"Rozgrywka Maury" - читать интересную книгу автора (Cole Martina)Rozdział 5– Sheila, proszę, wracaj. Lee słyszał desperację we własnym głosie, gdy błagał żonę, by go nie opuszczała. Dzwoniła jego komórka, powinien ją odebrać, inaczej Maura i chłopcy pomyślą, że coś mu się stało. Sheila zatrzymała się po drodze do swojego terenowego mitsubishi tylko po to, żeby powiedzieć sarkastycznie: – Odbierz telefon, Lee. Nie będziesz tak przeżywał naszego odejścia, bo jak widać jesteś potrzebny ukochanym braciom Jak cię znam, zrobisz wszystko, co ci każą. Po raz pierwszy mówiła do niego w taki sposób, co go zabolało. – Moja praca to moja sprawa, dobrze o tym wiesz. Nigdy na ten temat nie rozmawialiśmy, zwłaszcza przy dzieciach. Ta reprymenda tak ją rozzłościła, że dodała: – Twoja praca nigdy przedtem nie burzyła spokoju w tym domu, prawda? A teraz co? Pakuję ubrania do samochodu i rozglądam się, czy ktoś nie strzeli do nas z ukrycia. – Nie bądź głupią kurwą… Oboje znieruchomieli pod wrażeniem słowa, jakie padło z jego ust. Nawet chłopcy byli zszokowani. – Przepraszam, Sheila. Proszę, nie zostawiaj mnie tak. Z trudem wdrapała się do swojej terenówki i bez słowa odjechała. Jego telefon znowu zadzwonił, ale Lee rzucił go na ziemię i deptał po nim, zgniatał go pod nogami, aż została z niego tylko kupka plastiku i mikrochipów. – Pieprzyć to, pieprzyć, pieprzyć, pieprzyć… Nadal powtarzał w kółko to jedno słowo, gdy pół godziny później pod jego dom podjechał Garry. Tommy Rifkind mieszkał w dużym domu w Chester, przy tej samej przecznicy co trzech piłkarzy Liverpoolu i dwóch dobrze znanych baronów narkotykowych. Kochał to miejsce. Gina, jego żona od trzydziestu lat, sprowadziła dekoratora wnętrz i teraz dom wyglądał jak z magazynu Space Ace. Nie był w jego guście, ale wiedział, że robi odpowiednie wrażenie na gościach. Miał też dziewczynę o imieniu Simone, półkrwi Angielkę, z burzą włosów i sarnimi oczami, gotową wyjść za niego, byleby tylko o to poprosił. Nie wiedziała, że to się nigdy nie zdarzy. Gina była jego najlepszą przyjaciółką i sprawdzoną partnerką życiową, chorowała na raka piersi, o czym nikomu nie mówili. Uwielbiał ją, a ona jego. Simone była tylko przelotnym flirtem, a Gina, mądra kobieta, zdawała sobie sprawę, że facet typu Toma potrzebuje od czasu do czasu młodszej partnerki, więc przymykała na to oko. Przekonana, że mąż nigdy jej nie opuści, czuła się bezpieczna. Ich jedyne dziecko, Tommy Junior, nie kontaktował się z ojcem od ponad dziesięciu lat, kiedy to Tommy Senior stanął przed sądem za napad z bronią w ręku i przynależność do gangu. Junior, który studiował wtedy na uniwersytecie, był przekonany, że ojciec jest biznesmenem. Pracował teraz jako chemik, ożenił się z miłą dziewczyną i miał dwóch małych chłopców. Senior widywał ich tylko dzięki wstawiennictwu Giny i kochał ją za to jeszcze bardziej. Czuł żal do Juniora, że odpłaca mu się czarną niewdzięcznością, choć zapewnił mu lepszy start w życiu niż miał sam. Nieślubny syn Tommy’ego Seniora ze związku z niejaką Lizzie z Toxteh wrodził się za to w ojca, tyle że nie miał jego sprytu. Był zwykłym oprychem, co Tommy’ego bardzo martwiło. Też miał na imię Tommy, ale mówiono o nim Tommy bo nosił panieńskie nazwisko matki – Bradshaw. Był przez Ginę mile widziany w ich domu i również za to Tommy Senior ją kochał. Z uśmiechem na twarzy obserwował dwóch wnuków chlapiących się w krytym domowym basenie. Krzyknął do swojego adiutanta Jossa Championa: – Spróbuj wydzwonić tego bękarta jeszcze raz, słyszysz? Joss, potężny mężczyzna, który z uwagi na swój wygląd mógłby grać w filmach studia Hammer Horror, wzruszył masywnymi ramionami. – Właśnie próbowałem, nadal nikt nie odpowiada. Tommy wyglądał na zaniepokojonego. Przeszli do jednego