"Biała Gardenia" - читать интересную книгу автора (Belinda Alexandra)

MOSKWA – SZANGHAJ

Zima w Szanghaju nie była ani tak mroźna, ani tak piękna jak w Harbinie. Śnieg nie pokrywał ulic i domów, stalaktyty sopli nie zwisały z dachów niczym kryształy, brakowało pełnej spokoju ciszy. Zamiast tego mieliśmy ołowiane niebo, korowód zmarzniętych, wynędzniałych ludzi snujących się po brudnych ulicach oraz powietrze tak wilgotne i pełne deszczu ze śniegiem, że każdy wdech przyprawiał mnie o dreszcze i melancholię.

Ogród zimą był okropny. Grządki wyglądały jak zamarznięte błoto, z którego wychylały główki jedynie najodporniejsze chwasty.

Otoczyłam drzewo gardenii drucianą siatką i chochołem. Reszta zmarzniętych drzew świeciła nagością, pozbawiona liści i puchowej kołderki ze śniegu. Nocami rzucały ponure cienie na moje zasłony, niczym szkielety powstające z grobów. Wiatr hulał między gałęziami, szyby w oknach się trzęsły, a belki pod sufitem skrzypiały.

Spędziłam bezsennie wiele nocnych godzin, płacząc z tęsknoty za matką i wyobrażając sobie, że stoi gdzieś w zawierusze, głodna i drżąca z zimna.

Choć kwiaty i rośliny pozostawały w uśpieniu, moje ciało kwitło.

Najpierw wydłużyły mi się nogi, sięgały już krawędzi łóżka i zrozumiałam, że będę wysoka jak rodzice. Talia mi wysmuklała, biodra się rozrosły, a dziecięce piegi zbladły na skórze koloru kości słoniowej. Nagle, ku mojej radości, pojawiły się piersi. Obserwowałam z zaciekawieniem, jak rosną, wypychają mi sweter niczym wiosenne pąki. Wprawdzie nadal miałam jasnorude włosy, ale brwi i rzęsy mi pociemniały, a głos stał się bardziej kobiecy. Wyglądało na to, że poza włosami nie zmieniły się we mnie jedynie oczy. Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że rok wcześniej mój rozwój został spowolniony, zupełnie jak rzeka zablokowana tamą; coś w Szanghaju usunęło przeszkodę i zapoczątkowało strumień zdumiewających przemian.

Godzinami siedziałam na krawędzi wanny, wpatrując się w lustro, w coraz mniej znaną mi osobę. Te zmiany jednocześnie mnie radowały i przygnębiały. Każdy krok w kierunku kobiecości zbliżał mnie do Dymitra, lecz oddalał od dziecka, którym byłam przy matce. Od małej dziewczynki, której mama śpiewała piosenki o grzybach i której pulchną dłoń posiniaczyła zbyt mocnym uściskiem. Zastanawiałam się, czy w ogóle by mnie poznała.

Dymitr dotrzymał obietnicy i odwiedzał mnie w każdą środę. Przesuwaliśmy sofy i krzesła pod ściany sali balowej i błagaliśmy Siergieja, żeby nauczył nas tańczyć. Zgodnie z przewidywaniami Dymitra Siergiej nalegał na walc wiedeński. Pod surowym wzrokiem postaci z portretów Dymitr i ja do perfekcji dopracowywaliśmy kroki i obroty. Siergiej był wymagającym nauczycielem, często nam przerywał, żeby poprawić nasze ruchy, ręce, pozycję głów. Byłam szczęśliwa do granic możliwości. Nie miało znaczenia, co tańczę i do jakiej muzyki, ale z kim. Podczas tych kilku godzin w tygodniu mogłam zapomnieć o smutku. Na początku martwiłam się, że Dymitr przychodzi do mnie tylko z litości albo z polecenia Siergieja.

Wpatrywałam się w partnera jak kot w mysz, szukając oznak zainteresowania, i je znalazłam. Zauważyłam, że nigdy się nie spóźniał na lekcje, wydawał się rozczarowany, kiedy nasz czas dobiegał końca, długo zwlekał w holu, szukając płaszcza i parasola.

Kiedy myślał, że nie patrzę, rzucał mi ukradkowe spojrzenia. Szybko się odwracałam, a on udawał, że coś tam go zainteresowało.

Kiedy żonkile wychyliły główki z ziemi, a do ogrodu powróciły ptaki, pojawił się mój pierwszy okres. Poprosiłam Lubę o przekazanie Siergiejowi, żeby mnie zabrał do Moskwy – Szanghaju. Stałam się kobietą. Odpowiedź przyszła na srebrnej wizytówce z przylepioną gałązką jaśminu. „Po piętnastych urodzinach. Potrzebujesz dłuższej praktyki w byciu kobietą”.

W zamian Siergiej oznajmił Dymitrowi, że nauczy nas tańczyć bolero. Marzyłam o tangu i, jako że nigdy wcześniej nie słyszałam o bolerze, czułam się rozczarowana.

– Nie, ten taniec jest o wiele bardziej symboliczny – zapewnił mnie Dymitr. – Siergiej i Marina tańczyli bolero w dniu swojego ślubu. Nie uczyłby nas, gdyby nie uważał, że jesteśmy wystarczająco poważni.

W następnym tygodniu Siergiej przyciemnił światła w sali balowej. Nastawił płytę, po czym kazał nam stanąć naprzeciwko siebie. Stanęłam trochę z prawej, tak blisko, że guziki koszuli Dymitra wpijały mi się w ciało. Czułam puls swojego partnera i bicie jego serca. W bursztynowym świetle twarz Siergieja wyglądała demonicznie, a nasze cienie dziwacznie wyginały się na ścianach. Muzyka grała w rytm surowego marsza i uderzeń bębnów. Melodię wprowadził flet, hipnotyczny niczym fujarka zaklinacza węży. Wkrótce dołączyły żywe, brawurowe trąbki i rożki pełne pasji. Siergiej zaczął tańczyć, bez słów ucząc nas kroków. Dymitr i ja ruszyliśmy w jego ślady, do brzęku cymbałów, który nasilał się i cichł, stąpaliśmy do przodu i powoli się cofaliśmy, rozkołysani wypychaliśmy biodra w przeciwną stronę do stawianych stóp. Muzyka mnie oczarowała i przeniosła w inny świat. Przez jedną krótką chwilę byliśmy królewską parą w Hiszpanii, z własnym dworem, w następnej, jechaliśmy konno przez równiny w towarzystwie Don Kichota. W następnej staliśmy się rzymskim cesarzem i cesarzową paradującymi w rydwanie przed poddanymi. Ten taniec był fantazją, najbardziej erotycznym doświadczeniem, jakie mnie kiedykolwiek spotkało.

Siergiej lekko wymachiwał rękami, lecz pewnie stawiał kroki; Dymitr i ja niemal się dotykaliśmy, zamierając na moment, a następnie odsuwając się od siebie. Słyszeliśmy wciąż tę samą melodię, która popychała nas ku sobie i oddzielała, uwodziła i do – prowadzała do rozkoszy.

Kiedy Siergiej znieruchomiał, Dymitrowi i mnie brakowało tchu.

Drżąc, przywarliśmy do siebie. Siergiej był prawdziwym czarownikiem, zabrał nas do podziemi i ponownie wyprowadził na powierzchnię. Płonęłam od gorączki, ale nie mogłam zmusić nóg, by przeszły przez pokój ku sofie.

Igła zeskoczyła z gramofonu i Siergiej zapalił światła. Z niepokojem dostrzegłam Amelię, z papierosem w dłoni. Czarne włosy, gładkie niczym skóra norki, okalały jej bladą twarz. Na widok tej kobiety wstrząsnął mną dreszcz. Wypuściła kółko papierosowego dymu, wpatrując się we mnie jak generał oceniający siły i charakter wroga. Zapragnęłam, aby odwróciła wzrok. Mąciła euforię, którą odczuwałam po tańcu. Musiała odczytać moje myśli, bo prychnęła, obróciła się na pięcie i wyszła.

Nie za bardzo dowierzałam obietnicy Siergieja, że zabierze mnie do Moskwy – Szanghaju po moich piętnastych urodzinach, ale pewnego dnia w sierpniu następnego roku wyłonił się z gabinetu i oznajmił, że dziś wieczorem idę do klubu. Amelia wyciągnęła szmaragdowy szeongsam, uszyty dla mnie przez panią Woo, ale ledwie zdołałam wcisnąć go przez głowę, tak bardzo urosłam.

Siergiej wezwał krawcową na pośpieszne poprawki. Kiedy wyszła, przysłano Mei Lin, by uczesała mi włosy. Za nią pojawiła się Amelia z kuferkiem kosmetyków w dłoni. Uróżowiła mi policzki i usta, a także skropiła perfumami nadgarstki i skórę za uszami.

Kiedy skończyła, odchyliła się i uśmiechnęła, zadowolona z efektu.

– Nie denerwujesz mnie tak bardzo, odkąd dorosłaś – powiedziała. – To pyzatych dzieciaków nie mogę znieść.

Wiedziałam, że kłamie. Nadal mnie nie cierpiała.

W aucie usiadłam między nią a Siergiejem. Droga Tętniących Studni przemknęła za szybą niczym niemy film. Młode kobiety wszystkich narodowości stały w progach nocnych klubów, błyszcząc w wyszywanych pajetkami sukienkach i pierzastych boa. Machały do przechodniów, uśmiechem wabiły klientów. Gromady hulaków ciągnęły po zatłoczonych chodnikach, wpadając po pijanemu na innych pieszych i ulicznych sprzedawców, hazardziści zaś zbili się w grupki na rogach ulic, niczym robaki pod światłami neonów.

– Jesteśmy na miejscu! – oznajmił Siergiej.

Drzwi się otworzyły, mężczyzna w kozackim mundurze pomógł mi wysiąść z samochodu. Miał na sobie czapę z niedźwiedziego futra, nie mogłam jej nie dotknąć. Jednocześnie gapiłam się na wspaniałości, które widziałam przed sobą. Na szerokich kamiennych schodach rozpościerał się czerwony dywan, po obu stronach otoczony złotymi sznurami. Przy wejściu do klubu czekała kolejka mężczyzn i kobiet, ich suknie, futra, jedwabie i klejnoty lśniły w sepiowym świetle, powietrze elektryzowało od gwaru rozmów.

Na szczycie schodów znajdował się portyk z dwiema olbrzymimi neoklasycystycznymi kolumnami i parą marmurowych lwów strzegących wejścia: tam oczekiwał nas Dymitr. Wymieniliśmy uśmiechy, a on ruszył po schodach, na nasze powitanie.

– Aniu – powiedział, przystając tuż obok mnie. – Od teraz zawsze będziesz ze mną tańczyć.

Jako kierownik klubu Dymitr wzbudzał respekt. Kiedy prowadził nas po czerwonym dywanie, goście rozstępowali się przed nim, Kozacy kłaniali. Foyer klubu zapierało dech w piersiach. Białe ściany ze sztucznego marmuru i lustra w ramach odbijały światło gigantycznego żyrandola wiszącego na bizantyjskim suficie. W imitacji okien wymalowano błękitne niebo i białe chmury, co sprawiało wrażenie wiecznego zmierzchu. Korytarz skojarzył mi się z fotografią przedstawiającą pałac cara, którą kiedyś pokazał mi ojciec, i przypomniałam sobie o ptakach w klatce, śpiewających na powitanie gości. W Moskwie – Szanghaju nie było jednak śpiewających ptaków, tylko młode kobiety w haftowanych rosyjskich sukniach, odbierające płaszcze i etole gości.

We wnętrzu klubu panowała zupełnie inna atmosfera. Ściany obite boazerią i czerwone orientalne dywany otaczały parkiet za – tłoczony ludźmi kiwającymi się w rytm muzyki granej przez orkiestrę. Wśród olśniewających par amerykańscy, angielscy i francuscy żołnierze tańczyli walca z ładnymi fordanserkami. Inni klienci przyglądali się im z mahoniowych krzeseł i aksamitnych sof, popijając szampana albo whisky i machając na kelnerów, by przynieśli kawior i chleb.

Oddychałam powietrzem przesiąkniętym dymem papierosowym.

Tak jak tamtego popołudnia, kiedy Siergiej uczył nas bolera, znowu trafiłam do innego świata. Tylko klub Moskwa – Szanghaj wydawał się prawdziwy.

Dymitr zaprowadził nas po schodach do restauracji znajdującej się na antresoli nad parkietem. Dziesiątki lamp gazowych zdobiło stoliki, wszystkie zajęte. Obok przebiegł kelner z płonącym szaszłykiem na rożnie, powietrze wypełniło się delikatnym aromatem jagnięciny, cebuli i brandy. Gdziekolwiek spojrzałam, widziałam brylanty i futra, kosztowną wełnę i jedwabie. Bankierzy i kierownicy hotelowi siedzieli tu, by rozmawiać o interesach z gangsterami i szefami firm zagranicznych, podczas gdy aktorzy i aktorki robili słodkie oczy do dyplomatów i oficerów marynarki.

Aleksiej i Luba już czekali przy stoliku w kącie restauracji, przed Aleksiejem stała na wpół opróżniona karafka wina. Zabawiali rozmową dwóch angielskich kapitanów statków i ich żony. Mężczyźni wstali na nasz widok, a ich małżonki z zaciśniętymi ustami i źle maskowaną niechęcią mierzyły wzrokiem mnie i Amelię. Jedna z nich tak demonstracyjnie wpatrywała się w rozcięcia mojej sukienki, że ze wstydu mrowiła mnie skóra.

Kelnerzy w smokingach przynieśli jedzenie na srebrnych półmiskach, prawdziwą ucztę złożoną z ostryg, pierożków ze słodką dynią, blinów z kawiorem, zupy – kremu ze szparagów i żytniego chleba. Potraw było zdecydowanie za dużo, a oni ciągle donosili nowe: rybę w sosie zaprawianym wódką, kurczaka po kijowsku, kompot i deser z wiśni oraz czekoladowe ciasto.

Jeden z kapitanów, Wilson, spytał, jak mi się podoba Szanghaj.

Niewiele widziałam poza rezydencją Siergieja, szkołą, sklepami na kilku trasach, po których wolno mi było samodzielnie spacerować, parkiem we francuskiej dzielnicy, ale powiedziałam mu, że uwielbiam miasto. Pokiwał głową z aprobatą, przysunął się bliżej i wyszeptał:

– Większość tutejszych Rosjan nie przypomina pani, młoda damo. Proszę tylko spojrzeć na te biedne dziewczęta. Pewnie to córki książąt i arystokratów. Teraz, żeby zarobić na życie, muszą tańczyć i zabawiać pijaków.

Drugi kapitan, o nazwisku Bingham, powiedział, że słyszał o wywiezieniu mojej matki do obozu pracy.

– Ten szaleniec Stalin nie będzie rządził wiecznie – oświadczył, napełniając mój talerz warzywami i przy okazji przewracając solniczkę. – Jeszcze przed końcem roku wybuchnie następna rewolucja, sami zobaczycie.

– Kim są ci durnie? – mruknął Siergiej do Dymitra.

– Inwestorzy – odparł Dymitr. – Uśmiechaj się.

– Nie – odparł Siergiej. – Musisz nauczyć tego Anię, jest wystarczająco dojrzała. Ma o wiele więcej wdzięku niż którekolwiek z nas.

Kiedy podano porto, wymknęłam się do toalety i rozpoznałam głosy żon kapitanów. Kobiety prowadziły rozmowę, siedząc w kabinach. Jedna mówiła do drugiej:

– Ta Amerykanka powinna się wstydzić za siebie, a nie zachowywać jak królowa Saby. Zmarnowała życie dobremu człowiekowi i wylądowała z tym Rosjaninem.

– Wiem – odparła druga kobieta. – A kim jest ta dziewczyna?

– Nie mam pojęcia – odparła ta pierwsza. – Mogę się jednak założyć, że wkrótce też pokaże pazurki.

Przywarłam do umywalki, marząc o tym, by usłyszeć więcej. Miałam nadzieję, że moje obcasy nie będą stukały na kafelkowej podłodze. Kim był ten dobry człowiek, którego życie zmarnowała Amelia?

