczącą niczym szesnastolatka. Joe przerwał monotonną prezentację, by oklaskiwać staruszkę, a potem oświadczył, że chce do ubikacji. Irina poszukała kaczki pod łóżkiem i mu ją podała, on jednak pokręcił przecząco głową i upierał się, że chce wyjść na zewnątrz. Zmusiłam go, żeby wystawił nogę za próg i podciągnął piżamę, kiedy oddawał mocz na ścianę chaty. Byłam przerażona, że ucieknie albo trafi go piorun. Kiedy już sobie ulżył, zapatrzył się w niebo i nie chciał wrócić do środka. Irina cały czas świeciła na staruszkę, jednocześnie pomagając mi zaciągnąć Joego do chaty. Miał przemoczoną piżamę, nie wiedziałyśmy, w co go przebrać. Z trudem ściągnęłyśmy z mężczyzny mokre ubranie i owinęłyśmy go w prześcieradło. Kiedy się rozgrzał, odrzucił prześcieradło i postanowił chodzić nago. – Joe jak Poe jak Poe jak Poe – mamrotał, paradując po chacie na cienkich nogach, goły jak święty turecki. – Byłyby z nas beznadziejne pielęgniarki – westchnęła Irina. – One też są na środkach uspokajających. Tym gorzej o nas to świadczy – odparłam. Roześmiałyśmy się głośno. Była to jedyna iskierka radości tej nocy. Wycie na zewnątrz jeszcze się wzmogło. Przy jednym z po – dmuchów wiatru lecące drzewo uderzyło w chatę. Rąbnęło w ścianę, wyginając metal do środka. Zastawione kredensem drzwi otworzyły się gwałtownie, tace i kubki pospadały na podłogę. Starsza pani przestała tańczyć, przestraszona jak dziecko przyłapane na figlach w czasie, gdy powinno spać. Wdrapała się do łóżka i nakryła głowę kołdrą. Wiatr łomotał drzewem o ścianę chaty. Wszędzie wykwitały krople deszczu, przez dziury wpadły liście. Irina i ja zrzuciłyśmy książki ze stołu i przewróciłyśmy go na bok, podstawiając blat pod ścianę jako podpórkę. – Nie podoba mi się to. – Irina zgasiła latarkę. – Słyszę fale. – Niemożliwe – odparłam. – To coś innego. – Nie – zaprzeczyła Irina. – To ocean. Posłuchaj tylko. – Joe jak Poe, wiecie! – wrzasnął Joe. – Ciiiii – syknęłyśmy. Joe parsknął i wczołgał się pod łóżko, nadal mamrocząc pod nosem. Krople deszczu tłukły o chatę donośnie niczym kule. Śruby przytrzymujące ściany do betonowej podłogi jęczały pod ciśnieniem wiatru. Irina złapała mnie za rękę. Uścisnęłam jej palce, przypominając sobie słowa Ruseliny, żebyśmy się trzymały razem. Staruszka zarzuciła mi ręce na szyję i przywarła do mnie tak mocno, że nie mogłam się poruszyć. Młody człowiek i jego kot spokojnie spali. Joe jeszcze głębiej skrył się w cieniu. Nie słyszałam go. Nagle drzwi przestały łomotać, zapadła cisza. Ściany wróciły do normalnej pozycji. Łopot brezentu i drzew ucichł. Pomyślałam, że ogłuchłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że wiatr na zewnątrz osłabł. Irina uniosła głowę i zapaliła latarkę. Joe wypełzł spod łóżka. Słyszałam głosy na wzgórzu, jęki i okrzyki, ludzie nawoływali się ze swoich pozycji w dżungli. Jakiś mężczyzna krzyczał do swojej żony: – Walentyno, kocham cię! Po tylu latach nadal cię kocham! – Nikt się jednak nie poruszył. Nawet ta cisza miała w sobie coś złowieszczego. – Sprawdzę, co z babcią – odezwała się Irina. – Nie wychodź! – W ogóle nie czułam nóg. Nie mogłabym wstać, nawet gdybym chciała. – To nie koniec. To tylko oko cyklonu. Irina zmarszczyła brwi. Odsunęła rękę od skobla i z przerażeniem otworzyła usta. Klamka wibrowała, zapatrzyłyśmy się na nią. W oddali ryczał ocean, dżungla rozbrzmiewała paniką. Wiatr znowu się wzmógł, jęcząc pomiędzy ogołoconymi z liści drzewami. Wkrótce dźwięk się zmienił, teraz wiatr wył jak demon, wiał z przeciwnej strony i zbierał