z przestronnych salonów i gdy Tommy nalewał sobie drinka, usłyszał, że otwierają się drzwi wejściowe. Uśmiechnął się do Jossa. – Pojawił się nareszcie, najwyższy czas, do licha. Odwrócił się w stronę drzwi i zdębiał, gdy zamiast syna ujrzał Maurę Ryan, która wyglądała w obramowaniu framugi jak na portrecie. Przez sekundę nie mógł jej rozpoznać. – Co do… – Witaj, Tommy, dawno się nie widzieliśmy. Na dźwięk jej głosu stracił rezon. Tak było zawsze. Od lat mu się podobała, choć czuł się w jej obecności stremowany. Miała w sobie to coś. I pociągał go jej chłód. Wiedział, że pod wieloma względami jest do niej podobny. Joss, zawsze onieśmielony przy kobietach, zrobił się czerwony jak burak. Maura spojrzała na niego, uśmiechnęła się lekko i rzekła: – Nie rozbieraj mnie oczami, Joss, bo się przeziębię. Tommy roześmiał się, a Maura mu zawtórowała. – Co cię sprowadza? – Może byś najpierw zaproponował mi drinka? – Oczywiście. Maura przyglądała mu się. Nawet po pięćdziesiątce Tommy był nadal przystojnym facetem, brunetem z jasną cerą i tylko oczy zdradzały jego pochodzenie. Jego dziadek był dokerem z zachodnich Indii. Tommy miał elegancką sylwetkę i lubił nosić szyte na miarę garnitury. Maura z przykrością pomyślała o tym, co musi mu za chwilę powiedzieć. Zawsze lubiła Toma. Ale gra szła o rodzinę i Tommy będzie musiał zrozumieć, że to nie żarty. Gdy podawał jej szkocką, zapytał: – Twoja wizyta oznacza kłopoty, tak? Wzięła podany jej trunek i kiwnęła głową. – Obawiam się, że tak, Tom. Duże kłopoty. Janine nadal walczyła o życie, a Roy siedział przy jej łóżku i delikatnie trzymał ją za rękę. Posiniaczona Sarah stała obok, przesuwając paciorki różańca. Ten szmer był jedynym słyszalnym dźwiękiem w pokoju, nie licząc cichego szumu monitorów. O dziwo, jej obecność dodała Royowi otuchy. Przypomniało mu się dzieciństwo i czas burzy. Matka zasłaniała wtedy lustra, zaciągała zasłony, a wszystkie dzieci siedziały w ciemności odmawiając różaniec. Michaela i Garry’ego doprowadzało to do szału, ale on to lubił. Czuł się wtedy bezpieczny. Twarz Janine była blada i cierpiąca, a on zdawał sobie sprawę, że był powodem każdej wyrytej na niej zmarszczki. Ogarnęło go wielkie poczucie winy, chętnie zająłby jej miejsce na szpitalnym łóżku, żeby nie musiała znosić bólu. Po raz Pierwszy od lat poczuł wobec niej opiekuńcze uczucia. Do pokoju weszła pielęgniarka, wytrącając go z tego nastroju. Puścił dłoń żony i rozparł się na krześle. – Idź napić się kawy. Podoglądam jej za ciebie, synu. Potrzebujesz chwili wytchnienia – powiedziała Sarah. Wstał z wdzięcznością. – Dzięki, mamo. Doceniam to. Sarah wzruszyła ramionami. – Zawsze byłam w pogotowiu, żeby nad wami czuwać, tylko czy wy to zauważaliście? – Przynieść ci filiżankę herbaty, mamo? Skinęła głową. – Robię się na to wszystko za stara. Już niedługo pociągnę i szczerze mówiąc, nie mogę się doczekać końca. Twój biedny ojciec, Panie świeć nad jego duszą, ma przynajmniej tę pociechę, że jego synowie spoczywają przy nim w pokoju wiecznym. Łzy napłynęły jej do oczu i głos uwiązł w gardle. Roy objął ją. Znowu uświadomił sobie, że jest bardzo stara i bardzo krucha. – Synu, czy choć przez chwilę możesz sobie wyobrazić, co ja czułam przez te wszystkie lata? Chowałam do ziemi dziecko za dzieckiem, i to nie z powodu choroby, nie. Moi synowie byli mordowani, zarzynani jak zwierzęta, a ja musiałam żyć z tą świadomością dzień po dniu. A teraz patrz na Janine, patrz na matkę swojego syna, wplątaną w to wszystko tylko dlatego, że nie potraficie być normalnymi ludźmi, choć lat wam przybyło. Nie umiecie żyć jak przyzwoici mężczyźni i przyzwoite kobiety. Benny idzie tą samą drogą i codziennie modlę się do Boga, żebyś nigdy nie musiał identyfikować w kostnicy ciała z