– Bili może wydawać swoje pieniądze, jak mu się żywnie podoba – stwierdziła pierwsza z kobiet. – Jednak co dobrego wyjdzie z bratania się z taką hołotą? Wiesz, jacy potrafią być Rosjanie.

Parsknęłam śmiechem i obie umilkły. Jednocześnie spuściły wodę, a ja rzuciłam się do drzwi.

O północy orkiestra zakończyła występy, na podium pojawił się kubański zespół. Rytm instrumentów strunowych początkowo był łagodny, ale gdy dołączyły dęte i perkusja, muzyka zmieniła tempo i czułam, jak przez tłum przetacza się fala podniecenia. Pary pobiegły na parkiet, by zatańczyć mambo i rumbę, ci bez partnerów zaś przyłączyli się do tańca konga. Zafascynowała mnie muzyka, gwałtowna, a jednak wyrafinowana. Nieświadomie wybijałam rytm nogą i strzelałam palcami.

Luba roześmiała się gardłowo. Trąciła Dymitra w bok i wskazała na mnie.

– No już, Dymitrze, poproś Anię do tańca i pokażcie nam, czego nauczył was Siergiej – zażądała.

Dymitr uśmiechnął się do mnie i wyciągnął rękę. Podążyłam za nim na parkiet, chociaż byłam przerażona. Taniec w sali balowej Siergieja to jedno, ale na parkiecie w klubie Moskwa – Szanghaj to zupełnie coś innego. Szaleńcze ruchy ludzi kołyszących biodrami przypominały jakiś dziki trans. Tańczyli, jakby od tego zależało ich życie. Dymitr jednak położył dłoń na moim biodrze, drugą ujął mnie za palce i poczułam się bezpieczna. Początkowo się wygłupialiśmy, wpadaliśmy na innych ludzi, za każdym razem wybuchając śmiechem. Po chwili jednak ruszaliśmy się o wiele zręczniej i zapomniałam o wcześniejszym skrępowaniu.

– Co to za muzyka? – zapytałam Dymitra.

– Nazywają ją mango i marenga. Podoba ci się?

– Nawet bardzo – odparłam. – Powiedz im, żeby nie przestawali grać.

Dymitr odrzucił głowę do tyłu i zaśmiał się głośno.

– Każę im grać to dla ciebie każdego wieczoru, Aniu! A jutro zabiorę cię do Yuyuan.

Przetańczyłam z Dymitrem wszystkie tańce, nasze stroje niemal przesiąkły potem. Włosy wysunęły mi się z koka i opadły na ramiona. Wróciliśmy do stolika dopiero po ostatnim utworze.

Kapitanowie z żonami już wyszli, ale Siergiej i Michajłowowie wstali, żeby nas oklaskiwać.

– Brawo! Brawo! – wykrzykiwał Siergiej.

Amelia uśmiechnęła się z przymusem i podała nam serwetki, żebyśmy wytarli pot z twarzy i szyi.

– Dość robienia z siebie idiotki, Aniu.

Zignorowałam jej nieuprzejmy komentarz.

– Może zatańczysz z Siergiejem? – zaproponowałam. – Jest świetny.

Pytanie było niewinne, zadane pod wpływem radości po tańcu z Dymitrem, Amelia jednak wyprężyła się jak kotka. Jej oczy zalśniły, ale nic nie powiedziała. Atmosfera między nami, zawsze napięta, stała się jeszcze bardziej nieznośna. Byłam świadoma, że popełniłam straszny błąd, ale nie zamierzałam jej przepraszać za rzekomą obrazę. W drodze do domu siedziałyśmy sztywno, jak przeciwniczki szykujące się do starcia. Siergiej usiłował rozładować atmosferę, komentując ruch na drodze, ja celowo mówiłam wyłącznie po rosyjsku, Amelia zaś wbiła wzrok w przestrzeń. Nie łudziłam się jednak; w razie konfrontacji nie miałam szans.

Następnego dnia oznajmiłam Siergiejowi, że Dymitr chce się ze mną spotkać.

– Cieszę się, że przypadliście sobie do gustu. – Siergiej przysunął się do mnie. – Bardzo sobie tego życzyłem. Dymitr jest dla mnie jak syn, a ty jak córka.

Siergiej miał spotkanie w interesach, więc natychmiast zaczął szukać dla mnie zastępczej przyzwoitki. Amelia od razu odmówiła, stwierdziła, że nie ma ochoty marnować dnia w towarzystwie „robiących maślane oczy nastolatków”. Luba zapewniła go, że z rozkoszą, niestety, była umówiona na spotkanie pań, a Aleksiej zachorował na grypę. Zatem wysłano ze mną w rikszy Starą Służącą.

Siedziała obok, zimna i wyniosła, nie odpowiadała na moje pytania ani nie patrzyła na mnie, gdy próbowałam nawiązać z nią rozmowę.

Dymitr i ja umówiliśmy się w ogrodach Yuyuan, w tradycyjnej herbaciarni z widokiem na jezioro i góry. Czekał w cieniu wierzby, miał na sobie garnitur z kremowego płótna, które podkreślało zieleń jego oczu. Ściany herbaciarni w kolorze ochry i odgięty dach skojarzyły mi się z naszą skrzynką na herbatę w Harbinie. Było gorąco, Dymitr zaproponował, żebyśmy usiedli na górze, tam docierał wietrzyk znad jeziora. Zaprosiliśmy przyzwoitkę do stolika, ale usiadła nieco dalej i ze stoickim spokojem wpatrywała się w kręte dróżki i pawilony za oknem, choć podejrzewałam, że słucha gorliwie wszystkiego, o czym rozmawiamy.

Kelnerka przyniosła nam jaśminową herbatę w fajansowych filiżankach.

– To najstarszy park w mieście – powiedział Dymitr. – O wiele ładniejszy niż te we francuskiej dzielnicy. Kiedyś stały tu tablice z napisem: „Psom i Chińczykom wstęp wzbroniony”.

– Strasznie być biednym – westchnęłam. – Myślałam, że dość napatrzyłam się na biedę, gdy Japończycy napadli na Harbin. Nigdy jednak nie widziałam takiego ubóstwa jak w Szanghaju.

– Tu jest o wiele więcej biednych Rosjan niż Chińczyków. – Dymitr wyjął z kieszeni metalową papierośnicę i wyciągnął z niej papierosa. – Po przybyciu do Szanghaju mój ojciec pracował jako szofer dla rodziny chińskich bogaczy. Widok białego w tarapatach chyba sprawiał im przyjemność.

Leniwy wietrzyk wiał nad stołem, unosząc serwetki i studząc nam herbatę. Stara Służąca położyła głowę na parapecie okna, chyba przysnęła. Uśmiechnęliśmy się do siebie.

– Widziałam wczoraj te biedne rosyjskie dziewczęta – zwierzyłam mu się. – Te, którym się płaci za tańce z klientami.

Dymitr przez chwilę wpatrywał się we mnie z poważną miną i zmrużył oczy.

– Żartujesz sobie, Aniu? Te dziewczyny sporo zarabiają i nie muszą się sprzedawać. Może rzucą tu kilka obietnic, tam jakąś prowokacyjną uwagę, pokażą odrobinę ciała i namówią klientów na drinka, a ci wydadzą trochę więcej pieniędzy, niż zamierzali. Ale to wszystko. Niektóre kobiety znalazły się w znacznie gorszej sytuacji.

Odwrócił się, zapadła niezręczna cisza. Uszczypnęłam się w ramię. Czułam, że zachowałam się głupio i protekcjonalnie, a przecież pragnęłam tylko, by Dymitr mnie podziwiał.

– Dużo myślisz o matce? – spytał.

– Przez cały czas – odparłam. – Nie opuszcza moich myśli.

– Rozumiem. – Machnął na kelnerkę, by przyniosła nam jeszcze herbatę.

– Sądzisz, że naprawdę wybuchnie następna rewolucja w Rosji? – zapytałam.

– Nie liczyłbym na to, Aniu.

Ten nonszalancki ton sprawił mi przykrość, skuliłam się. Na widok mojej reakcji Dymitr złagodniał. Obejrzał się przez ramię, żeby sprawdzić, czy służąca nadal śpi, a następnie ujął moje palce.

– Ojciec i jego przyjaciele całymi latami czekali na powrót arystokracji do Rosji, marnowali czas w nadziei na coś, co nigdy nie nastąpiło – powiedział. – Modlę się całym sercem o wolność dla twojej matki, Aniu. Uważam jednak, że nie możesz siedzieć z założonymi rękami i na to czekać. Sama musisz o siebie zadbać.

– Amelia też mówiła coś w tym rodzaju – mruknęłam.

– Czyżby? – Roześmiał się. – Mogę to zrozumieć. Jesteśmy trochę do siebie podobni. Oboje musieliśmy walczyć w tym świecie, zaczynaliśmy od zera. Amelia przynajmniej wie, czego pragnie i jak to zdobyć.

– Przeraża mnie.

Dymitr przechylił ze zdumieniem głowę.

– Naprawdę? Niepotrzebnie. To wąż bez jadu, syczy, ale nie kąsa. Zazdrości ci, a zazdrośni ludzie zawsze są niepewni.

Dymitr towarzyszył mi w drodze do domu, gdzie służące odkurzały meble i czyściły dywany. Nigdzie nie zauważyłam Amelii.

Siergiej wrócił sam i czekał na nas przy drzwiach wejściowych.

– Mam nadzieję, że dobrze bawiliście się w Yuyuan – powiedział.

– Cudownie. – Podeszłam, żeby go pocałować. Miał spoconą twarz i szkliste oczy, znak, że lada moment zamierza uraczyć się opium.

– Dotrzymaj nam towarzystwa – poprosił go Dymitr.

– Nie, muszę się zająć swoimi sprawami – odparł Siergiej. Cofnął się i sięgnął do drzwi, lecz drżały mu palce i nie mógł ścisnąć gałki.

– Pomogę ci… – zaproponował Dymitr.

Siergiej spojrzał na niego udręczonym wzrokiem, jednak gdy drzwi się otworzyły, natychmiast odbiegł, niemal przewracając po drodze służącą. Popatrzyłam na twarz Dymitra i ujrzałam na niej ból.

– Wiesz, prawda? – spytałam.

Dymitr zakrył oczy ręką.

– Stracimy go, Aniu. Tak, jak ja straciłem ojca.

Drugi wieczór w Moskwie – Szanghaju przyniósł mi rozczarowanie.

Moje podniecenie opadło już w progu klubu. Zamiast bogatej klienteli z poprzedniej nocy wypełniali go ogoleni żołnierze piechoty morskiej i marynarze. Na scenie biały swingujący band głośno grał skoczne melodie, a jaskrawe nylonowe sukienki Rosjanek zamieniły parkiet w tani karnawał. Było zbyt wielu mężczyzn i za mało kobiet. Mężczyźni bez partnerek tłoczyli się w grupkach przy barze albo w restauracji, w której właściwie też głównie pito alkohol. Ich głosy były szorstkie i pełne agresji. Śmiejąc się albo wykrzykując zamówienia, często zagłuszali muzykę.

– Nie chcemy ich w klubie – zwierzył mi się Siergiej – i zazwyczaj nasze ceny skutecznie ich odstraszają. Jednak od czasów wojny dyskryminacja jest źle widziana. Dlatego w czwartkowe wieczory oferujemy tańce i drinki za pół ceny.

Kierownik sali zaprowadził nas do stolika w kącie. Amelia przeprosiła towarzystwo i poszła do damskiej toalety, ja zaś rozejrzałam się w poszukiwaniu Dymitra, zastanawiając się, dlaczego do nas nie dołączył. Ujrzałam go na skraju parkietu, obok schodków prowadzących do baru. Skrzyżował ręce na piersi i nerwowo poruszał ramionami.

– Biedny dzieciak – stwierdził Siergiej. – Strzeże tego miejsca, jakby od tego zależało jego życie. Ja też je lubię, ale nieszczególnie bym się przejął, gdyby poszło z dymem.

– Dymitr martwi się o ciebie – oznajmiłam.

Siergiej się skrzywił i otarł serwetką usta i brodę.

W dzieciństwie stracił ojca. Żeby nakarmić siebie i syna, matka Dymitra musiała zadawać się z mężczyznami.

– Och. – Przypomniałam sobie reakcję Dymitra na moją uwagę dotyczącą rosyjskich tancerek. Zarumieniłam się ze wstydu. – Kiedy to było?

– Na początku wojny. Dymitr nauczył się sam sobą zajmować.

– Wspominał, że w dzieciństwie stracił matkę. Nie pytałam, jak umarła, on też mi się nie zwierzał.

Siergiej popatrzył na mnie, jakby się zastanawiał, ile mi powiedzieć.

– Pewnego dnia wybrała nieodpowiedniego mężczyznę. – Zniżył głos. – Marynarza. Zabił ją.

– Och! – Złapałam go za ramię. – Nasz biedny Dymitr!

– To on ją znalazł. – Siergiej wzruszył ramionami. – Wyobraź sobie, co czuł ten dzieciak. Marynarz próbował go zastraszyć, ale co mógł zrobić chłopcu, który właśnie stracił matkę?

Wpatrywałam się w wirujących tancerzy, zbyt smutna, by się rozpłakać, i zbyt przygnębiona, by wymyślić jakąś odpowiedź.

Siergiej trącił mnie w bok.

– Idź, powiedz Dymitrowi, żeby się nie przejmował – rzekł. – To inne kluby mają kłopoty, nie nasz. Ci żołnierze nic nie zrobią, ich dowódcy nas lubią.

Cieszyłam się, że Siergiej znalazł pretekst, abym mogła podejść do Dymitra. Na parkiecie panował ścisk, tak że ledwie udało mi się przepchnąć. Tancerze rozkręcali się wraz z muzyką, rytm perkusji osiągnął apogeum. Pewna młoda Rosjanka podrygiwała tak energicznie, że jedna z jej wielkich piersi wysunęła się z głębokiego dekoltu sukienki. Na początku widać było jedynie purpurowy sutek, ale dziewczyna tańczyła coraz bardziej zapamiętale i w pewnym momencie po energicznym podskoku wyskoczyła cała pierś. Rosjanka nawet nie próbowała jej schować, zresztą nikt chyba nie zauważył.

Ktoś postukał mnie w plecy.

– Ej, ślicznotko! To mój taniec. – Wyczułam za sobą obecność mężczyzny, zalatywało od niego alkoholem. W bełkotliwym głosie słyszałam pożądanie. – Ty, złotko. Do ciebie mówię.

Gdzieś w tłumie jakiś damski głos krzyknął:

– Zostaw ją w spokoju! To dzieciak szefa.

Dymitr szeroko otworzył oczy, gdy ujrzał, jak przepycham się w jego kierunku. Wkroczył w tłum i odciągnął mnie na bok.

– Mówiłem im, żeby cię dzisiaj nie przyprowadzali. – Zaprowadził mnie na schodek. – Czasem się zastanawiam, czy którekolwiek ma choćby odrobinę zdrowego rozsądku.

– Siergiej kazał ci powtórzyć, że nie spodziewa się kłopotów – powiedziałam.

– To upalna i pijacka noc. Nie będę ryzykował. – Dał znać jednemu z kelnerów i szepnął mu coś do ucha. Kelner odszedł pośpiesznie i po chwili wrócił z kieliszkiem szampana.

– Proszę – oznajmił Dymitr. – Możesz się trochę napić, a potem odeślę cię do domu.

Wzięłam kieliszek i upiłam łyk.

– Znakomity szampan – oznajmiłam. – Francuski, jak sądzę?

Uśmiechnął się.

– Aniu, chętnie cię tu powitam, chciałbym, żebyś ze mną pracowała. Ale nie w te wieczory. Nie pasują do ciebie. Jesteś za dobra na tę hołotę.

Nagle wpadł na mnie żołnierz piechoty morskiej, niemal przewróciłam się na schody. Po chwili mężczyzna wyprostował się i złapał mnie w pasie. Jego rękę pokrywały nieudolnie wykonane tatuaże. Odsunęłam się, przerażona agresją w jego przekrwionych oczach. Nie wypuszczając mnie z objęć, ruszył w kierunku parkietu.