wszystkie śmiecie naniesione przez czoło burzy. Gałęzie uderzały o chatę. Irina obudziła młodego człowieka i zapędziła go pod łóżko, kładąc kota w zgięciu jego ręki. Razem postawiłyśmy stół i zagoniłyśmy tam Joego i staruszkę. – Jestem Joe jak Poe. Jak Poe. Jak Poe – piszczał mi w ucho. Irina i ja przytuliłyśmy się do siebie. Nagle poczułyśmy jakiś smród. To Joe opróżnił jelita. Coś uderzyło o dach. Wokół nas spadały kawałki metalu, do środka wdarł się deszcz. Najpierw parę kropli, potem jednak rozpętała się prawdziwa ulewa. Wiatr łomotał o ściany. Krzyknęłam, kiedy zobaczyłam, jak jedna z nich się unosi, przytrzymywana jedynie śrubami po drugiej stronie. Metal trzeszczał, a chata otworzyła się niczym pojemnik na chleb. Patrzyłyśmy w rozwścieczone niebo. Książki fruwały wokół nas, zanim trafiły w kąty pokoju. Przywarłyśmy do nóg stołu, ale i on zaczął sunąć po podłodze. Joe wyrwał się z mojego uścisku i wstał, wyciągając ręce ku niebu. – Na ziemię! – wrzasnęła Irina. Było jednak za późno. Przelatująca gałąź uderzyła Joego w potylicę. Wstrząs powalił go na ziemię, mężczyzna leżał na betonowej podłodze jak liść. Irina ścisnęła go nogami, zanim trafił między metal i podłogę. Gdyby ściana znowu się opuściła, przecięłoby go na pół. Joe jednak był mokry, wyśliznął się z jej uścisku. Usiłowałam schwycić go za rękę, ale nie mogłam jej dosięgnąć, staruszka za mocno mnie trzymała. W końcu złapałam go za włosy. Krzyknął, bo zaczęłam mu je wyrywać. – Puść go! – wrzasnęła Irina. – Pociągnie cię za sobą! Zdołałam wsunąć dłoń pod ramię Joego i chwycić go za bark, ale w tej pozycji miałam odsłoniętą głowę. Patyki i liście kłuły moje ciało niczym owady. Zamknęłam oczy, zastanawiając się, co we mnie trafi. Jakie odłamki zakończą moje życie. – Jestem Joeeee! – wykrzyknął Joe. Wyśliznął się z mojego uścisku i rzuciło go o kredens. Mebel się przewrócił, ale upadł na łóżko, pod którym leżał młody człowiek. Kredens minął głowę Joego o parę centymetrów. Mężczyzna był uwięziony, lecz dzięki temu, że łóżko również się zakleszczyło, względnie bezpieczny. – Nie ruszaj się! – wrzasnęłam. Mój głos zniknął w rozdzierającym trzasku. Patrzyłam, jak jedna ze ścian wylatuje z zawiasów w powietrze. Wirowała długo niczym złowieszczy cień unoszący się w niebo. Zastanawiałam się, gdzie wyląduje. Kogo zabije. – Boże, dopomóż! – krzyknęła Irina. Nagle, bez ostrzeżenia, wiatr ucichł. Ściana spadła z nieba i rozłupała pobliskie drzewo, utkwiwszy w jego gałęziach. Drzewo oddało życie za nas. Słyszałam syk i wycie oceanu, na powrót przyjmującego na siebie sztorm. Na moje ramię skapnęło coś ciepłego. Potarłam to, było lepkie. Krew. Pomyślałam, że pewnie Irina się skaleczyła, gdyż ja nic nie czułam. Zapaliłam latarkę i obmacałam głowę, ale nie mogłam znaleźć rany. Mimo to krew nadal kapała. Popatrzyłam na staruszkę i zrobiło mi się słabo. Kobieta przegryzła sobie na wylot dolną wargę. Podarłam halkę i zrobiłam opatrunek z tkaniny, po czym przyłożyłam go do jej warg, żeby powstrzymać krwawienie. Irina przycisnęła twarz do kolan, z trudem powstrzymywała łzy. Ja przetarłam oczy i oceniłam rozmiar szkód. Joe leżał na podłodze jak ryba uwięziona na plaży. Na jego czole i łokciach widniały otarcia, nie odniósł poważnych obrażeń. Młody człowiek się obudził, lecz milczał. Jego kotek, przemoczony, wyginał grzbiet i syczał w kącie. – Jestem Joe jak Poe, jak Poe – wymamrotał Joe do betonu. Wszyscy milczeliśmy przez dobre pół godziny. |
||
|
© 2026 Библиотека RealLib.org
(support [a t] reallib.org) |