twojej krwi i kości. Odwróciwszy się od niego, przyoblekła twarz w spokój. Roy wyszedł z sali. Ale jej słowa, tak jak przewidywała, towarzyszyły mu, gdy szedł po herbatę. Po wyjściu syna znów zaczęła się modlić: – Święta Mario, Matko Boża, spraw, by mój syn przejrzał i zrozumiał, że błądzi. Spraw, by choć jedno moje dziecko stanęło przed Chrystusem w pokorze i z miłością Boga w sercu. Benny i Abul zostali zatrzymani na Al3, gdy dojeżdżali do wiaduktu w Canning Town. Zatrzymali ich dwaj młodzi policjanci we fiacie panda. Funkcjonariusze byli na luzie i najwyraźniej chcieli się trochę rozerwać. Mieli się wkrótce przekonać, co oznacza konfrontacja z dwoma podobnie usposobionymi facetami, którzy na dodatek nie mają elementarnego poszanowania dla władzy. Benny zatrzymał się, a Abul pstryknął peta przez okno. – Czym możemy służyć, panowie policjanci? – zapytał Benny. Prowokował ich szyderczym tonem i bezczelną miną. Obydwaj policjanci nie mieli co do tego wątpliwości. – Wysiadać z samochodu. Benny i Abul spojrzeli na siebie z niedowierzaniem. – Słucham? A na mocy jakiego prawa tego żądacie? Jechaliśmy z przepisową prędkością, ostrożnie, mamy zapięte pasy. Jako obywatel demokratycznego kraju mam prawo wiedzieć, dlaczego zostałem zatrzymany. Abul już rechotał. Zawsze pękał ze śmiechu, gdy Benny udawał dżentelmena. – Co was tak do cholery śmieszy? Abul natychmiast przestał się śmiać, co policjanci zaliczyli jako ważny punkt dla siebie w tej rozgrywce. Zaraz potem jednak, gdy Benny i Abul odpięli pasy, zorientowali się, że sytuacja staje się groźna. Po wyjściu z samochodu obaj mężczyźni podeszli prosto do bagażnika i za parę sekund pojawili się ponownie z kijami baseballowymi owiniętymi taśmą izolacyjną. – Ty pierwszy – powiedział Benny, machając ręką. Abul znowu parsknął śmiechem. – Nie, ty pierwszy. Ruszyli z kijami baseballowymi na policjantów i okładali ich, zagrzewani głośnymi wiwatami niektórych przejeżdżających kierowców. Gdy Benny i Abul robili swoje, kłaniając się mijającym ich samochodom, z piskiem opon zatrzymał się przy nich komisarz Featherstone, nakazując im ostro, żeby przestali się popisywać i spieprzali. Jako jeden z „zaprzyjaźnionych” gliniarzy miał teraz za zadanie wystąpić w roli ich ambasadora i przekonać poszkodowanych, żeby nie składali raportu. – Lepiej usiądź, stary. Joss, który wyczuł drżenie w głosie Maury, przyniósł im butelkę whisky i postawił ją na stoliku obok. Wiedział, że będzie im potrzebna. Fakt, że Maura Ryan osobiście przybyła tu, do Liverpoolu, mówił sam za siebie. Wiedział też dobrze, po co tu przyjechała, ale nie zamierzał się z tym wychylać. Tommy sprawiał wrażenie zdziwionego, kiedy Maura ujęła i uścisnęła jego rękę. – Dokładnie wiem, jak się poczujesz za kilka minut, uwierz mi. Ale pamiętaj, to nic osobistego, tylko interesy. Nie chciałam tego, lecz sprawa wymknęła mi się z rąk. Twój chłopak, Tommy. B, zrobił najście z bronią na moją rodzinę. Wdarł się do naszych domów, Bóg mi świadkiem, do domów! W dodatku bez powodu, Tommy. Bez żadnego powodu. Jest winien śmierci członków naszej rodziny i nie mówię tu o partnerach w interesach, tylko o matkach, żonach… Tommy potrząsał głową. – Nie, nie, na pewno się mylisz, Maura. Ten gnojek jest rozrabiaką, zgadzam się, ale wie, że jest za durny, żeby was brać na cel… – Głowy nie miał do takiej roboty, lecz serce tak. Przyznasz, że miał. Wiem, jak się czujesz, Tommy, ale musieliśmy zrobić, co trzeba. Nawet ty musisz to zrozumieć. Obserwowała malujące się na twarzy Toma emocje i sercem była z nim. – Nie wolno mi było tego odpuścić. Próbował stworzyć pozory, że to my rozpętaliśmy wojnę. Nie mogliśmy zrozumieć, o co chodzi. Objechaliśmy wszystkich, starając się dowiedzieć co się do cholery dzieje. I czy