Ręka mi się wykręciła, upuściłam kieliszek. Rozbił się na podłodze, ktoś natychmiast na niego nadepnął.

– Jesteś trochę chuda. – Żołnierz pomacał moje biodra. – Ale ja lubię chude.

Dymitr błyskawicznie stanął między nami.

– Przepraszam pana, ale jest pan w błędzie – powiedział. – To nie tancerka.

– Jak ma dwie nogi i dziurę, to tancerka. – Żołnierz wyszczerzył zęby i starł palcami ślinę z warg.

Nie widziałam ciosu Dymitra, to się rozegrało zbyt szybko. Ujrzałam tylko, jak zdumiony żołnierz pada na podłogę, a krew tryska mu z ust. Głową uderzył o parkiet, przez chwilę leżał oszołomiony. Usiłował podeprzeć się na łokciu, jednak zanim zdołał wstać, Dymitr wbił mu kolana w szyję i zaczął okładać go pięściami po twarzy. Teraz wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Tancerze oddalili się w szerokim kręgu, orkiestra przestała grać. Ręce Dymitra były pokryte krwią i śliną. Twarz żołnierza na moich oczach zmieniała się w krwawą miazgę.

Siergiej przepchnął się przez tłum i usiłował odciągnąć Dymitra.

– Zwariowałeś? – wrzasnął.

Jego słowa jednak utonęły w ogólnym hałasie. Dymitr kopał żołnierza w żebra. Pod siłą ciosu trzasnęły kości. Mężczyzna skulił się z bólu, a Dymitr zmiażdżył mu krocze.

Trzej inni marines o grubych karkach i potężnych pięściach rzucili się na pomoc koledze. Jeden z nich dźwignął zakrwawionego mężczyznę i odciągnął go na bok, dwóch pozostałych chwyciło Dymitra, powalając go na podłogę. Tłum ogarnęła panika. Wszyscy byli przekonani, że są świadkami morderstwa. Angielscy, francuscy i włoscy marynarze zaczęli wywrzaskiwać obelgi pod adresem marines, ci nie pozostali im dłużni. Część usiłowała przywołać kolegów do porządku, prosić, żeby nie hańbić swojego kraju, inni jednak podgrzewali atmosferę. Pięści młóciły powietrze jak cepy.

Klienci zbierali swoje rzeczy i biegli do wyjścia, przepychając się między sobą. Rosyjskie tancerki uciekły do toalety dla pań, kucharze i kelnerzy wynosili cenne wazony i rzeźby. Wieść o bijatyce musiała wydostać się na zewnątrz, gdyż mimo ucieczki części gości pomieszczenie napełniało się nowymi siłami. Amerykańscy żołnierze tłukli się z piechotą morską, piechota morska lała Francuzów, Francuzi rzucali się na angielskich marynarzy.

Marines nadal trzymali Dymitra za szyję. Miał usta wykrzywione z bólu. Włoscy marynarze i jeszcze jeden żołnierz piechoty przybyli mu z odsieczą, ale nie mogli się równać z krzepkimi Amerykanami.

Siergiej podniósł krzesło i przyłożył nim jednemu z napastników, który padł bez przytomności. Zachęcony tym przykładem Włoch powalił drugiego żołnierza na ziemię. Jednak trzeci Amerykanin, największy, nie puszczał Dymitra, przyciskał jego głowę do podłogi i usiłował skręcić mu kark. Wrzeszczałam, rozglądając się wokół w poszukiwaniu pomocy. Ujrzałam w restauracji Amelię, trzymała nóż w dłoni i usiłowała przepchnąć się przez tłum. Dymitr się krztusił, ślina ciekła mu z ust. Siergiej tłukł żołnierza niedźwiedzi – mi pięściami, ale bez rezultatu. Napastnik wykręcał dłoń Dymitra.

Nagle Dymitr chwycił czubki moich butów. Nie mogłam już tego znieść, rzuciłam się na Amerykanina i z całej siły ugryzłam go w ucho. Poczułam smak krwi i soli… Żołnierz jęknął i puścił Dymitra. Zrzucił mnie z siebie, a ja wyplułam zakrwawiony, różowy strzępek. Twarz żołnierza zbladła jak płótno, gdy ujrzał pół swojego ucha na mojej sukience. Przycisnął dłoń do głowy i uciekł.

– Benissimo! – odezwał się do mnie włoski marynarz. – A teraz przepłucz usta.

Kiedy wróciłam z łazienki, słyszałam na zewnątrz wycie syren i gwizdki żandarmerii. Funkcjonariusze wpadli do budynku, pałując wszystkich jak popadnie i tym samym przyczyniając się do zwiększenia liczby ofiar. Wybiegłam na ulicę i ujrzałam karetki pogotowia odwożące rannych. Wydawało się, że znowu wybuchła wojna.

Szukałam w tym chaosie Dymitra i Siergieja, w końcu znalazłam ich z Amelią na schodach; odprowadzali rannych, tak jak każdej innej nocy odprowadzali VIP – ów. Dymitr miał podbite oko i tak spuchnięte wargi, że niemal nie przypominał człowieka. Mimo to zdołał się uśmiechnąć na mój widok.

– To koniec – lamentowałam. – Teraz nas zamkną, prawda?

Dymitr ze zdumieniem uniósł brew, a Siergiej wybuchnął śmiechem.

– Dymitrze, najwyraźniej po dwóch wieczorach Ani zaczęło zależeć – oświadczył.

Nawet Amelia, w sukni rozdartej na szwie i z potarganymi włosami, uśmiechnęła się do mnie.

– To tak samo, prawda, Aniu? – spytał Dymitr. – Tak samo jak z muzyką. To miejsce wchodzi ci w krew. Teraz naprawdę jesteś jedną z nas. Szanghajką.

Podjechała limuzyna i Amelia wsiadła do środka, dając mi znak, że mam pójść w jej ślady.

– Chłopcy narobili bałaganu i chłopcy posprzątają – powiedziała.

Lepka krew żołnierza wciąż szpeciła moją sukienkę, która przylepiła mi się do skóry. Popatrzyłam na nią i zaczęłam szlochać.

– Na litość boską. – Amelia złapała mnie za rękę i wciągnęła do auta. – To Szanghaj, nie Harbin. Jutro będzie zwykły wieczór, wszyscy zapomną o dzisiejszej nocy. Nadal będziemy najgorętszym nocnym klubem w mieście.

Następnego ranka, kiedy plotłam warkocze, do drzwi zastukała Mei Lin i oznajmiła, że Siergiej czeka przy telefonie. Zwlokłam się po schodach, tłumiąc ziewanie. Skóra mnie piekła, gardło bolało, włosy wciąż śmierdziały papierosowym dymem. Nie miałam ochoty na przedpołudniową nudną geografię z siostrą Mary. Wyobraziłam sobie, jak zasypiam gdzieś pomiędzy Wyspami Kanaryjskimi i Grecją, i muszę napisać sto razy na tablicy przyczynę mojego zmęczenia.

Oczami duszy widziałam zdumienie na twarzy siostry Mary, kiedy przeczyta: „Byłam w nocy w Moskwie – Szanghaju i się nie wyspałam”.

Lubiłam lekcje francuskiego i sztuki, ale teraz, kiedy tańczyłam bolero i widziałam Moskwę – Szanghaj, czułam się zbyt dorosła na naukę w szkole. Mój azyl z książek i farb nie mógł się równać z podnieceniem i blaskiem świata, który otwierał się przede mną.

Położyłam szczotkę na stoliku w holu i podniosłam słuchawkę.

– Aniu! – ryknął Siergiej po drugiej stronie linii. – Teraz, kiedy jesteś pracownicą klubu, spodziewam się ciebie o siódmej!

– Ale co ze szkołą?

– Nie sądzisz, że dosyć już szkoły? A może nadal chcesz tam chodzić?

Przycisnęłam dłoń do ust. Potknęłam się o stolik i zrzuciłam szczotkę na podłogę.

– Mam już dosyć! – wykrzyknęłam. – Właśnie o tym myślałam! Przecież mogę czytać i uczyć się na własną rękę.

Siergiej wybuchnął śmiechem i szepnął coś komuś, kto musiał stać obok niego. Ten drugi człowiek, mężczyzna, też się roześmiał.

– No to przygotuj się i przyjdź do klubu – powiedział Siergiej.

– Włóż najładniejszą sukienkę. Od dziś zawsze musisz wyglądać modnie.

Odłożyłam słuchawkę na widełki i popędziłam schodami, po drodze zdzierając z siebie szkolny mundurek. Zmęczenie, które odczuwałam zaledwie przed chwilą, zdążyło się ulotnić.

– Mei Lin! Mei Lin! – zawołałam. – Pomóż mi się ubrać!

Dziewczynka weszła na półpiętro, szeroko otwierając oczy.

– No chodź. – Złapałam ją za drobne ramię i zaciągnęłam do swojego pokoju. – Od tej chwili jesteś pokojówką pracownicy klubu Moskwa – Szanghaj!

Klub tętnił życiem. Ekipa Chińczyków czyściła schody przy użyciu mioteł i wiader z mydlinami. Jedną z szyb wybito podczas zamieszek poprzedniej nocy, szklarz wstawiał nową. W sali służące szorowały podłogę i wycierały stoliki. Pomocnicy kucharza wbiegali i wybiegali wahadłowymi drzwiami od kuchni, przenosząc pudła selerów, cebuli i buraków, które w bocznym wejściu podawał im dostawca. Odgarnęłam włosy z twarzy i wygładziłam sukienkę.

Ten strój wybrałam razem z Lubą, pewnego dnia po szkole.

Widziałyśmy go w amerykańskim katalogu. Była to różowa prosta sukienka z tiulem u góry, dekolt i dół miała przyozdobione rozetkami. Była głęboko wycięta, ale materiał zebrano na biuście, więc nie wydawała się nieprzyzwoita. Liczyłam na to, że Siergiej ją zaaprobuje i nie narobi mi wstydu, odsyłając mnie do domu, żebym się przebrała. Zapytałam jednego z kuchcików, gdzie znajdę Siergieja, a chłopak wskazał korytarz i drzwi z napisem „Biuro”.

Jednak w odpowiedzi na swoje pukanie usłyszałam głos Dymitra.

– Wejdź.

Stał obok kamiennego kominka i palił papierosa. Miał posiniaczoną i spuchniętą twarz, rękę na temblaku. Na szczęście rozpoznałam w nim Dymitra i, mimo obrażeń, wydał mi się równie przystojny jak zawsze. Zmierzył wzrokiem moją sukienkę i widziałam po jego uśmiechu, że spodobało mu się to, co zobaczył.

– Jak się miewasz dziś rano? – Otworzył okiennice i wpuścił do pomieszczenia więcej światła. Na parapecie okna stała kopia Wenus z Milo. Rzeźba i niebiesko – biały porcelanowy wazon nad kominkiem były jedynymi ozdobami w biurze. Wszystko wydawało się ponuro nowoczesne. Tekowe biurko i czerwone skórzane krzesła domino – wały w niesłychanie schludnym pomieszczeniu: nigdzie nie do – strzegłam gazety ani otwartej książki.

Okno wychodziło na aleję, która w przeciwieństwie do większości Szanghajskich uliczek była czysta. Dostrzegłam salon piękności, kawiarnię i sklep ze słodyczami. Zielone markizy były podniesione, w skrzynkach na parapetach rosło czerwone geranium.

– Siergiej kazał mi przyjść – wyjaśniłam.

Dymitr wrzucił niedopałek do paleniska.

– Poszedł gdzieś z Aleksiejem. Dziś już nie wrócą. Nie rozumiem. Powiedział… Aniu, to ja chciałem z tobą porozmawiać.

Nie byłam pewna, czy mam się cieszyć, czy bać. Usiadłam na fotelu pod oknem, Dymitr naprzeciwko mnie. Miał tak poważny wyraz twarzy, że zaczęłam się zastanawiać, czy aby nie zaszło coś strasznego – może z powodu ubiegłej nocy pojawiły się jakieś problemy z klubem.

Dymitr wskazał dłonią okno.

– Jeśli wyjrzysz na zachód, zobaczysz kilka dachów w ruinie. Tam właśnie straciłaś naszyjnik matki.

Te słowa mnie zdumiały. Po co przywoływał smutne wspomnienie? Czyżby zdołał odnaleźć pozostałe fragmenty naszyjnika?

– Stamtąd pochodzę – ciągnął. – Właśnie tam się urodziłem.

Zaskoczona ujrzałam, że jego dłoń drży. Bawił się następnym papierosem, upuścił go na kolana. Miałam ogromną ochotę ująć drżącą rękę Dymitra i ją pocałować, jakoś go pocieszyć, nie rozumiałam jednak, co się dzieje. Podałam papierosa i przytrzymałam zapalniczkę, żeby mógł go przypalić. W oczach Dymitra pojawiło się coś dziwnego, jakby przypominał sobie jakieś bolesne wydarzenia. Nie mogłam znieść tego bólu. Niczym nóż wbijał mi się wprost w serce.

– Dymitrze, nie musisz mi tego mówić – powiedziałam. – Wiesz, że nie ma dla mnie znaczenia, skąd pochodzisz.

– Aniu, chcę powiedzieć ci coś ważnego. Powinnaś to wiedzieć, zanim podejmiesz decyzję.

Jego słowa wydały mi się złowieszcze. Przełknęłam ślinę i poczułam, jak żyła pulsuje mi na szyi.

– Moi rodzice przyjechali tu z Sankt Petersburga. Opuszczali dom pod osłoną nocy. Nic ze sobą nie wzięli, nie wystarczyło czasu. Herbata ojca stygła na stole, haft matki został na fotelu przy kominku. Zbyt późno dowiedzieli się o rewolcie i uciekli z Rosji z pustymi rękami. Kiedy dotarli do Szanghaju, mój ojciec znalazł pracę jako robotnik, a potem, po moich narodzinach, jako szofer. Nigdy jednak nie pogodził się z nową rzeczywistością. Miał słabe nerwy, zszargane przez wojnę. Większość swoich skromnych zarobków przepijał i przepalał. Matka schowała dumę do kieszeni i czyściła podłogi w domach bogatych Chinek, żebyśmy mieli gdzie mieszkać. Pewnego dnia ojciec przedawkował opium i zostawił matkę z długami, których nie była w stanie spłacić. Musiała… inaczej zarabiać, żebyśmy mieli co jeść.

– Siergiej mówił mi o twojej matce. – Za wszelką cenę pragnęłam oszczędzić mu bólu. – Moja także podjęła decyzję, która wydawała się moralnie naganna, w ten sposób mnie chroniła. Matka zrobi wszystko, aby ocalić swoje dziecko.

– Aniu, wiem, że Siergiej mówił ci o mojej matce. Masz na tyle dobre serce, by to zrozumieć. Jednak wysłuchaj mnie, proszę. Są pewne rzeczy, które mnie ukształtowały.

Zawstydzona, wcisnęłam się w fotel.

– Obiecuję, że nie będę ci przerywać.

Dymitr skinął głową.

– Odkąd pamiętam, chciałem być bogaty. Nie miałem zamiaru mieszkać w rozpadającej się chałupie, cuchnącej ściekami i tak wilgotnej, że zimno przenikało do kości nawet latem. Wszyscy chłopcy wokół mnie żebrali, kradli albo pracowali w fabrykach, i nie wychodzili z biedy. Przysiągłem sobie jednak, że nigdy nie stanę się takim tchórzem jak mój ojciec. Nie poddam się, niezależnie od tego, co będę musiał poświęcić. Znajdę jakiś sposób, żeby zarobić, zapewnię godne życie sobie i matce. Na początku szukałem uczciwej pracy. Chociaż nigdy nie chodziłem do szkoły, byłem bystry, matka nauczyła mnie czytać. Mogłem jednak zarobić jedynie na jedzenie, a chciałem więcej. Kiedy ma się pieniądze, można wybrzydzać. Ale szczury ulicy? Ludzie tacy jak ja? Musieliśmy wykazać więcej sprytu. Wiesz, co robiłem? Kręciłem się pod barami i klubami, które odwiedzali bogaci, a gdy wychodzili, pytałem ich o pracę. Nie mam na myśli takich bogaczy jak Siergiej czy Aleksiej, tylko… opiumowych baronów. Im jest wszystko jedno, kim jesteś, skąd jesteś i ile masz lat. Im mniej podejrzany się wydajesz, tym lepiej.