wiesz, że jeszcze potem do żony Roya oddano dwa strzały na progu jej własnego domu? Ciemne oczy Toma rozszerzyły się. – O kurwa, chyba żartujesz! – Chciałabym, żeby tak było. Ale to jest jak koszmarny sen na jawie. Opowiem ci wszystkie szczegóły, kiedy już będziesz w stanie ich wysłuchać. Nalej sobie jeszcze jednego drinka. – Czy on już nie żyje? Głos Toma Rifkinda był głuchy, bezbarwny. Maura kiwnęła głową. – Na pewno. Garry i Lee porwali go z mieszkania. Musieli to zrobić, zrozum, dla przykładu, żeby postraszyć innych. Tommy Rifkind ukrył twarz w dłoniach i zapłakał jak dziecko. – Tylko nie Garry… Mimo odruchu współczucia dla człowieka opłakującego stratę syna Maura powiedziała twardo: – Garry się zawziął. Musieliśmy przekazać innym wyraźne ostrzeżenie, to chyba jasne? Wspólnicy Tommy’ego B muszą wiedzieć, z kim zadarli i w co się wpakowali. Za nich też się weźmiemy w odpowiednim czasie. Joss nalał im i sobie kolejnego drinka i Maura z przyjemnością poczuła w gardle palące ciepło alkoholu. – Więc nic nie mógł wynegocjować? Maura popatrzyła na niego. – Nie bądź głupi. Ty byś negocjował, gdybyś był na naszym miejscu? – To zabije jego matkę. Wzruszyła ramionami. – Życie bywa kurewskie. Co, Joss? Pokiwał głową bez słowa. Na szczęście znany był z małomówności. Gdyby musiał teraz otworzyć usta, rozkleiłby się jak Tommy. Do pokoju weszła Gina i widząc rozpacz męża, podeszła do niego. Podniosła go z krzesła i wyprowadziła z pokoju, przyjaźnie skinąwszy głową w stronę Maury. Maura zwróciła się do Jossa. – Powiedziałam jej przez telefon, o co chodzi. Zawsze byłam w dobrych relacjach z Giną. Wiedziałam, że Tommy będzie potrzebował jej wsparcia, gdy usłyszy taką wiadomość. – Czy jego chłopak kombinował z Vikiem Joliffem? Joss mówił niskim, chrapliwym głosem, jakby mu zardzewiał od rzadkiego używania. Maura przytaknęła. – Ambitny mały skurwiel – mruknął Joss. – Ma to w genach, jak sądzę. – Kto miesza, Joss? Vic Jolitt? Kiwnął głową. – Ale słowo przestrogi, panno Ryan. Zanim pani wykończy Joliffa, niech się pani dowie, kto jeszcze z nim był. Takiej wielkiej afery sam by nie pociągnął. Joliff to ostry kaliber, ale nie mózgowiec. – Dzięki, sama już do tego doszłam. A na razie Vic Joliff jest unieszkodliwiony, leży z poderżniętym gardłem w więziennym szpitalu. Dostaniemy go, zanim zdoła się ruszyć. Tommy B rozpaczliwie szlochał, spazmy wstrząsały całym jego ciałem. – Mam cię, kurwa, w kółko pytać o to samo? Kto jeszcze w tym siedzi? Wiesz bardzo dużo o interesach mojej rodziny… skąd? Dać ci coś na odświeżenie pamięci? Głos Garry’ego odbijał się echem od ścian baraku stojącego na złomowisku należącym do Toma Rifkinda. Od niechcenia przejechał elektryczną piłą nad związanymi nogami chłopaka. Tommy B był w szoku, miał zmętniałe oczy. Gdy Garry go kopnął, wykrzywił usta w niemym krzyku. – Po… powiedziałem wam wszystko, co wiem – zajęczał po chwili. – Robiłem, co mi kazał Joliff. On wszystkim rządzi. Miejcie litość, niech to się skończy! Nabiegłe krwią oczy spojrzały błagalnie na drugiego z Ryanów. Stojący za plecami brata Lee wyminął Garry’ego, trzymając w ręku ciężką latarkę. Zamachnął się nią, z całej siły uderzając Tommy’ego B w skroń. Torturowany mężczyzna był zapewne wdzięczny niebiosom, zapadając w niebyt. Garry się wkurzył. – Czekaj, Lee. Co się tak gorączkujesz? Po kiego wyrwałeś się z tą latarką? Lee naskoczył na brata. – Śmiechu warte. Mityguje mnie największy narwaniec po tej stronie Atlantyku. Wyrwałem się? Chciałeś, żeby był przytomny, kiedy będziesz mu odcinał ręce i nogi? Powiedział nam wszystko, co wie. Powiedział, że to on załatwił Sandrę Joliff, choć diabli wiedzą, dlaczego to zrobił. Kto by znosił taki okrutny wpierdol, gdyby miał się czym wykupić? Garry poczuł się obrażony. – Uczysz mnie mojej roboty, co? Chcesz zarobić w pysk czy jak? Masz muchy w nosie, odkąd wyjechaliśmy z Londynu. Przez całą drogę wydawało mi się, że obok siedzi wyrośnięty dzieciak. – Zaczął mówić dziecinnym głosem: – „Jak daleko jeszcze?”