Urwał i szukał w mojej twarzy reakcji na swoje słowa. Nie podobało mi się to, co słyszałam, ale postanowiłam milczeć.

– Opiumowi baronowie byli rozbawieni, że taki młodzik jak ja wie, kim są, i chce dla nich pracować. – Wstał i zdrową ręką chwycił za oparcie fotela. – Nosiłem im wiadomości z jednego końca miasta na drugi. Kiedyś dostarczyłem odciętą dłoń. To było ostrzeżenie. Nigdy nie wydałem na siebie ani grosza z zarobionych pieniędzy. Ukrywałem je w materacu. Oszczędzałem na lepsze mieszkanie, ładniejsze rzeczy dla matki. Zanim jednak to nastąpiło, zamordowano ją… – Puścił fotel i podszedł do kominka, zaciskając pięść. Po chwili się opanował i podjął opowieść. – Po śmierci matki jeszcze bardziej się zawziąłem. Gdybyśmy byli bogaci, matka by nie zginęła. Tak uważałem. Nadal tak sądzę.

Wolałbym raczej umrzeć, niż znowu zbiednieć, bo biedak w niczym nie jest lepszy od trupa. Nie jestem dumny ze wszystkiego, co robiłem, ale i niczego nie żałuję. Cieszę się, że żyję. Jako piętnastolatek miałem szerokie plecy i silną pierś. Byłem również przystojny. Opiumowi baronowie nazywali mnie swoim przystojnym ochroniarzem. Zatrudnianie potomka białogwardzisty w swojej świcie dodawało prestiżu. Kupowali mi jedwabne garnitury, towarzyszyłem im w najlepszych klubach w mieście. Pewnej nocy dostarczałem paczkę do francuskiej dzielnicy. Kiedy przekazywałem coś bezpośrednio od jednego z baronów, mogłem być pewien, że trafię w miejsce z klasą. Nie do nory dla średniaków: mrocznej, śmierdzącej i pełnej zrozpaczonych klientów w rodzaju mojego ojca. Nie do speluny, w której rikszarze wkładają rękę przez dziurę, by dostać zastrzyk. To miejsce przypominało raczej pięciogwiazdkowy hotel niż burdel: czarne meble na wysoki połysk, jedwabne parawany, francuska i chińska porcelana, włoska fontanna w recepcji. Pełno tu było białych dziewcząt i Euroazjatek. Zaniosłem przesyłkę madame. Wybuchnęła śmiechem po przeczytaniu wiadomości od barona, pocałowała mnie w czoło i za fatygę obdarzyła złotymi spinkami do mankietów.

Wychodząc, minąłem pokój z lekko uchylonymi drzwiami. Ze środka dobiegły mnie szepty. Z ciekawości zajrzałem i dostrzegłem mężczyznę na łóżku. Dwie dziewczyny szperały mu po kieszeniach, co nawet w tak luksusowych przybytkach jest na porządku dziennym, gdy klient upija się do nieprzytomności. Przeszukały mu ubranie i znalazły coś na szyi. Z daleka przypominało to obrączkę na łańcuszku. Usiłowały go zdjąć, ale nie mogły sięgnąć drobnymi rękami do zapięcia. Jedna z nich zaczęła gryźć łańcuszek, jakby chciała go rozerwać zębami. Mogłem zamknąć drzwi i odejść, jednak ten człowiek wydawał mi się bezbronny. Może przypominał mi ojca. Nie myśląc wiele, wpadłem do pokoju i oznajmiłem dziewczynom, żeby zostawiły klienta w spokoju, bo to dobry przyjaciel Czerwonego Smoka. Cofnęły się z przerażeniem. Pomyślałem, że to zabawne, więc zażądałem, żeby odźwierny pomógł mi zaprowadzić nieznajomego do rikszy. Cała nasza czwórka musiała się tym zająć.

– Moskwa – Szanghaj – wyszeptał do mnie na odchodnym jeden z odźwiernych. – To właściciel klubu. Zarumieniłam się. Nie chciałam, żeby Dymitr ciągnął tę opowieść. Nie takiego Siergieja znałam. Dymitr spojrzał na mnie i się roześmiał. – Chyba nie muszę ci mówić, kim był ten mężczyzna, Aniu.

Zdumiałem się. Moskwa – Szanghaj był najlepszym nocnym klubem w mieście, nawet Czerwony Smok nie miał tam wstępu. Tak czy owak, w rikszy Siergiej zaczął odzyskiwać przytomność. Natychmiast złapał za łańcuszek na szyi.

– Nic się z nim nie stało – uspokoiłem go. – Ale wyczyściły panu kieszenie.

Klub był już zamknięty, gdy do niego dotarliśmy. Dwóch kelnerów paliło na zapleczu papierosy, zawołałem ich, żeby pomogli mi wprowadzić Siergieja. Położyliśmy go na sofie w biurze. Nie był w najlepszej formie.

– Ile masz lat, dzieciaku? – spytał mnie. Kiedy odpowiedziałem, wybuchnął śmiechem. – Słyszałem o tobie. Następnego dnia zobaczyłem Siergieja na progu swojego mieszkania. W tym pięknie skrojonym płaszczu i ze złotym zegarkiem nie pasował do slumsów. Miał szczęście, że nikt go nie załatwił. Myślę, że to dzięki posturze i dzikiemu spojrzeniu. Inny facet od razu padłby ofiarą rabusiów. – Baronowie, dla których pracujesz, tylko się tobą bawią – powiedział. – Jesteś ich zabawką, wyrzucą cię jak starą kurwę, kiedy im się znudzisz. Chcę, żebyś pracował dla mnie. Nauczę cię zarządzać klubem.

Tak oto Siergiej zapłacił baronom i zabrał mnie do swojego domu. Do domu, w którym ty teraz mieszkasz. Mój Boże! Czy myślisz, że kiedykolwiek w życiu widziałem coś podobnego? Kiedy przestąpiłem próg, myślałem, że oczy mi spłoną od tego piękna. Ty tak nie pomyślałaś, Aniu, prawda? Przywykłaś do luksusowych rzeczy. Ja jednak czułem się jak podróżnik na nieznanym terenie.

Siergieja bawiło to moje dotykanie każdego wazonu, gapienie się na obrazy i talerze na stole, zupełnie jakbym dotąd nie widział zastawy. Wcześniej nie miałem do czynienia z taką elegancją. W rezydencjach opiumowych baronów było mnóstwo tandetnych rzeźb, czerwonych ścian i gongów, symboli władzy, nie bogactwa.

W domu Siergieja odnalazłem coś innego. Wiedziałem, że gdybym miał taki dom, byłbym naprawdę bogaty. Nie takim bogactwem, które mogą ci w każdej chwili odebrać. Nie takim, przez które czujesz, że żyjesz z nożem wbitym w plecy. Taki dom zmieniłby mnie z hołoty w dżentelmena. Chciałem być więcej niż bogaty. Chciałem mieć to, co Siergiej.

Siergiej przedstawił mnie Amelii. Wystarczyła jedna krótka rozmowa, żebym zrozumiał, że to nie jej dom zawdzięcza swój wystrój. Jak ja, dopiero trafiła do świata luksusu. Nie brak jej było jednak rozumu. Nie urodziła się w bogactwie, ale wyczuwa je niczym łasica. Jednak potrafi tylko stać się na tyle pociągająca, by uszczknąć trochę tego bogactwa. Nie ma pojęcia, jak je tworzyć.

Roześmiał się pod nosem. Po raz pierwszy zauważyłam jego ciepłe uczucia do Amelii. Odkrył to, wyrażając się o niej w ten sposób. Wstrząsnął mną dreszcz. Wiedziałam, że nic na to nie poradzę, znali się na długo przed moim przybyciem. Poza tym Dymitr już mi wspominał, że są do siebie podobni.

– Jest nerwowa. – Popatrzył na mnie. – Zauważyłaś to, Aniu? Drażliwa. Kiedy się coś wywalczyło, trzeba tego strzec. Nie można się odprężyć. Ludzie urodzeni w bogactwie tego nie wiedzą. Nawet kiedy wszystko tracą, zachowują się tak, jakby pieniądze nie miały żadnego znaczenia. – Westchnął. – Później dowiedziałem się o Marinie. To ona urządziła ten dom. Siergiej po prostu obrzucał ją pieniędzmi. Właściwie nawet nie wiedział zbyt dobrze, co kupowała.

Tak bardzo ją kochał, że dawał jej wszystko. Pewnego dnia otworzył oczy i odkrył, że mieszka w pałacu. Powiedział mi, że on był jedynie kupcem z wielkimi pieniędzmi, a Marina prawdziwą arystokratką; a arystokraci mają dobry gust. Zapytałem, co to znaczy arystokrata, a on odparł: „Ktoś dobrze urodzony i wychowany”.

Dymitr umilkł na chwilę i oparł głowę o gzyms przed kominkiem. Moje myśli powędrowały do ojca. Wypełnił nasz dom pięknymi i unikatowymi przedmiotami, ale stracił majątek po opuszczeniu Rosji. Może Dymitr miał rację. Mój ojciec nie miałby pojęcia, jak być biedakiem, nawet gdyby się bardzo starał. Zawsze powtarzał, że lepiej obejść się bez czegoś, niż zadowalać byle czym.

– Tak czy owak, Siergiej zatrudnił mnie w klubie i dobrze wynagradzał moje starania – ciągnął Dymitr. – Powiedział, że jestem dla niego jak syn, a ponieważ nie ma dzieci, po jego śmierci Amelia i ja odziedziczymy klub. W dniu, w którym wszedłem do lokalu i klienci powitali mnie jak równego sobie, wiedziałem, że osiągnąłem swój cel. Byłem bogaty. Mieszkam w pięknym mieszkaniu w Lafayette. Szyję garnitury w Anglii. Mam służącą i odźwiernego. Niczego mi nie brakuje, poza jedną najważniejszą rzeczą.

Usiłowałem odtworzyć to, co widziałem w domu Siergieja, i poniosłem klęskę. Moja otomana, mahoniowe krzesła, orientalne dywany nie pasują do siebie ot tak, bez wysiłku, jak w bibliotece Siergieja. Niezależnie od tego, jak ustawię meble, mieszkanie przypomina krzykliwy dom towarowy. Amelia usiłowała mi pomóc. „Mężczyźni to niezguły”, powiedziała. Ale ona radzi sobie tylko z nowymi, modnymi rzeczami. Nie tego pragnąłem. Kiedy usiłowałem jej to wytłumaczyć, popatrzyła na mnie i zapytała: „Chcesz, żeby twoje meble wyglądały na stare?”. Pewnego dnia zjawiłaś się ty, Aniu. Widziałem, jak po raz pierwszy próbujesz zupy z płetwy rekina, jak spokojnie to robisz. Natychmiast uświadomiłem sobie, że masz tę istotę… ten element… to, czego brakuje nam wszystkim, nawet Siergiejowi. Ty tego nie wiedziałaś, rzecz jasna, dla ciebie to równie naturalne jak oddychanie. Do stołu siadasz spokojnie, nie jak zwierzę, które oczekuje, że lada chwila wyrwą mu jedzenie. Zauważyłaś to kiedyś, Aniu? Jak subtelnie jesz? Reszta zmiata potrawy, jakbyśmy mieli za moment ruszyć na wojnę. Ta dziewczyna wydźwignie mnie z błota, powiedziałem sobie. Dzięki niej zmienię się z szumowiny w króla. W dniu, w którym pojawiłaś się w Szanghaju, tuż po tym jak straciłaś matkę, rozmawiałaś ze mną o obrazie w bibliotece Siergieja. Pamiętasz? To był francuski impresjonista, a ty objaśniałaś mi, jakie znaczenie ma rama dla tego obrazu. Nie mogłem tego zrozumieć, dopóki nie zrobiłaś z palców kwadratu i nie kazałaś mi popatrzeć. Później, dzień po utracie naszyjnika, odprowadziłaś mnie do furtki i pokazałaś, że w ogrodzie właśnie zakwitły astry. Aniu, nawet kiedy ci ciężko na sercu, mówisz o tych drobiazgach, jakby to były najważniejsze rzeczy na świecie. Rzadko jednak rozmawiasz o ważnych sprawach, takich jak pieniądze. A kiedy już mówisz, traktujesz je jak coś zupełnie nieistotnego.

Dymitr zaczął spacerować po pokoju, z zarumienionymi policzkami, i wynajdywał coraz to nowe rzeczy, którymi mu imponowałam. Nie miałam pojęcia, do czego zmierza. Czyżby chciał, abym urządziła mu dom? Zapytałam go o to, a on klasnął w dłonie i wybuchnął śmiechem, aż łzy spłynęły mu po policzkach.

Po chwili się uspokoił, przetarł oczy i powiedział:

– Pewnego dnia zagubiłaś się w świecie podobnych do mnie szumowin, a kiedy Siergiej, na wpół oszalały, przybiegł mi to powiedzieć, ja też omal nie oszalałem. Potem cię znaleźliśmy. Te sukinsyny podarły ci sukienkę i podrapały ciało brudnymi szponami, jednak nie zdołały cię poniżyć. Nawet siedząc w więziennej celi, jedynie w szmatach, nadal miałaś w sobie godność. Tamtej nocy Siergiej przyszedł do mnie. Strasznie płakał, myślałem, że umarłaś. On cię kocha. Wiesz o tym, Aniu? Obudziłaś w nim uczucia, które przez długi czas pozostawały w uśpieniu. Gdybyś zjawiła się wcześniej, nigdy nie sięgnąłby po opium. Teraz jednak jest już za późno. Wie, że nie będzie żył wiecznie. Kto się tobą zajmie, kiedy jego zabraknie?

Chciałem, żeby właśnie mnie o to poprosił. Traktował cię jednak nadopiekuńczo, a ja się obawiałem, że nie jestem dla ciebie wystarczająco dobry. Niezależnie od mojego ewentualnego bogactwa, i niezależnie od zapewnień Siergieja o miłości do mnie, nie mogłem cię mieć. Niezależnie od tego, w co się ubieram, co jem i z kim rozmawiam, na zawsze miałem pozostać szumowiną.

Przeszukałem boczne uliczki francuskiej dzielnicy w poszukiwaniu naszyjnika twojej matki. Postanowiłem na ciebie zasłużyć. Następnego dnia jednak, zupełnie jakby pod wpływem magii, powiedziałaś, że chcesz uczyć się tańczyć ze mną. Ze mną. Mój Boże, zbiłaś mnie z tropu tym żądaniem! Nagle ujrzałem w twoich oczach coś, czego nigdy dotąd nie wziąłem pod uwagę. Tam, w twoich błękitnych jak kwiaty oczach. Byłaś we mnie zakochana. Siergiej tylko zerknął na nas w tańcu i też się tego domyślił. Ujrzał siebie i Marinę trzydzieści lat wcześniej. Zrozumiałem, że ucząc nas bolera, oddawał mi ciebie. Nie mógł powstrzymać tego, co przyszło naturalnie. Historia lubi się powtarzać.

Dymitr się zawahał, gdyż wstałam z fotela i teraz opierałam się o okno.

– Aniu, proszę, nie płacz. – Pośpieszył ku mnie. – Nie miałem zamiaru cię przygnębiać.

Usiłowałam coś powiedzieć, ale nie mogłam. Szlochałam tylko jak dziecko. W głowie mi się kręciło. Obudziłam się rano w oczekiwaniu na jeszcze jeden zwykły dzień i nagle Dymitr opowiadał mi o sprawach, których nie mogłam pojąć.

– Czy ty tego nie chcesz? – spytał. Dotknął mojego ramienia i odwrócił mnie tak, żebym popatrzyła mu w oczy. – Siergiej powiedział, że możemy się pobrać po twoich szesnastych urodzinach.

Pokój zasnuł się mgłą. Kochałam Dymitra, ale te nagłe oświadczyny i jego wyznanie zdumiały mnie i poczułam się niepewnie.

On zdążył się przygotować, jednak jego słowa trafiły mnie niczym pocisk. Gdy zegar nad kominkiem wybił południe, drgnęłam. Nagle zdałam sobie sprawę z innych dźwięków: służące sprzątały korytarze, kucharz ostrzył nóż, ktoś śpiewał La vie en rose. Popatrzyłam na Dymitra. Uśmiechnął się do mnie poranionymi wargami i moje zmieszanie ustąpiło miejsca miłości. Czy naprawdę miałam zostać żoną Dymitra? Musiał ujrzeć moją zmienioną minę, bo padł na kolana.

– Anno Wiktorowno Kozłowa, wyjdziesz za mnie? – spytał, całując mnie po rękach.

– Tak – odparłam, śmiejąc się i płacząc jednocześnie. – Tak Dymitrze Juriewiczu Łubieński, wyjdę za ciebie.

Po południu Dymitr ogłosił nasze zaręczyny, a Siergiej odwiedził mnie w kryjówce nieopodal drzewa gardenii. Ujął moje ręce, a w kącikach jego oczu ukazały się łzy.

– Co przygotujemy na wesele? – spytał. – Gdyby tylko była tu moja ukochana Marina… i twoja matka… to by dopiero było wydarzenie!

Siergiej usiadł obok mnie i razem wpatrywaliśmy się w promienie słońca pobłyskujące między liśćmi drzew. Wyciągnął z kieszeni pogniecioną kartkę i wyprostował ją na kolanie.

– Nosiłem ze sobą ten poemat Anny Achmatowej, bo mnie wzruszył – powiedział. – Chciałbym ci go przeczytać.

Wzięli cię, gdy ledwie brzask zaświecił,

Szłam za tobą, jak za trumną kondukt.

W ciemnej izbie zapłakane dzieci,

Przed obrazem topniał świeczki kontur.

Od warg twoich wionął chłód ikony,

Pot śmiertelny… Choć pamięć daremna,

Tak jak strzelców Piotrowych żony

Będę wyła pod wieżami Kremla. [Anna Achmatowa, Requiem, przełożył Stanisław Barańczak, w: Ocalone w tłumaczenia. Szkice o warsztacie tłumacza poezji z dołączeniem małej antologii przekładów, Wydawnictwo 1992, Poznań.]

Kiedy Siergiej czytał te słowa, poczułam ścisk w gardle i zaczęłam płakać. Od lat tłumiłam w sobie te łzy. Szlochałam tak głośno i boleśnie, jakby serce miało wyskoczyć mi z piersi. Siergiej także płakał, jego niedźwiedzi tors unosił się i opadał w rytm szlochu.

Objął mnie i przywarliśmy do siebie mokrymi policzkami. Kiedy szlochy ucichły, zaczęliśmy się śmiać.

– Wyprawię ci najpiękniejsze wesele na świecie – powiedział, wycierając wierzchem dłoni zaczerwienione usta.

– Czuję mamę w sobie – szepnęłam. – Wiem, że pewnego dnia ją odnajdę.

Tego wieczoru Amelia, Luba i ja wystroiłyśmy się w długie atłasowe suknie, mężczyźni włożyli najlepsze smokingi. Wszyscy wcisnęliśmy się do limuzyny i ruszyliśmy do Moskwy – Szanghaju.

Ze względu na wczorajszą bijatykę klub dziś nie działał. Wszystko już naprawiono, ale zamknięcie lokalu na jedną noc było zręcznym posunięciem reklamowym. Właśnie tego wieczoru mieliśmy cały klub dla siebie. Siergiej zapalił lampy, parkiet zalało światło.

Dymitr zniknął w biurze i wrócił po chwili z przenośnym radiem.

Tańczyliśmy do dźwięków J’ai deux amours, trzymając w dłoniach kieliszki z szampanem i usiłując śpiewać jak Josephine Baker.

– Paryż… Paryż… – gruchał Siergiej, z twarzą przyciśniętą do policzka Amelii. W świetle odbijającym się od jego barków i otaczającym głowę wyglądał jak anioł.

Koło północy powieki zaczęły mi opadać. Oparłam się o Dymitra.

– Odwiozę cię do domu – wyszeptał. – Chyba zmęczyłaś się tym całym zamieszaniem.

Na progu Dymitr przyciągnął mnie do siebie i zaczął namiętnie całować. Dotyk jego pełnych warg zaskoczył mnie, ciarki przeszły mi po plecach. Spijałam jego smak, sączyłam pocałunki jak szampana. Nagle drzwi domu się otworzyły i usłyszałam krzyki Starej Służącej. Dymitr zrobił krok do tyłu.

– Przecież się pobieramy – powiedział z uśmiechem do Chinki.

Spiorunowała go wzrokiem i ruchem szpiczastej brody wskazała mu furtkę. Po jego odejściu przekręciła zamek i zmusiła mnie do pójścia na górę, ścierając z moich warg wilgoć pozostawioną tam przez Dymitra.

W sypialni panowała duchota. Służące zaciągnęły zasłony, żeby nie wpuszczać komarów. Mimo otwartych okien było parno i wilgotno, jak w cieplarni. Po szyi spłynęła mi kropla potu. Zgasiłam światło i rozsunęłam zasłony. W ogrodzie stał Dymitr, spoglądał na mnie. Uśmiechnęłam się, a on zamachał.

– Dobranoc, Aniu – powiedział, wrócił na ścieżkę i zniknął za furtką niczym złodziej. Przepełniała mnie radość. Pocałunek był niczym dobry czar, przypieczętował nasz związek. Ściągnęłam sukienkę i rzuciłam ją na krzesło, rozkoszując się podmuchem powietrza na nagiej skórze. Padłam na łóżko.

Nocne powietrze było lepkie i nieruchome. Zamiast odrzucić pościel, opatuliłam się nią szczelnie, przypominałam owada w kokonie. Obudziłam się wczesnym rankiem, rozpalona i niespokojna.

Amelia i Siergiej kłócili się na dole, każde słowo było słychać wyraźnie jak brzęk szkła.

– Co ty wyprawiasz, stary głupcze? – mówiła bełkotliwie Amelia nietrzeźwym głosem. – Po co zadajesz sobie dla nich tyle trudu? Patrz na te wszystkie rzeczy! Gdzie ty to ukrywałeś?

Słyszałam brzęk filiżanek stawianych na talerzykach i rozrzucanych po stole sztućców.

– Są dla mnie jak dzieci – wyjaśnił Siergiej. – Od wielu lat to najszczęśliwsze chwile w moim życiu.

Amelia roześmiała się piskliwie.

– Doskonale wiesz, że tak im zależy na ślubie, bo chcą się pieprzyć! Gdyby to była prawdziwa miłość, poczekaliby, aż Ania skończy osiemnaście lat.

– Idź spać. Wstyd mi za ciebie – odparł Siergiej podniesionym, lecz spokojnym głosem. – Marina i ja byliśmy w wieku Ani i Dymitra, gdy braliśmy ślub.

– No tak. Znowu Marina – mruknęła Amelia.

W domu zapadła cisza. Po chwili usłyszałam kroki na korytarzu i drzwi mojego pokoju się otworzyły. Stanęła w nich Amelia, z rozpuszczonymi czarnymi włosami i w białej sukni. Wpatrywała się we mnie, nieświadoma, że nie śpię. Zadrżałam, jakby jej spojrzenie było długim, ostrym paznokciem, przejeżdżającym mi po krzyżu.

– Kiedy wy wszyscy przestaniecie żyć przeszłością? – powiedziała cicho.

Leżałam nieruchomo. Udałam westchnienie przez sen, a ona się wycofała, zostawiając otwarte drzwi.

Czekałam, aż usłyszę szczęk zamka w drzwiach jej sypialni, a następnie wyśliznęłam się z łóżka i zeszłam na dół. Czułam chłód klepek pod rozpalonymi stopami, moje wilgotne palce przywierały do poręczy. Dom pachniał olejkiem cytrynowym i kurzem.

Na parterze było ciemno i pusto. Zastanawiałam się, czy Siergiej także poszedł spać, ale dostrzegłam światełko pod drzwiami sypialni.

Podeszłam na palcach i przycisnęłam ucho do rzeźbionego drewna.

Po drugiej stronie usłyszałam przepiękne dźwięki: rzewną melodię, tak intrygującą i pełną emocji, że zdawała się przenikać przez moją skórę i kłuć mnie od środka. Wahałam się chwilę, po czym obróciłam gałkę.

Wszystkie okna były otwarte, na niskim kredensie stał stary gramofon. W półmroku widziałam pudła kłębiące się na stole.

Część z nich była otwarta, wyłożona papierem tak żółtym i pogniecionym, że kruszył się w moich rękach. Wieże półmisków i naczyń ustawiono kompletami. Podniosłam jedno z naczyń. Było obramowane złotem i przystemplowane rodzinnym herbem. Usłyszałam jęk. Podniosłam wzrok i ujrzałam Siergieja na fotelu przy kominku. Skrzywiłam usta w oczekiwaniu na błękitny dym. Jednak Siergiej wcale nie palił opium, i od tej nocy nigdy nie wziął go do ust. Jego dłoń zwieszała się bezwładnie, myślałam, że może zasnął.

Trzymał nogi na brzegu otwartej walizki, z której wystawało coś, co przypominało puchatą chmurę.

– Requiem Dworaka. – Popatrzył na mnie. Twarz skrył w cieniu, ale widziałam zmęczenie w jego oczach i sine wargi. – Uwielbiała ten fragment. Posłuchaj.

Podeszłam do niego i przysiadłam na oparciu fotela. Ujęłam w dłonie głowę Siergieja. Muzyka potężniała wokół nas. Skrzypce i bębny wzniecały burzę; marzyłam, aby jak najszybciej minęła.

Dłoń Siergieja zacisnęła się na mojej. Przycisnęłam jego palce do ust.

– Nigdy nie przestajemy za nimi tęsknić, prawda, Aniu? – westchnął. – Życie nie toczy się dalej, jak nam wmawiają. Zatrzymuje się. Tylko dni pędzą przed siebie.

Pochyliłam się i pogłaskałam coś białego w walizce. W dotyku przypominało aksamit. Siergiej pociągnął za sznurek od lampy i w jej świetle ujrzałam jakąś tkaninę.

– Wyjmij – polecił mi.

Kiedy uniosłam materiał, okazało się, że to suknia ślubna. Jedwab był stary, ale w doskonałym stanie.

Razem z Siergiejem położyłam ciężką suknię na stole. Podziwiałam naszyte na nią perełki, a spiralne hafty kojarzyły się ze słonecznikami van Gogha. Byłam pewna, że wyczuwam zapach fiołków. Siergiej otworzył drugą walizkę i wyjął jakieś zawiniątko. Położył złoty diadem i welon nad suknią, gdy ja rozprostowywałam spódnicę. Tren obrębiono błękitną, czerwoną i złotą atłasową wstążką: barwami rosyjskiej arystokracji.

Siergiej popatrzył na suknię, wspomnienie szczęśliwszych dni w jego życiu. Wiedziałam, o co mnie zapyta, zanim jeszcze otworzył usta.

Dymitr i ja wzięliśmy ślub wkrótce po moich szesnastych urodzinach, wśród uderzających do głowy zapachów tysięcy kwiatów.

Poprzedniego dnia Siergiej odwiedził najlepszych kwiaciarzy i prywatne ogrody w mieście. Wrócił ze służącym samochodem pełnym egzotycznych roślin i wiązanek, po czym zmienili foyer Moskwy – Szanghaju w aromatyczny ogród. Róże Księżna Brabantu o wyjątkowo obfitych kielichach wypełniały powietrze słodkim zapachem malin. Kanarkowożółte Perle de Jardins o zapachu świeżo zmielonej herbaty wyrastały spomiędzy lśniących ciemno – zielonych liści. Wśród tych wszystkich zmysłowych róż Siergiej ustawił eleganckie białe kalie i orchidee. Do tej oszałamiającej mieszanki dodał cynowe misy pełne wiśni, winogron i nadziewanych przyprawami jabłek i w rezultacie uzyskał efekt zmysłowego zapamiętania.

Siergiej wprowadził mnie do holu. Dymitr odwrócił się i utkwił we mnie wzrok. Kiedy zobaczył mnie w sukni Mariny, z bukietem fiołków w dłoni, jego oczy napełniły się łzami. Podbiegł do nas i przycisnął ogoloną twarz do mojego policzka.

– Aniu, w końcu nam się udało – powiedział. – Jesteś księżniczką, a ja dzięki tobie stanę się księciem.

Byliśmy bezpaństwowcami. Nasze małżeństwo niewiele znaczyło w oczach oficjalnego Kościoła, cudzoziemskich i chińskich władz, jednak dzięki swoim znajomościom Siergiej sprowadził francuskiego urzędnika, który zgodził się wystąpić w roli mistrza ceremonii. Niestety, biedny człowiek miał okropny katar sienny, co kilka minut musiał wydmuchiwać nos. Później Luba powiedziała mi, że urzędnik przyjechał wcześniej i na widok przepięknych róż podbiegł ku nim, by wdychać ich aromat, jakby umierał z pragnienia, choć wiedział, że jego stan się przez to pogorszy.

– Oto moc piękna – westchnęła, wygładzając mój welon. – Korzystaj z niej, póki możesz.

Kiedy składaliśmy przysięgę, Siergiej stał obok mnie, a Aleksie i Luba krok za nim. Amelia siedziała przy imitacji okna. W falbaniastej czerwonej sukience i kapeluszu wyglądała jak goździk wśród róż. Sączyła szampana, odwrócona ku namalowanemu niebu, jakbyśmy wszyscy przyszli tu na piknik, a ona podziwiała widoki.

Tego dnia jednak byłam tak szczęśliwa, że jej obraźliwe zachowanie wręcz mnie bawiło. Amelia nie cierpiała, gdy to ktoś inny znajdował się w centrum uwagi. Nikt jej jednak nie ofuknął ani nie komentował tych fochów. Przynajmniej wstała z łóżka i przyszła. Więcej nie można się było po niej spodziewać.

Po złożeniu małżeńskiej przysięgi Dymitr i ja wymieniliśmy pocałunek. Luba obeszła nas trzy razy z ikoną przedstawiającą świętego Piotra, a jej mąż i Siergiej trzaskali batem i wrzeszczeli, aby odpędzić złe duchy. Urzędnik zakończył ceremonię kichnięciem tak silnym, że przewrócił jeden z wazonów, a pachnące płatki rozsypały się u naszych stóp.

– Przepraszam – powiedział natychmiast Francuz.

– Nie ma za co! – wykrzyknęliśmy wszyscy. – To na szczęście! Wystraszył pan diabła!

Siergiej osobiście zajął się przygotowaniem weselnej uczty. Tego dnia pojawił się w klubowej kuchni o piątej rano, z torbami świeżych warzyw i mięsa z targu. Jego włosy i palce przesiąkły zapachem egzotycznych ziół, które zmielił, aby doprawić nimi potrawy z kawioru, solankę, wędzonego łososia i czeczugę w sosie z szampana.

– Mój Boże. – Urzędnik wybałuszył oczy. – Zawsze mnie cieszyło, że urodziłem się Francuzem, jednak teraz zaczynam żałować, że nie jestem Rosjaninem.

Oczy Siergieja skrzyły się szczęściem, ale wyglądał na zmęczonego. Był blady, miał spierzchnięte usta.

– Zbyt ciężko pracowałeś – stwierdziłam. – Proszę, odpocznij. Dymitr i ja się tobą zajmiemy.

Potrząsnął tylko głową. Od miesięcy często widywałam ten gest. Siergiej zerwał z popołudniowym paleniem opium równie łatwo jak z niezbyt pasjonującym hobby, a w ramach terapii rzucił się w wir przygotowań do wielkiego dnia. Pracował od brzasku, codziennie wymyślał coraz to lepsze i wspanialsze plany. Kupił Dymitrowi i mnie mieszkanie niedaleko swojej rezydencji i nawet nie pozwolił nam go obejrzeć.

– Nie, dopóki nie będzie wykończone. Nie przed nocą poślubną – oświadczył.

Twierdził, że zatrudnił stolarzy, ale podejrzewałam – każdego dnia po powrocie pachniał żywicą i trocinami – że sam zajął się stolarką. Mimo moich nalegań, by odpoczął, nadal pracował.