. Omal nie zacząłem śpiewać pieprzone „koci, koci łapci”, żebyś się nie nudził. Lee mimo woli zaczął się śmiać. – Odpierdol się ode mnie. – Dobra, co jest grane? – Sheila mnie rzuciła. Garry wzruszył ramionami. – Trudno jej się dziwić. To wszystko musiało ją ruszyć. Mnie ruszyło. Wyobraź sobie, jak ona się czuła, zwłaszcza z tym wielkim brzuchem. Jasne, że się przejęła. Ale wróci przed końcem tygodnia. Zobaczył, że na twarzy brata pojawia się wyraz nadziei, i uścisnął go. – Odpręż się, Lee, wszystko będzie dobrze. Ty i ona jesteście jak ta pieprzona rodzinka Bradych. Teraz pomóż mi wciągnąć go na stół. Zróbmy, co mamy zrobić, i zbierajmy się do domu. – Musimy odcinać mu ręce i nogi? Garry spojrzał na Lee jak na wariata. – Jasne, że nie, ale jak to zrobimy, ludzie będą mieli o czym gadać. Spójrz na to w ten sposób. Wszyscy będą wiedzieli, że to nasza sprawka, poprawimy nasze wariackie notowania i powstrzymamy zasrańców, którzy chcą nam wejść w paradę. Stara dobra zasada. Lee wyszczerzył zęby, zadowolony, że Garry uspokoił go co do Sheili. – Masz rację, to się trzyma kupy. – Sam widzisz, braciszku, że to ma sens. Dawaj tu piłę elektryczną. Maura i Joss musieli czekać pół godziny, zanim Tommy Rifkind pojawił się znowu w salonie. Nadal był w szoku, ale panował nad sobą. Maura zaczęła mu wyjaśniać, co się stało. Najpierw opowiedziała o śmierci Lany Smith i Sandry Joliff i obserwowała zmieniający się wyraz jego twarzy, gdy stopniowo uświadamiał sobie, w co się wpakował jego syn. – Joliffa zaatakowano w Belmarsh, co było nie lada wyczynem, a my nadal nie wiemy, kto za tym stał, ale przypuszczamy, że Joliff przez swoje knowania wszedł temu i owemu w paradę. Prawdopodobnie jeszcze żyje. Niezadługo złożymy mu wizytę. – A więc mój chłopiec został wykorzystany przez Joliffa, tak? Maura wzruszyła ramionami. – Może to Joliff był przez kogoś wykorzystywany i wciągnął do tej sprawy Tommy’ego B. Jeszcze nie wiem. Powoli składamy wszystko w całość. Bomba podłożona w moim samochodzie wkurzyła moich braci, nie mówiąc o mnie. Nie dam się nikomu zastraszyć i niech sobie inni myślą o Terrym co chcą, dla mnie był partnerem nie tylko w łóżku. Skończyła drinka, Joss nalał jej kolejnego. Dała im czas na przetrawienie jej słów. Wreszcie się odezwała: – Bardzo mi przykro, Tom, naprawdę. Ale chyba rozumiesz, że nie mieliśmy wyboru. Zwłaszcza że pobito też moją matkę. Nikt by czegoś takiego nie przełknął. Tommy potrząsnął głową i westchnął. – Był zasranym draniem, nie przeczę. Wydawało mu się, że połknął wszystkie rozumy. Teraz jest inny świat, Maura. Młodzi ustanawiają własne prawa. Chciał złapać za ogon zbyt wiele srok… kluby z tańcem erotycznym, prostytutki, sama wiesz. – A narkotyki? W to najchętniej bawi się Joliff. Tommy wzruszył ramionami. – Szczerze mówiąc, Maura, wszyscy w tym siedzimy. To prawdziwa kopalnia złota. – Ale z tego co wiem, twój chłopak wszedł w crack. Nie akceptuję tego biznesu. Joss był zaskoczony jej hipokryzją. – Przecież to też kokaina, tylko inaczej spreparowana. – Ja zostawiam te sprawy młodszym członkom rodziny. Mnie to brzydzi. Nigdy nie zajmowałam się skagiem czy crackiem. – A co z tym nowym drągiem? Tym crankiem czy jak go tam zwą? Joss wydawał się mocno zainteresowany jej odpowiedzią. Maura uśmiechnęła się. – W tych dniach podciąga się różne rzeczy pod mój znak firmowy. Zdaję się budzić ostatnio coraz większy respekt. Zadzwonił jej telefon, przyłożyła go do ucha. Popatrzyła na Tommy’ego Rifkinda. – Przykro mi, Tommy. Już po wszystkim. Kiwnął głową. Maura była zaskoczona spokojem, z jakim przyjął wiadomość o śmierci dziecka. Ale jeśli alternatywą miały być celebrowane zabiegi Garry’ego z użyciem piły, chyba każdy rodzic odetchnąłby z ulgą. Sarah i Roy czuwali razem przy łóżku Janine. Drugiego dnia skrzep znalazł drogę do serca i śmierć była kwestią sekund. O 3:28 rano Janine wydała ostatnie tchnienie. Roy siedział potem jeszcze wiele godzin, trzymając ją za rękę. Dopiero kiedy przyszła Carla z Joeyem, cofnął dłoń. Przytulił córkę i trzymał ją w uścisku, jakby nigdy nie zamierzał jej puścić, a całym jego ciałem wstrząsa szloch. – Kochanie, ona odeszła i nikogo poza mną przy niej nie było. Żadnego z jej dzieci. Carla nic nie rzekła, tylko obejmowała ojca. Patrząc na ciało matki, odczuwała wstyd, że nie ma w niej żalu. Janine przez całe życie traktowała ją jak powietrze. Wyglądało na to, że tylko Roy przeżywa stratę. Postarzał się w ciągu tych godzin, a lunatyczny wyraz jego oczu budził w Carli lęk. Odmawiała z nim modlitwę, kiedy do sali wkroczył wystrojony Benny. – Odeszła, Ben, twoja matka odeszła – w głosie Roya słychać było ból i gniew. – Popatrz na swoją matkę, chłopcze, i obyś do końca życia nie zapomniał, że przyczyniłeś się do jej śmierci – dodała lodowatym głosem Sarah. – Wiesz, babciu, co mówią? Jaka mać, taka nać. Pamiętaj o tym następnym razem, kiedy poczujesz potrzebę prawienia mi kazań – dociął jej Ben. Rzucił na matkę krótkie spojrzenie i wyszedł. Carla i Joey poszli w jego ślady. Sarah popatrzyła smutno na Roya. – Maura ci go odebrała, tak jak odebrała mi was wszystkich wiele lat temu. Pochowasz Bena, Roy, wspomnisz moje słowa, pochowasz go i biorę Boga na świadka, że im wcześniej, tym lepiej. Jest niebezpieczny, to kopia mojego Michaela. Ale Michael miał serce, a w tym chłopcu nie ma nic poza nienawiścią. Roy nic nie odrzekł, wiedział, że to prawda. W tym samym czasie matka Tommy’ego B patrzyła na głowę swojego syna w kostnicy szpitala publicznego w Liverpoolu. Gdy złorzeczyła na los i pomstowała na tych, którzy zrobili to jej dziecku, nie była świadoma, że dwaj sprawcy byli już z powrotem w Londynie, gdzie czekały na nich jeszcze inne obowiązki. Jeśli o nich chodzi, to zarówno Garry, jak i Lee zapomnieli już o Tommym B. Ale jego ojciec nie zapomniał. Ani Vic Joliff. Więzienni medycy zbyt szybko postawili krzyżyk na Joliffie. Był silniejszy i sprytniejszy, niż ktokolwiek przypuszczał. Mimo że stracił ponad dwa litry krwi i na szyi miał świeże szwy, zdołał złapać za gardło ospałego strażnika stojącego na warcie przy jego łóżku i zmusił go do zdjęcia mu kajdanków. Ułożył nieprzytomnego glinę w pościeli, a sam schował się w koszu na brudną bieliznę i czekał na wczesnoporanną wywózkę. Potem obezwładnił kierowcę, a porzucony van został znaleziony na wybrzeżu Kentu. Sam Joliff jakby się rozpłynął. Ślad po nim zaginął, ciała nie odnaleziono. Ryanowie wychodzili z siebie. W tej sprawie było za dużo niejasnych wątków. Najbardziej wkurzająca była plotka, jakoby Joliff skumał się z jedną z ich policyjnych wtyczek. Wyglądało na to, że starszy inspektor Billings był na tyle głupi, że brał pieniądze również od rywala Ryanów. Maura nie mogła pozostawić tego bez wyjaśnienia – i bez kary. Dała Benny’emu Starszy inspektor Roland Billings jadł kolację z żoną i córkami, kiedy głośno zapukano do drzwi. Kochał swój dom duży, wolno stojący, w najlepszej części Brentwood. Pomyślał że to pewnie ktoś do niego, zwykle tak bywało o tej późnej porze dnia. Nie spodziewał się jednak Bena Ryana i jego hinduskiego ochroniarza. Usłyszał głos Benny’ego, zanim go zobaczył. – Czy zastałem drogiego Rolanda, kochanie? Przesadnie uprzejme słowa wypowiedziane zostały tonem groźby, co nie uszło uwadze ani