– Nie przejmuj się mną – mówił, gładząc mnie po policzku stwardniałymi od odcisków dłońmi. – Nie masz pojęcia, jaki jestem szczęśliwy. Czuję w sobie życie, tętni w moich żyłach, słyszę w uszach jego śpiew. Zupełnie, jakby Marina znów była u mojego boku.

Jedliśmy i piliśmy aż do wczesnych godzin porannych, śpiewając tradycyjne rosyjskie pieśni i rozbijając na szczęście kieliszki o podłogę. Kiedy Dymitr i ja byliśmy gotowi do odejścia, Luba wręczyła mi wielki bukiet kwiatów.

– Wykąp się w nich – powiedziała. – Potem daj mu wypić trochę wody, a nigdy nie przestanie cię kochać.

Siergiej podrzucił nas na próg naszego nowego domu, ucałował i wsunął klucze do kieszeni Dymitra. Powiedział na odchodne:

– Kocham was oboje jak własne dzieci.

Kiedy auto Siergieja zniknęło za rogiem, Dymitr otworzył drzwi z matowego szkła i wbiegliśmy do foyer, a stamtąd na pierwsze piętro. W tym jednopiętrowym budynku nasze mieszkanie było jednym z trzech na górze. Napis na złotej tabliczce na drzwiach głosił: „Łubieńscy”. Przejechałam palcami po literach. Łubieńska, tak teraz brzmiało moje nazwisko. Poczułam się jednocześnie podniecona i smutna.

Dymitr pokazał mi klucz. Wyglądał pięknie, wykonano go z kutego żelaza i pięknie ozdobiono uchwyt.

– Na zawsze – powiedział Dymitr.

Złapaliśmy się za ręce i wspólnie przekręciliśmy klucz w zamku.

Salon był duży, wysoki, wielkie okna wychodziły na ulicę. Brakowało zasłon, lecz na kołkach już wisiały lambrekiny. Za szybą dostrzegłam skrzynki pełne fiołków. Uśmiechnęłam się, zachwycona, że Siergiej zasadził tu ulubione kwiatki Mariny. Naprzeciwko kominka stała komfortowa francuska sofa. Wszystko pachniało farbą i nową tkaniną. Mój wzrok padł na serwantkę w kącie pokoju i przeszłam po miękkim dywanie, żeby sprawdzić, co się tam znajduje. Za szybką ujrzałam swoje matrioszki; uśmiechały się do mnie. Uniosłam dłoń do ust, żeby nie wybuchnąć płaczem. Tuż przed ślubem wiele razy szlochałam, świadoma, że w tym najważniejszym dniu mojego życia zabraknie matki.

– Pomyślał o wszystkim – powiedziałam. – Wszystko tu zrobił z miłości.

Uniosłam wzrok, wciąż przyciskając róże do piersi. Dymitr stał w wejściu pod łukowatym sklepieniem. Za nim dostrzegłam korytarz prowadzący do łazienki. Sufit był niski, niczym w domku dla lalek, a ściany wyklejone kwiecistą tapetą. Przypominała mi ogród w Moskwie – Szanghaju, który Siergiej stworzył specjalnie na mój ślub.

Podeszłam do Dymitra i razem wkroczyliśmy do łazienki. Wyjął róże z mojej dłoni i wrzucił je do misy. Przez dłuższy czas nie odzywaliśmy się do siebie ani słowem. Spoglądając sobie w oczy, nasłuchiwaliśmy bicia naszych serc. Po chwili Dymitr sięgnął do moich ramion i zaczął odpinać haftki sukni. Skóra mi mrowiła pod wpływem jego dotyku. Choć zaręczyliśmy się już przed rokiem, nigdy nie znaleźliśmy się w intymnej sytuacji. Siergiej do tego nie dopuścił.

Dymitr zsunął ze mnie suknię, która opadła na podłogę. Napełniłam wannę, on zaś zdjął koszulę i spodnie. Zahipnotyzowała mnie gładkość jego skóry, szeroka pierś porośnięta ciemnymi włosami. Stanął za mną i uniósł moją halkę nad talię, piersi i głowę. Czułam jego penis na swoim udzie. Dymitr wyjął kwiaty z misy i razem rozrzuciliśmy płatki na powierzchni wody. Kąpiel chłodziła mi skórę, lecz nie ostudziła pożądania. Dymitr wśliznął się za mną, dłońmi zaczerpnął wody i ją przełknął.

W sypialni były dwa okna w wykuszach, wychodzące na wewnętrzne podwórze. Podobnie jak w salonie, nie zawieszono w nich zasłon, prywatność zapewniała nam dżungla paproci w doniczkach na parapecie. Dymitr i ja zatonęliśmy w uścisku. Na klepkach wokół nas zebrała się kałuża wody. Przytulona do jego rozgrzanej skóry, pomyślałam o dwóch świecach stapiających się w jedno.

– Myślisz, że w takim łożu arystokracja spędzała swoje poślubne noce? – spytał, biorąc mnie za rękę. W kącikach jego oczu pojawiły się drobne zmarszczki od uśmiechu. Pociągnął mnie ku łożu z brązu i położył na czerwonej narzucie.

– Pachniesz jak róże – powiedziałam, scałowując krople wody z jego brwi.

Dymitr objął mnie i zaczął wodzić palcami po moich piersiach. Poczułam falę rozkoszy, od szyi aż po czubki palców. Język Dymitra dotknął mojej skóry. Złapałam rękami jego ramiona i usiłowałam się odsunąć, ale objął mnie jeszcze mocniej. Przypomniałam sobie, jak matka i ja leżałyśmy latem na łące, zapach trawy w naszych ubraniach i we włosach. Matka często ściągała mi buty, by połaskotać mnie w stopy. Śmiałam się i wiłam, jednocześnie zachwycona i zła. Właśnie tak się czułam, gdy dotykał mnie Dymitr.

Dłonie Dymitra powędrowały do moich bioder. Jego włosy łaskotały mi brzuch. Dymitr rozwarł moje kolana, poczułam, jak rumieniec wykwita mi na policzkach. Zawstydzona, usiłowałam złączyć nogi, ale rozsunął je jeszcze szerzej i całował skórę moich ud. Wokół nas unosił się zapach róż, otworzyłam się przed Dymitrem niczym pąk.

Nagle poruszył nas jakiś dźwięk. Dzwonił telefon. Usiedliśmy. Dymitr z zadumą zerknął przez ramię.

– Pomyłka – powiedział. – Nikt by do nas nie zatelefonował.

Czekaliśmy, aż telefon przestanie dzwonić. Kiedy umilkł, Dymitr przycisnął twarz do mojej szyi. Pogłaskałam go po włosach, pachniały wanilią.

– Nie myśl o tym. – Położył mnie na łóżku. – To była pomyłka.

Znieruchomiał nade mną, z przymkniętymi oczami, a ja przyciągnęłam go do siebie. Nasze usta się spotkały. Czułam, jak wchodzi we mnie. Objęłam go jeszcze mocniej. W żołądku dziwnie mi trzepotało, jakby uwiązł tam jakiś ptak. Ciepło Dymitra wdarło się we mnie, świat zawirował. Oplotłam go nogami i ugryzłam w ramię.

Jednak później, gdy opadliśmy na zmiętą pościel, a Dymitr zasnął z ręką na mojej piersi, dzwonek telefonu odzywał się echem w mojej pamięci. Ogarnął mnie lęk.

Następnego ranka obudził mnie trzepot skrzydeł. Zaspana, zauważyłam gołębia na parapecie. Dymitr musiał nocą otworzyć okno, gdyż ptak siedział w mieszkaniu. Wyrwał mnie ze snu swoim rytmicznym gruchaniem. Odrzuciłam kołdrę i wyśliznęłam się na mroźne poranne powietrze. Dymitr zamrugał powiekami, otworzył oczy i dotknął ręką mojego biodra.

– Róże – wymamrotał.

Ponownie zapadł w głęboki sen, a ja przykryłam jego dłoń kołdrą.

– Sio! – wyszeptałam do ptaka i odgoniłam go, ale zatrzepotał skrzydłami i wylądował na toaletce. Miał barwę kwiatu magnolii i był oswojony. Wyciągnęłam rękę i zaczęłam cmokać, usiłując go zwabić, wypadł jednak z pokoju na korytarz. Chwyciłam szlafrok z wieszaka na drzwiach i pobiegłam za ptakiem.

W szarym świetle meble, które w nocy wyglądały tak swojsko, nagle wydały mi się poważne i surowe. Patrzyłam na kamienne ściany, wyposażenie mieszkania, lakierowane drewno i zachodziłam w głowę, co się zmieniło. Ptak wylądował na lampie i niemal stracił równowagę, gdy abażur runął na ziemię. Zamknęłam drzwi na korytarz i otworzyłam jedno z okien. Ulica, na którą wychodziło, była wybrukowana kocimi łbami i urocza. Między dwoma kamiennymi domkami przycupnęła piekarnia. W środku paliło się światło, a przed drzwiami z siatki stał rower. Po chwili z piekarni wyszedł chłopiec z torbami pełnymi chleba. Wrzucił je do koszyka przymocowanego do kierownicy i popedałował przed siebie. Wyjrzała za nim kobieta w kwiecistej sukience i swetrze, jej oddech parował w mroźnym powietrzu. Gołąb przeleciał nad moim ramieniem i wyfrunął. Patrzyłam, jak najpierw opada, a po chwili wznosi się w mroźnym powietrzu, krążąc coraz wyżej nad dachami, aż w końcu zniknął na zachmurzonym niebie.

Zadzwonił telefon i wyrwał mnie z zamyślenia. Podniosłam słuchawkę. Dzwoniła Amelia.

– Daj Dymitra!

Jak zwykle nie prosiła, lecz żądała. Zamiast się jednak na nią zirytować, poczułam zdumienie. Wydawała się jeszcze bardziej spięta niż zwykle i zadyszana.

Dymitr już szedł ku mnie, naciągając górę od piżamy. Jego twarz była pomarszczona od snu. Podałam mu słuchawkę.

– O co chodzi? – spytał szorstkim głosem.

Amelia trajkotała coś po drugiej stronie. Wyobraziłam sobie, że zaplanowała późne śniadanie w hotelu Cathay albo coś w tym rodzaju, bylebyśmy tylko nie mogli się nacieszyć naszym pierwszym małżeńskim porankiem. Rozejrzałam się w poszukiwaniu zapałek, by rozpalić w kominku, i znalazłam pudełko na regale. Już miałam potrzeć jedną z nich o draskę, kiedy kątem oka zauważyłam wyraz twarzy Dymitra. Był blady jak płótno.

– Uspokój się – powtarzał. – Zostań w domu, może zadzwoni. Odłożył słuchawkę i popatrzył na mnie.

– Wczoraj Siergiej pojechał na samotną przejażdżkę i nie wrócił do domu.

Poczułam się tak, jakby ktoś wbił tysiące igieł w moje dłonie i stopy. Przy innej okazji bym się nie przejęła. Założyłabym, że jest w klubie i odsypia poprzedni wieczór. Sytuacja wyglądała jednak inaczej. Szanghaj stawał się coraz bardziej niebezpieczny. Z powodu wojny domowej wszędzie czaili się komunistyczni szpiedzy, a w ostatnim tygodniu zamordowano ośmiu biznesmenów, chińskich i zagranicznych. Myśl o tym; że Siergiej mógł wpaść w łapy komunistów, była straszna.

Dymitr i ja przeszukaliśmy zapakowane przez służące skrzynie.

Znaleźliśmy jedynie letnie stroje i cienkie płaszcze. Włożyliśmy je, ale zaraz po wyjściu z mieszkania wiatr szczypał nas w twarze, palce i moje gołe nogi. Drżałam z zimna, Dymitr objął mnie ramieniem.

– Siergiej nie lubi prowadzić – powiedział. – Nie rozumiem, dlaczego nie zbudził służącego, żeby go zawiózł tam, dokąd chciał jechać. Jeśli był na tyle głupi, żeby wyjechać z francuskiej dzielnicy.

Złapałam go w pasie. Wolałam nie wyobrażać sobie, że Siergiejowi stała się jakaś krzywda.

– Kto dzwonił wczoraj w nocy? – zapytałam. – Amelia?

– Nie, to nie ona. – Dymitr się skrzywił.

Czułam, że drży. Strach otoczył nas niczym ciemna chmura, ponuro maszerowaliśmy przed siebie. Łzy paliły mnie pod powiekami. Pierwszy dzień małżeństwa miał być najwspanialszym dniem w moim życiu, okazał się jednak pełen smutku.

– Chodź, Aniu. – Dymitr przyśpieszył kroku. – Pewnie zaspał w klubie i stąd ta niepotrzebna histeria.

Drzwi do foyer były zamknięte, ale dostaliśmy się do środka bocznym wejściem. Dymitr przesunął dłonią po gałce, szukając śladów włamania. Kiedy ich nie znalazł, uśmiechnęliśmy się do siebie.

– Wiedziałem, że tak będzie – mruknął.

Amelia poinformowała go, że wydzwaniała do klubu od wczesnego ranka, ale jeśli Siergiej odsypiał alkoholowe lub narkotykowe ekscesy, mógł nie usłyszeć telefonu.

W foyer wciąż dominował mocny zapach róż. Przycisnęłam twarz do płatków, wdychając ich aromat. Były przyjemnym wspomnieniem.

– Siergiej! – krzyknął Dymitr.

Nie doczekał się odpowiedzi. Przeszłam przez korytarz i ruszyłam za Dymitrem po parkiecie; moje kroki odbijały się echem w pustym pomieszczeniu. Przepełniał mnie smutek, nie mogłam zrozumieć jego przyczyny. Biuro okazało się puste. Nic nie ruszano oprócz telefonu. Leżał na podłodze. Aparat był pęknięty, a sznur zaplątał się wokół nogi fotela.

Przeszukaliśmy restaurację, zaglądając pod stoliki i za kontuar w recepcji. Wbiegliśmy do kuchni i łazienek, nawet wspięliśmy się po wąskich schodkach na dach, ale nigdzie nie dostrzegliśmy śladu Siergieja.

– Co teraz? – zapytałam Dymitra. – Przynajmniej wiemy, że to on do nas telefonował.

Dymitr potarł szczękę dłonią.

– Chcę, żebyś wróciła do domu i tam na mnie zaczekała – oznajmił.

Patrzyłam, jak pokonuje kamienne schody i machnięciem ręki przywołuje rikszę. Wiedziałam, dokąd zmierza. Jechał do slumsów, podejrzanych uliczek, gdzie kiedyś ukradziono mi naszyjnik matki.

Gdyby nie odnalazł tam Siergieja, zamierzał się udać na West Chessboard Street, gdzie w wąskich uliczkach dominował smród opium. O tej porze sprzedawcy podnosili rolety w sklepach i wypakowywali towary na handel.

W drodze powrotnej do mieszkania mijałam herbaciarnie, handlarzy kadzidłami i rzeźników otwierających swoje sklepy. Kiedy dotarłam do wybrukowanej kocimi łbami uliczki na tyłach naszego budynku, ujrzałam, że jest całkiem pusta. Nigdzie nie dostrzegłam chłopca na rowerze ani jego matki. Zaczęłam szukać klucza w portmonetce, ale dziwna słodycz w powietrzu sprawiła, że znieruchomiałam, marszcząc nos. Pachniało fiołkami. Mój wzrok powędrował do skrzyń na parapecie, ale zapach nie dochodził stamtąd.

Zauważyłam kratownicę i maskę limuzyny Siergieja. Parkowała w uliczce między piekarnią a domem. Zachodziłam w głowę, jak Dymitr i ja mogliśmy jej nie zauważyć. Pobiegłam do samochodu i ujrzałam Siergieja na fotelu kierowcy, patrzył wprost na mnie i się uśmiechał, z jedną ręką na kierownicy. Rozpłakałam się z ulgi.

– Martwiliśmy się o ciebie! – krzyknęłam, rzucając się na lśniącą maskę. – Byłeś tu przez całą noc? – Słońce odbijało się w przedniej szybie, nie widziałam oblicza Siergieja. Zmrużyłam oczy, zastanawiając się, dlaczego mi nie odpowiada. – Przez cały ranek myślałam tylko o komunistach i mordercach, a ty tu sobie siedzisz!

Z auta nie dobiegał żaden dźwięk. Ześliznęłam się z maski i wcisnęłam między mur i drzwi po stronie pasażera. Szarpnęłam nimi i otworzyłam samochód. Uderzyła mnie woń zgnilizny. Spodnie Siergieja były poplamione wymiocinami, siedział nienaturalnie sztywno.

Dotknęłam jego twarzy, zimnej i stężałej. Miał wywrócone oczy. Opuszczona dolna warga odsłaniała zęby. Wcale się nie uśmiechał.

– Nie! – krzyknęłam. – Nie!

Złapałam go za ręce, niezdolna do ogarnięcia sytuacji. Potrząsnęłam nim. Kiedy nie zareagował, złapałam go mocniej, zupełnie jakbym nie mogła uwierzyć w ten widok i zamierzała potrząsać trupem tak długo, aż na powrót stanie się Siergiejem. Obejmował dłonią kolano, w jego zaciśniętej pięści coś błyskało. Obrączka.

Otarłam łzy, usiłując dojrzeć wygrawerowany na białym złocie wzór: krąg gołębi. Zignorowałam smród i szlochając, oparłam głowę na ramieniu Siergieja. W tej samej chwili odniosłam wrażenie, że słyszę jego głos.

– Pochowaj mnie z obrączką – powiedział. – Chcę iść do Mariny.

Dwa dni później zebraliśmy się przed pogrzebem w foyer klubu.

Płatki ślubnych róż już brązowiały, jak liście na zewnątrz. Kwiaty zwiesiły główki, jakby na znak żałoby. Lilie skurczyły się i pomarszczyły niczym dziewice zamieniające się przedwcześnie w stare kobiety. Służba dodała do tej kwiecistej aranżacji goździki i cynamon, tak że powietrze było jednocześnie aromatyczne i pełne powagi, przypominając nam, że wkrótce nadejdą smutniejsze miesiące. Pracownicy klubu spalili też ziarna wanilii w nadziei, że ich intensywny aromat zabije smród bijący od rzeźbionej dębowej trumny.

Po odkryciu ciała Siergieja zatelefonowałam po służącego, by pomógł mi je przetransportować do domu. Tam spotkał się z nami Dymitr. Amelia zadzwoniła po lekarza, który obejrzał zwłoki i uznał, że Siergiej zmarł na atak serca. Dymitr i ja obmyliśmy denata równie troskliwie, jak rodzice nowo narodzone dziecko, i położyliśmy go na stole w salonie od ulicy, zamierzając następnego dnia wezwać przedsiębiorcę pogrzebowego. Wieczorem zadzwoniła do nas Amelia.

– Cały dom nim przesiąkł – narzekała. – Nie ma się gdzie przed tym ukryć.

Kiedy przyjechaliśmy, dom był wypełniony fetorem. Po oględzinach ciała ujrzeliśmy czerwone pręgi na twarzy i szyi Siergieja. Ręce miał pokryte fioletowymi plamami. Gnił na naszych oczach, o wiele prędzej niż normalnie, zupełnie jakby jego ciało pragnęło jak najszybciej zniknąć z tego świata, bezzwłocznie obrócić się w proch.

W dniu pogrzebu jesień opadła na świat niczym gilotyna, odsunęła w niepamięć błękitne niebo i pogrążyła nas w szarości. Mżawka osiadała na naszych twarzach, a wiatr z północy i południa wiał silnie i przeszywał nas do szpiku kości. Pochowaliśmy Siergieja na rosyjskim cmentarzu, w cieniu prawosławnych krzyży i wśród zapachu gnijących liści i wilgotnej ziemi. Stałam na krawędzi grobu, wpatrując się w trumnę, która ugościła Siergieja niczym łono matki.

Jeśli przed jego śmiercią Amelia mnie nie lubiła, to teraz wręcz zionęła nienawiścią. Przycisnęła się do mojego boku, wbijając mi łokieć pod żebro, jakby miała nadzieję, że i ja runę do grobu.

– Zabiłaś go, ty samolubna dziewczyno – wyszeptała chrapliwie. – Doprowadziłaś do jego śmierci. Przed twoim weselem był silny jak byk.

Na stypie Dymitr i ja objadaliśmy się piernikami, by raz jeszcze poczuć słodycz w zdrętwiałych ustach. Podczas przygotowań do pogrzebu Amelia zabawiała się chodzeniem na wyścigi i wyprawami do sklepów, jednak my snuliśmy się niczym duchy po mieszkaniu, nie czując smaków ani zapachów. Każdego dnia na regale albo w kredensie objawiał się nam jakiś nowy przedmiot, fotografia w ramce, błyskotka, ozdoba, którą Siergiej starannie dla nas wybrał. Pragnął podarować nam radość podczas odkrywania tych prezentów, ale po jego śmierci widok tych przedmiotów sprawiał nam ból. W łóżku wczepialiśmy się w siebie, nie jak świeżo poślubieni małżonkowie, lecz jak tonący, wpatrywaliśmy się w swoje blade twarze w poszukiwaniu odpowiedzi.

– Nie obwiniajcie się o to – usiłowała pocieszyć nas Luba. – Nie wierzę, że bał się wam przeszkadzać w noc poślubną. Myślę, że czuł nadchodzącą śmierć i pragnął być blisko was. Tak bardzo przypominaliście mu jego i Marinę.

Nigdy nie powiedzieliśmy Amelii, że pochowaliśmy Siergieja w obrączce na palcu ani że grób obok jego grobu, ten z rosyjskim napisem i dwoma wygrawerowanymi gołąbkami, żywym i martwym, był grobem Mariny.

Dzień po pogrzebie Aleksiej wezwał nas do swojego biura na otwarcie testamentu. Miała to być czysta formalność. Dymitr dziedziczył mieszkanie, Amelia dom, a Moskwę – Szanghaj zamierzali podzielić między sobą. Jednak Luba krążyła niespokojnie, wykręcając apaszkę i drżąc podczas podawania herbaty, więc pomyślałam, że coś jest nie tak. Dymitr i ja skuliliśmy się na sofie, Amelia zaś zatonęła w skórzanym fotelu pod oknem. Światło mroźnego poranka uwydatniło ostrość jej rysów. Przez te zmrużone oczy raz jeszcze skojarzyła mi się z przyczajonym, gotowym do ataku wężem. Rozumiałam jej gwałtowną nienawiść do mnie. Wynikała z instynktu samozachowawczego. W zeszłym roku byłam Siergiejowi o wiele bliższa niż wszyscy inni.

Aleksiej trzymał nas w napięciu, przekładał papiery na biurku i niespiesznie rozpalał fajkę. Jego ruchy były niezręczne i powolne, zapewne ze smutku po śmierci człowieka, z którym przyjaźnił się przez ponad trzydzieści lat.

– Nie będę tego dłużej przeciągał – powiedział w końcu. – Ostatnia wola Siergieja, unieważniająca poprzednie testamenty i spisana dwudziestego pierwszego sierpnia tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego roku, jest prosta i jasna. – Przetarł oczy i włożył okulary, po czym zwrócił się do Dymitra i Amelii. – Choć kochał was bardzo i możecie się zdumieć jego decyzją, instrukcje Siergieja są jasne i precyzyjne: „Ja, Siergiej Mikołajewicz Kiryłow, przekazuję wszystkie swoje dobra, w tym dom i jego wyposażenie oraz mój klub Moskwę – Szanghaj Annie Wiktorownie Kozłowej”.

Słowa Aleksieja utonęły w zdumionej ciszy. Nikt nawet nie drgnął. Chyba czekaliśmy, aż Aleksiej coś doda, sprecyzuje, on jednak tylko zdjął okulary i oznajmił:

– To wszystko.

Wargi tak mi wyschły, że nie mogłam ich zamknąć. Dymitr wstał i podszedł do okna. Amelia jeszcze głębiej zatonęła w fotelu.

To, co przed chwilą zaszło, wydawało się nierzeczywiste. Jak Siergiej, którego kochałam i któremu wierzyłam, mógł mi zrobić coś takiego? Zdradził Dymitra za lata lojalnej służby, a mnie uczynił swoją wspólniczką. Gorączkowo poszukiwałam jakichś powodów, ale nic nie miało sensu.

– Czy spisał testament po moich zaręczynach z Anią? – spytał Dymitr.

– Data by na to wskazywała – powiedział Aleksiej.

– Data by na to wskazywała – powtórzyła Amelia z pogardliwą miną. – Nie jesteś jego prawnikiem? Nie zasugerowałeś mu czegoś?

– Jak wiesz, Amelio, Siergiej od pewnego czasu nie czuł się najlepiej. Poświadczyłem jego testament, ale niczego mu nie doradzałem – odparł Aleksiej.

– Czy adwokaci poświadczają testamenty ludzi, którzy ich zdaniem nie są w pełni władz umysłowych? Raczej nie! – syknęła Amelia, pochylając się ku niemu. Obnażyła zęby, gotowa do ataku.

Aleksiej wzruszył ramionami. Miałam wrażenie, że bawi go widok wyrolowanej Amelii.

– Myślę, że Ania jest młodą kobietą o nieskazitelnym charakterze – oświadczył. – Jako żona będzie dzieliła cały swój majątek z Dymitrem, a ponieważ traktowałaś ją wspaniałomyślnie, na pewno i tobie okaże łaskawość.

Amelia zerwała się z fotela.

– Przybyła tu jako nędzarka – powiedziała, nie patrząc na mnie. – Nie było mowy o tym, że zostanie. Okazaliśmy jej łaskę. Rozumiesz? Łaskę! A on lekceważy mnie i Dymitra i oddaje jej wszystko!

Dymitr przeszedł przez pokój i zatrzymał się przede mną. Ujął moją brodę w dłoń i spojrzał mi w oczy.

– Wiedziałaś coś o tym? – spytał.

Zbladłam po tych słowach.

– Nie! – wykrzyknęłam.

Złapał mnie za rękę, żeby pomóc mi wstać z sofy. Był to gest kochającego męża, jednak gdy tylko mnie dotknął, poczułam chłód jego dłoni. Gdy wychodziliśmy, nienawiść w oczach Amelii nie uszła mojej uwagi. Ta kobieta najchętniej wbiłaby mi nóż w plecy.

W drodze do domu Dymitr nie odezwał się do mnie ani słowem. Nadal milczał, gdy znaleźliśmy się w mieszkaniu. Przez całe popołudnie siedział zgarbiony na parapecie, palił i wyglądał przez okno.

Ciężar rozmowy spadł na mnie, jednak byłam zbyt zmęczona, by go udźwignąć. Płakałam, a moje łzy spływały do zupy marchewkowej, którą przygotowałam na kolację. Zacięłam się przy krojeniu chleba i patrzyłam, jak krew skapuje na bochenek. Pomyślałam, że może jeśli Dymitr posmakuje tego smutku, uwierzy w moją niewinność.

Wieczorem Dymitr siedział sztywno i wpatrywał się w kominek. Odwracał się ode mnie, choć zaglądałam mu w twarz, marząc jedynie o tym, żeby wybaczono mi coś, za co nie odpowiadałam.

Odezwał się do mnie dopiero wtedy, gdy wstałam i postanowiłam iść spać.

– Mimo wszystko mi nie ufał, prawda? – powiedział. – Całe to gadanie o synu, którego nie miał… A jednak ciągle widział we mnie szumowinę. Niegodną zaufania.

Poczułam, jak sztywnieją mi mięśnie pleców. Moje myśli popłynęły w dwóch kierunkach. Słowa Dymitra przyniosły mi ulgę i jednocześnie przerażały.

– Nie myśl o tym w ten sposób – stwierdziłam. – Siergiej cię uwielbiał. Aleksiej mówił przecież, że nie czuł się dobrze.

Dymitr potarł rękami zmęczoną twarz. Gorycz w jego oczach mnie zabolała. Chciałam go przytulić, znowu się z nim kochać. Oddałabym wszystko, by na jego twarzy ujrzeć pożądanie zamiast męki. Tak naprawdę mieliśmy tylko jedną noc miłości i szczęścia.

Od tamtej pory wszystko przypominało stopniowe osuwanie się w rozkład i zgniliznę. Gorycz sprawiła, że nasz dom cuchnął, tak jak gnijące ciało Siergieja.

– Poza tym to, co należy do mnie, jest twoje – ciągnęłam. – Nie straciłeś klubu.

– Dlaczego nie starczyło mu przyzwoitości, żeby ofiarować to twojemu małżonkowi?

Znowu zapanowała wroga cisza. Dymitr odwrócił się do okna, ja poszłam do kuchni. Chciałam mu wykrzyczeć, że to niesprawiedliwe. Siergiej podarował nam to mieszkanie z miłości, a potem swoim testamentem zamienił je w pole bitwy.

– Nigdy nie rozumiałam jego związku z Amelią – powiedziałam.

– Czasami wydawało mi się, że się nienawidzą. Może obawiał się jej wpływu na ciebie?

Dymitr odwrócił się do mnie z taką nienawiścią w oczach, że wstrząsnął mną dreszcz.

– Najgorsze jest nie to, jak potraktował mnie, tylko to, co zrobił Amelii – syknął. Zacisnął dłonie w pięści. – Stworzyła ten klub, podczas gdy on faszerował się opium, zatracony we wspomnieniach swojej wspaniałej przeszłości. Bez Amelii byłby jeszcze jednym gnijącym w rynsztoku Rosjaninem. Łatwo się jej czepiać, bo to prostaczka, brak jej arystokratycznych manier. Ale co warte takie maniery? Powiedz mi, kto jest uczciwszy?

– Dymitrze! – krzyknęłam. – O czym ty mówisz? Kogo masz na myśli?

Dymitr podszedł do drzwi. Ruszyłam za nim. Wyjął z szafy płaszcz i zaczął go wkładać.

– Dymitrze, nie idź! – błagałam go i uświadomiłam sobie, że tak naprawdę mówię: „Nie idź do niej”.

Zapiął guziki płaszcza i zawiązał pasek, nie zważając na moje prośby.

– Co się stało, to się nie odstanie – powiedziałam. – Możecie podzielić klub między sobą. Przekażę ci oficjalnie Moskwę – Szanghaj i zadecydujesz, co chcesz oddać Amelii. Będziecie nim zarządzali jak dotychczas, samodzielnie.

Dymitr znieruchomiał i zerknął na mnie. Upór w jego twarzy zelżał, poczułam nadzieję w sercu.

– To byłoby przyzwoite – stwierdził. – I mogłabyś pozwolić mieszkać jej w domu, mimo że należy do ciebie.

– Oczywiście, nie miałam zamiaru postąpić inaczej.

Rozpostarł ramiona. Przytuliłam się do niego, ukrywając twarz w połach płaszcza. Przycisnął wargi do moich włosów, a ja wdychałam znajomy zapach. Wszystko będzie dobrze, powtarzałam sobie. To minie, a on znowu mnie pokocha.

Jednak ciągle czułam chłód w jego ciele. Nie ustępował, był jak tarcza między nami.

W następnym tygodniu robiłam zakupy na Nanking Road. Po przenikliwym chłodzie ostatnich dni pogoda się poprawiła. Na ulicę wylegli ludzie rozkoszujący się delikatnymi promieniami słońca. Urzędnicy wychodzili z biur i banków na lunch; kobiety z wózkami na zakupy plotkowały na rogach, i wszędzie, gdzie odwróciłam głowę, widziałam ulicznych handlarzy. Zapach mocno przyprawionych mięs i pieczonych orzeszków sprawił, że zgłodniałam. Właśnie czytałam menu wywieszone w oknie włoskiej kawiarni, wahając się pomiędzy zuppa di cozze a spaghetti carbonara, kiedy nagle usłyszałam okrzyk tak przenikliwy i straszny, że serce omal nie wyskoczyło mi z piersi. Przerażeni ludzie zaczęli rozbiegać się we wszystkich kierunkach. Tłum porwał mnie ze sobą. Biegnących jednak zablokowały dwie ciężarówki armii na obu końcach ulicy i uświadomiłam sobie, że stoję rozpłaszczona na witrynie okiennej, a mocno zbudowany mężczyzna napiera na mnie tak mocno, jakby chciał połamać mi żebra. Wyśliznęłam się i wbiegłam z powrotem w tłum. Wszyscy wpadali na siebie, starając się trzymać z dala od zamieszek na ulicy.