Rolanda Billingsa, ani jego żony Dolores. Gdy inspektor wstawał z krzesła, serce podchodziło mu już do gardła. Benny wszedł do jadalni, jakby był u siebie. Widząc trzy dziewczynki z rozdziawionymi buziami, powiedział rubasznie: – Nie miałbyś ochoty na trochę zabawy z tą trójką, Abul? No, może nie z tymi aparatami na zębach. Niech poczekają jeszcze kilka lat, co, panie Billings? Wtedy będą jak trzeba. Takie jak sam lubisz, młodziutkie i naiwniutkie. Takie właśnie lubisz, prawda? Dolores już wyprowadzała dziewczynki z pokoju, a rozochocony Abul udawał, że jej pomaga. – Przetrzymaj je na górze i sama też tam zostań, skarbie. Nie dzwoń nigdzie, dopóki nie wyjdziemy, bo ściągniesz na rodzinę duże kłopoty. Musimy chwilkę porozmawiać z Rolandem. Dolores jak na czterdzieści sześć lat była dobrze zakonserwowana. Wiedziała, że mąż trzyma w domu sporo gotówki i należała do kobiet, które beztrosko wydają pieniądze bez zastanawiania się, skąd pochodzą. Po raz pierwszy nabrała podejrzeń co do ich źródła i ogarnął ją lęk. Abul powiedział cicho: – To nie żarty, kochanie. Twój mąż siedzi po uszy w gównie, a jeśli jego szefowie dostaną cynk o naszej wizycie, ugrzęźnie jeszcze głębiej. Weź dziewczynki i siedźcie cicho, choćby nie wiem co, OK? Kiwnęła głową i pospiesznie umknęła z dziećmi sprzed oczu przerażających intruzów. Roland Billings usiadł z powrotem przy stole, czując, że mu się ze strachu przewracają wnętrzności. – Co wy do diabła robicie w moim domu? – Nadał głosowi stanowcze brzmienie, choć czuł się bezsilny. Benny zaśmiał się. – Myślałem, że jesteśmy kumplami, Roland. Ja, ty i moja ciotka Maura. Pamiętasz Maurę, która daje ci forsę regularnie jak w zegarku? Rozejrzał się wokoło, cmokając z podziwu. W samej jadalni były dwa stojące zegary, poza tym w holu duży zegar firmy London Lock, a na stolikach i kominku całe mnóstwo starych zegarów podróżnych. Billings był niewątpliwie poważnym kolekcjonerem. – Byłaby zadowolona, widząc, na co wydajesz ten szmal i w ogóle. Ona też lubi stare zegary, tak jak ty. – Wynoś się w cholerę z mojego domu i zabierz tę małpę ze sobą! Nawet Benny’ego zaskoczyła nienawiść bijąca z jego głosu. – Czyżby był pan rasistą, panie Billings? Jawnie sobie szydził. Popatrzył na Abula i obaj zarechotali. – Hej, Ben, czy to aby na pewno glina? – zapytał zjadliwie Abul. Billings był zdziwiony, że jego rasizm budzi u takiego kryminalisty jak Benny Ryan większą odrazę niż jego policyjny mundur. – Chcę, żebyście obaj się stąd wynieśli – powiedział ostrym tonem, ale nie zdołał ukryć zaniepokojenia. – Przecież jesteśmy kumplami, Roland. Ja i poczciwy Abul. Płacimy ci pensję, synu, żeby twoje córki mogły chodzić do dobrych szkół i żeby twojego kutasa obciągały małe dziewczynki z okolic Cross. – Nie jesteście moimi kumplami. – Och, słyszałeś, Abul? Wiesz, Roland, moja stareńka babcia ma takie jedno powiedzonko: „Pokaż mi, z kim przestajesz, a powiem ci, kim jesteś”. I co ty na to? Billings wstał. – Wynoś się z mojego domu, Ryan. Głos Bena był niebezpiecznie cichy, gdy powiedział: – Nie graj pieprzonego twardziela, panie Billings, bo i tak zrobią ci kuku. Widzisz, my wiemy. Wiemy wszystko dzięki jednej wizycie, którą złożyliśmy w Liverpoolu. Vic Joliff wykorzystywał tamtejszych gnojków, żeby narobić wokół nas smrodu. Teraz prysnął, a my uważamy, że miał oficjalną pomoc, jeśli kapujesz, o czym mówię. Inspektor z powrotem usiadł. Opuszczała go wola stawiania oporu. – To smutne, panie Billings, kiedy ludzie giną we własnych łóżkach od ran postrzałowych i różnego rodzaju samookaleczeń, prawda? Siedzący przed nimi mężczyzna zrozumiał groźbę. – Właziłeś w dupę Joliffowi, bracie. Brałeś jego pieniądze i nasze. Jesteś zafajdanym dwulicowym kutasem. Moja matka została postrzelona na progu własnego domu, wiedziałeś o tym? A najgorsze jest to, że nie miała nic wspólnego z rodzinnymi interesami. Tak się składa, że nawet jej nie lubiłem, ale to nie ma, kurwa, żadnego znaczenia. Jak by ci się podobało, gdybym zastrzelił twoją żonę i córki? Wpieniłbyś się, no nie? Billings gapił się na niego szeroko otwartymi oczami. Groźby eskalowały z każdym zdaniem i jego przerażenie rosło. – Wyobraź sobie, że ktoś wpadł na pomysł, żeby przechytrzyć Ryanów. Ty pewnie byś o czymś takim nawet nie pomyślał. Jesteś na to za rozsądny, co? Inspektor potrząsał głową tak energicznie, że aż miał świeczki w oczach. – Dobry z ciebie gość. Ale chyba rozumiesz, że ktoś musi dostać po łapach, więc postanowiliśmy właśnie ciebie umieścić na początku listy zasrańców, bo kolegowałeś się z Vikiem chętnie i od dawna. Benny rozłożył ręce w geście: „nic nie mogę na to poradzić”, na co Abul znowu zaczął się pokładać ze śmiechu i to przeraziło Billingsa bardziej niż wszystko dotąd. Wiedział, że cokolwiek zamierzają z nim zrobić, będzie to dla nich dobra zabawa. – Posłuchajcie – wyjąkał – nie tutaj… nie w moim domu… Twarz Bena wykrzywił grymas wściekłości. – Aha, więc wszystko jest w pieprzonym porządku, kiedy ktoś wnosi broń i nieszczęście do domów mojej rodziny, ale nie do twojego, tak? Kiedy to wykrzyczał, zwalił zastawę stołową na podłogę. Echo roztrzaskujących się talerzy niosło się po całym domu i do uszu Bena dotarł dochodzący z góry płacz kobiety i dzieci. Wziął ocalały na stole widelec i z rozmachem wbił go w dłoń Billingsa, unieruchamiając go na chwilę przy stole. Potem, szarpiąc mężczyznę za przód koszuli, zaciągnął go do kuchni. Na elektrycznej kuchence w dużym garnku gotowało się spaghetti. Benny zanurzył w garnku dłoń Billingsa i z uciechą słuchał, jak jego ofiara wrzeszczy z bólu. – Założę się, że cholernie boli, co? Musisz opowiedzieć o tym Vicowi następnym razem, jak będziecie gawędzić. Wyciągnął z garnka pokrywającą się pęcherzami dłoń policjanta. – Gdzie on jest, Billings? Pomogłeś mu, tak? – P-po drugiej stronie k-kanału. Nie wiem, gdzie potem pojechał. Przysięgam. Był okropnie pokiereszowany, mógł nie przeżyć. Zaczynały się objawy wstrząsu. Abul patrzył na rękę policjanta. Była czerwona jak homar i ból musiał być nie do niesienia. Benny powściągnął swój temperament tylko na kilka chwil i znowu wsadził ręką Billingsa do garnka. W końcu inspektor stracił przytomność. Kiedy osunął się na Gdy wychodzili, Abul poślizgnął się na porozrzucanym po całej kuchni spaghetti. Benny zaczął się śmiać i zanim dotarł do samochodu, obaj zanosili się od śmiechu. Zapalili skręta i odjechali, a dochodzący z kwadrofonicznych głośników samochodu ryk Shaggy’ego zakłócił na chwilę spokój tej zacnej okolicy. Maura składała do ziemi prochy Terry’ego Pethericka, ale po tym wszystkim, co się ostatnio wydarzyło, nie mogła się skupić podczas skromnej uroczystości pogrzebowej. Miała wrażenie że oskarżycielskie oczy matki wwiercają się w jej ciało. Żaden z chłopców nie przyszedł i była z tego powodu zadowolona. Przybyło niewiele osób, ale z tego też była zadowolona. Czuła, że zamknęła jakiś rozdział w życiu. Nie mogła wiedzieć, że najbardziej przerażający jest jeszcze przed nią. Gdy ściskała dłoń Carli, po raz pierwszy od lat ogarnął ją spokój. Zdawała sobie sprawę, że nie na długo, ale w końcu sama wielokrotnie powtarzała, że jej życie nigdy nie było spokojne. Jej starzy przyjaciele, Marge i Dennis Dawsonowie, byli przy niej, gdy lała łzy nad grobem Terry’ego Pethericka z którym właśnie oni ją niegdyś poznali, ale było to dawno w innym czasie, innym miejscu, w czasach niewinności. Nie żywiła nadziei, iż te czasy kiedykolwiek wrócą. |
||
|
© 2026 Библиотека RealLib.org
(support [a t] reallib.org) |