Wypchnięto mnie na czoło tłumu, stanęłam twarzą w twarz z grupką żołnierzy nacjonalistycznej armii. Celowali w rządek młodych Chińczyków klęczących w rynsztoku z rękami za głową. Studenci nie wydawali się przestraszeni, jedynie zdezorientowani. Jedna z dziewcząt wpatrywała się w tłum zmrużonymi oczami, zauważyłam, że jej okulary zaczepiły o kołnierzyk. Były pogięte, jakby spadły po ciosie w twarz. Dwaj kapitanowie stali z boku, kłócąc się ze sobą ściszonymi głosami. Nagle jeden z nich odsunął się od rozmówcy. Stanął za pierwszym Chińczykiem w rzędzie, wyciągnął zza paska pistolet i strzelił w głowę studenta. Twarz chłopca się skrzywiła, z rany trysnęła szkarłatna fontanna. Student przewrócił się na chodnik, wokół jego głowy zbierała się krew.

Zdrętwiałam z przerażenia, lecz inni w tłumie krzyczeli albo płakali.

Kapitan szedł szybko wzdłuż rzędu młodzieży, zabijając studentów od niechcenia, tak jak ogrodnik zrywa z roślin martwe pąki. Padali jeden za drugim, ich twarze wykrzywiały się i zastygały w śmierci.

Kiedy dotarł do krótkowzrocznej dziewczyny, ruszyłam przed siebie, w ogóle się nie zastanawiając, jakbym chciała jej bronić. Ujrzałam na sobie dziki wzrok wojskowego. Jakaś Angielka chwyciła mnie za ramię i wciągnęła z powrotem w tłum. Złapała moją głowę i przycisnęła ją do swojego ramienia.

– Nie patrz! – powiedziała.

Pistolet wypalił, wyrwałam się kobiecie. Dziewczyna nie zginęła od razu, jak inni. To nie był czysty strzał; oderwało jej pół głowy, kawał skóry zwisał za uchem. Chinka upadła na brzuch i czołgała się po chodniku. Żołnierze szli obok, kopiąc ją i szturchając karabinami.

– Mamo, mamo… – piszczała cichutko, zanim wyzionęła ducha.

Wpatrywałam się w jej ciało, w olbrzymią ranę na głowie, i wyobraziłam sobie jakąś matkę, czekającą na córkę, która już nigdy nie wróci do domu.

Sikhijski policjant przedarł się przez tłum. Wrzeszczał na żołnierzy i pokazywał ciała na chodniku.

– Nie macie prawa tu być! – darł się. – To nie wasze terytorium.

Żołnierze go zignorowali i wspięli się na ciężarówki. Kapitan odpowiedzialny za egzekucję powiedział:

– Ci, którzy sympatyzują z komunistami, umrą wraz z nimi.

Zostaliście ostrzeżeni: to, co ja zrobiłem im, komuniści z pewnością zrobią wam, jeśli wpuścicie ich do Szanghaju.

Pobiegłam Nanking Road, ledwie zdając sobie sprawę, dokąd zmierzam. W głowie miałam natłok obrazów i dźwięków. Wpadałam na ludzi i uliczne stoiska, nabiłam sobie siniaki i wcale tego nie dostrzegłam. Myślałam o Tangu, o jego dziwacznym uśmiechu, okaleczonych dłoniach, pragnieniu zemsty. Nie widziałam takiej szpetnej nienawiści w oczach tych studentów o niewinnych twarzach.

Nagle znalazłam się przed Moskwą – Szanghajem i wpadłam do środka. Dymitr i Amelia siedzieli w biurze, przeglądali księgi razem z nowym prawnikiem, Amerykaninem o nazwisku Bridges. Powietrze było ciężkie od dymu z papierosów, marszczyli czoła w skupieniu. Mimo że napięcie między mną i Dymitrem zelżało, i nawet Amelia zachowywała się uprzejmie, gdy zdała sobie sprawę, że nie zamierzam wyrzucać jej z domu, odważyłam się im przeszkodzić tylko ze względu na swoją desperację.

– Co się stało? – spytał Dymitr, wstając z krzesła. Jego oczy pełne były troski, zaczęłam się zastanawiać, jak wyglądam.

Pomógł mi usiąść i odgarnął mi włosy z twarzy. Wzruszyłam się jego czułością, wykrztusiłam, co widziałam, raz po raz przerywając, by przełknąć łzy, które mnie dławiły. Z uwagą wysłuchali mojej opowieści, a kiedy skończyłam, długo milczeli. Amelia stukała czerwonymi paznokciami o biurko, a Dymitr podszedł do okna i otworzył je szeroko.

– Nie najlepsze czasy – zauważył Bridges.

– Wierzę Siergiejowi – stwierdził Dymitr. – Przeżyliśmy wojnę, więc przeżyjemy i to.

– Jedyne mądre słowa, jakie kiedykolwiek wypowiedział – prychnęła Amelia, przypalając kolejnego papierosa.

– A plotki? – spytał Bridges. – Coraz więcej się ich słyszy. Jednego dnia brakuje chleba, następnego ryżu.

– Jakie plotki? – podchwyciłam.

Bridges zerknął na mnie, zaciskając włochate dłonie.

– Chodzą słuchy, że armia komunistyczna się przegrupowała i zmierza do Jangcy. W całym kraju generałowie nacjonalistów dezerterują i dołączają do komunistów. Podobno planują zaatakować Szanghaj.

Wstrzymałam oddech, poczułam drżenie nóg i rąk. Myślałam, że za chwilę zwymiotuję.

– Po co straszysz Anię? – spytał Dymitr. – Czy to odpowiedni moment, żeby mówić jej takie rzeczy? Po tym, co przed chwilą widziała?

– Nonsens – oznajmiła Amelia. – Klub radzi sobie lepiej niż zwykle. Jest pełen Anglików, Francuzów i Włochów. Tylko ci przestraszeni Amerykanie się denerwują. No i co, jeśli przyjdą komuniści? Chcą dopaść Chińczyków, nie nas.

– A godzina policyjna? – odezwał się Bridges.

– Jaka godzina policyjna? – zapytałam.

Dymitr zmarszczył brwi i spojrzał na Bridgesa.

– To tylko na zimę. żeby oszczędzać paliwo i inne zapasy. Nie ma się czym przejmować.

– Jaka godzina policyjna? – powtórzyłam, spoglądając na Dymitra i Bridgesa.

– Możemy otwierać klub tylko przez cztery wieczory w tygodniu. Do wpół do dwunastej – wyjaśnił Bridges.

– Zwykły środek ostrożności – dodał Dymitr. – Podczas wojny bywało gorzej.

– To wszystko przez strachliwych Amerykanów – stwierdziła Amelia.

– Tylko na zimę – powiedział Dymitr. – Nie ma się czym przejmować.

Następnego dnia przyszła do mnie Luba. Była ubrana w koralowy kostium z bukiecikiem kwiatów w klapie. Początkowo czułam się niezręcznie, gdyż Dymitr i Amelia zwolnili jej męża ze stanowiska prawnika klubu, ale Luba nie traktowała mnie tak samo jak zawsze.

– Aniu, strasznie zbladłaś i schudłaś – powiedziała. – Musimy uraczyć cię porządnym posiłkiem. W moim klubie.

Zaprosiłam ją do środka. Minęła mnie, rozglądając się po mieszkaniu, jakby kogoś szukała. Podeszła do serwantki i popatrzyła na laleczki, po czym podniosła nefrytowego Buddę z półki i przyjrzała mu się uważnie. Gdy dotknęła kamiennych ścian, zrozumiałam, czego szuka w tych rzeczach.

– Tęsknię za nim tak jak za swoim ojcem – powiedziałam.

– Ja też za nim tęsknię. – Wykrzywiła usta.

Nasze spojrzenia się skrzyżowały i Luba odwróciła wzrok, żeby popatrzeć na malowidło przedstawiające chińskie ogrody. Promienie słoneczne późnego poranka wpadały przez nieosłonięte okno, tworząc aureolę wokół jej kręconych włosów. Przypomniałam sobie światło spływające na ramiona Siergieja, gdy tańczył w Moskwie – Szanghaju w wieczór naszych zaręczyn. Mimo że Luba należała do naszej paczki, nigdy jej dobrze nie poznałam. Była jedną z tych kobiet, które tak znakomicie odgrywają rolę żony, że trudno je traktować inaczej niż dopełnienie męża. Zawsze wydawała się żwawą, pulchną laleczką uwieszoną na ramieniu Aleksieja. Ukazywała w uśmiechu złote zęby, ale nie dzieliła się z nikim swoimi przemyśleniami. Nagle, w jednej chwili, stanęłyśmy po tej samej stronie, obie z czułością wspominałyśmy Siergieja.

– Ubiorę się – powiedziałam. Nagle, pod wpływem impulsu, zapytałam ją: – Byłaś w nim zakochana?

Luba wybuchnęła śmiechem.

– Nie, ale go kochałam – odparła. – Byliśmy spokrewnieni.

Klub Luby znajdował się przy Drodze Tętniących Studni. Był stylowy na swój lichy sposób. Eleganckie zasłony już dawno spłowiały, orientalne dywany się przetarły. Okna, od podłogi do sufitu, wychodziły na ogródek skalny z fontanną i drzewa magnolii.

Przybytek ten przyciągał zamożne żony cudzoziemców, które nie mogły chodzić do angielskich klubów. Pełen był Niemek, Holenderek i Francuzek, przeważnie w wieku Luby. Jadalnia rozbrzmiewała ich rozmowami, szczękaniem talerzy i kieliszków, które chińscy kelnerzy wnosili na tacach.

Zamówiłyśmy butelkę szampana, kurczaka po kijowsku i sznycel wiedeński, a na deser sernik z białą czekoladą. Czułam się tak, jakbym ujrzała Lube pierwszy raz w życiu. Patrząc na nią, widziałam Siergieja. Nie mogłam uwierzyć, że dotąd nie zauważyłam podobieństw, niemal takiej samej misiowatości. Pulchne, ale idealnie zadbane dłonie Luby były usiane plamami wątrobianymi, ramiona przygarbione, broda dumnie zadarta. Jej skóra wydawała się sprężysta i zdrowa. Luba otworzyła puderniczkę i przypudrowała nos. Na lewym policzku miała kilka drobnych blizn po ospie, ale pod starannym makijażem ledwie dało się je dostrzec. Mimo że w ni – czym nie przypominała mojej prawdziwej matki, było w niej coś matczynego, co wzbudzało ciepłe uczucia. Może dostrzegałam w niej Siergieja?

– Dlaczego nigdy nie wspominaliście, że jesteście spokrewnieni? – spytałam, kiedy uprzątnięto talerze po głównym daniu.

– Z powodu Amelii. – Luba pokręciła głową. – Siergiej nie chciał nas słuchać, kiedy mówiliśmy mu, żeby się z nią nie żenił. Był samotny, a ona szukała łatwej drogi do luksusu. Jak wiesz, prawo w Szanghaju jest skomplikowane dla Rosjan. Wszyscy inni cudzoziemcy podlegają prawu własnych krajów, ale my w większości wypadków prawu chińskiemu. Musieliśmy podjąć wszystkie możliwe kroki, żeby zabezpieczyć moje aktywa.

Luba rozglądała się za kelnerem, ale przyjmował zamówienie od kobiet przy dużym stole. Nie czekając na obsługę, złapała butelkę szampana i ponownie napełniła kieliszki.

– Aniu, muszę cię przestrzec – powiedziała.

– Przestrzec przed czym?

Wygładziła dłonią obrus.

– To Aleksiej doradził Siergiejowi sporządzenie nowego testamentu i usunięcie z niego Dymitra.

Otworzyłam szeroko usta.

– Więc Siergiej był przy zdrowych zmysłach?

– Tak.

– Przecież to niemal zniszczyło moje małżeństwo. – Słyszałam napięcie w swoim głosie. – Dlaczego twój mąż zaproponował coś takiego Siergiejowi?

Luba z impetem postawiła kieliszek na stole, rozlewając szampana.

– Bo Dymitr nigdy nie słuchał Siergieja, gdy ten usiłował go ostrzec przed Amelią. Po ślubie Siergiej podarował Amelii klejnoty i pieniądze, nigdy jednak nie obiecywał jej klubu. Nikomu go nie obiecywał przed pojawieniem się Dymitra. Jednak Amelia zdołała jakoś przekonać Dymitra, że po śmierci Siergieja podzielą klub między sobą.

Pokręciłam głową. Obawiałam się wyznać Lubię, że właśnie w tym celu przepisałam klub na Dymitra.

– Nadal nic z tego nie rozumiem – westchnęłam.

Luba przyglądała mi się przez chwilę. Wyczuwałam, że w tej historii kryje się więcej, niż ujawniła, ale chciała się upewnić, czy mam dość sił, by tego wysłuchać. Miałam nadzieję, że jej ocena wypadnie negatywnie. Nie mogłam już tego znieść.

Pojawił się kelner z wózkiem pełnym deserów i postawił przed nami sernik, którym zamierzałyśmy się podzielić. Po odejściu obsługi Luba wbiła widelec w ciastko.

– Wiesz, czego naprawdę chce Amelia? – zapytała.

– Wszyscy znamy Amelię. – Wzruszyłam ramionami. – Chce postawić na swoim.

Luba pokręciła głową. Pochyliła się ku mnie i wyszeptała:

– Nie postawić na swoim. Nie o to naprawdę chodzi. Ona chce ludzkich dusz.

Zabrzmiało to tak melodramatycznie, że niemal wybuchnęłam śmiechem, ale coś w oczach Luby mnie powstrzymało. Czułam pulsowanie w skroniach.

– Pożera je, Aniu – ciągnęła. – Miała duszę Siergieja, zanim przyjechałaś i go uwolniłaś. Teraz odbierasz jej także Dymitra. Myślisz, że jest z tego zadowolona? Siergiej dał ci możliwość pozbycia się jej, jak raka. Dymitrowi brak na to siły. Właśnie dlatego Siergiej zostawił klub tobie.

Parsknęłam i ugryzłam kęs sernika, usiłując ukryć przerażenie, które rozpełzło się po moim ciele.

– Lubo, chyba nie wierzysz, że Amelia pragnie duszy Dymitra. Wiem, że jest okropna, ale przecież to nie diablica.

Luba odłożyła widelczyk na talerz.

– Wiesz, co to za kobieta, Aniu? Czy w ogóle zdajesz sobie z tego sprawę? Amelia przybyła do Chin z handlarzem opium. Kiedy zamordował go chiński gang, zaczęła napastować młodego amerykańskiego bankiera, który zostawił w Nowym Jorku żonę i dwójkę dzieci. Usiłował się od niej uwolnić, więc napisała kłamliwy list do jego żony. Młoda kobieta napuściła do wanny gorącej wody i podcięła sobie żyły.

Słodycz ciasta nagle nabrała gorzkiego posmaku. Przypomniałam sobie pierwszy wieczór w Moskwie – Szanghaju i żonę jednego z kapitanów, która powiedziała, że Amelia zniszczyła życie dobremu człowiekowi.

– Zaczynam się bać – westchnęłam. – Błagam, powiedz, przed czym usiłujesz mnie przestrzec?

Rozbolał mnie kręgosłup. Miałam wrażenie, że sala zasnuła się cieniem. Luba zadrżała, zupełnie jakby i ona to wyczuła.

– Jest zdolna do wszystkiego. Nie wierzę, że Siergiej miał atak serca. Myślę, że go otruła.

Rzuciłam serwetkę na stół i podniosłam się z krzesła, spoglądając w kierunku toalety dla pań.

– Przepraszam. – Usiłowałam odpędzić czarne plamki, które latały mi przed oczyma.

Luba złapała mnie za przegub i z powrotem usadziła przy stole.

– Aniu, nie jesteś już małą dziewczynką. Siergiej się tobą nie zajmie, musisz stawić czoło rzeczywistości. Pozbądź się tej kobiety. To przyczajony wąż. Czeka, bo chce cię połknąć w całości.