"Vaterland" - читать интересную книгу автора (Harris Robert)2Komenda Kripo znajdowała się na drugim końcu Berlina, dwadzieścia pięć minut drogi od Haweli. Chcąc przesłuchać Josta March zaoferował, że podrzuci go najpierw do koszar, żeby mógł się przebrać, ale chłopak nie skorzystał z uprzejmości; chciał mieć to wszystko jak najszybciej za sobą. Poczekali więc tylko, aż ciało zostanie załadowane do ambulansu i zabrane do kostnicy, po czym wsiedli do małego czterodrzwiowego volkswagena inspektora i ruszyli na wschód przez zatłoczone miasto. Wstawał jeden z owych ponurych berlińskich poranków, kiedy słynne tutejsze powietrze nie tyle orzeźwia, co ziębi, kłując twarz i dłonie tysiącem lodowatych igieł. Na Potsdamer Chaussee woda tryskająca spod kół przejeżdżających samochodów przegoniła przechodniów pod ściany budynków. Obserwując ich przez zalaną deszczem szybę March miał wrażenie, że znalazł się w mieście podążających po omacku do pracy ślepców. Wszystko wydawało się takie normalne. Później to właśnie uderzało go najbardziej. Podobnie jak podczas wypadku na szosie: najpierw wszystko jest w porządku, a potem następuje ta chwila i świat nigdy już nie wraca do swej poprzedniej postaci. Bo przecież nie było nic nadzwyczajnego w fakcie, że wyłowiono czyjeś ciało z Haweli. Zdarzało się to dwa razy w miesiącu — odnajdywano w wodzie pijaków i zbankrutowanych przedsiębiorców, nieostrożne dzieci i zawiedzionych w miłości nastolatków; ofiary nieszczęśliwych wypadków, samobójstw i morderstw; ludzi zdesperowanych, głupich i nieszczęśliwych. Telefon w jego mieszkaniu przy Ansbacher Strasse zadzwonił piętnaście po szóstej. Nie obudził go. Od dłuższego czasu leżał w półmroku z szeroko otwartymi oczyma, słuchając deszczu. Od kilku miesięcy źle spał. — March? Z Haweli wyłowiono topielca. — To był Krause, nocny oficer dyżurny. — Bądź tak dobry i zajmij się tym. March odparł, że nie jest zainteresowany topielcem. — Twoje zainteresowanie albo jego brak nie ma tutaj najmniejszego znaczenia. — Nie interesuje mnie topielec — powtórzył March — bo nie jestem na służbie. Miałem dyżur w zeszłym tygodniu i jeszcze tydzień temu. — A także dwa tygodnie temu, mógł dodać. — Dzisiaj mam wolny dzień. Zerknij ponownie do swojej listy. Po drugiej stronie zapadła cisza. — Masz szczęście, March — odezwał się w końcu pojednawczo Krause. — Patrzyłem na dyżury z zeszłego tygodnia. Możesz spać dalej. Albo — zachichotał — robić to, co ci przerwałem. Podmuch wiatru zabębnił deszczem o okienną ramę. Procedura w wypadku odnalezienia ciała była z góry ustalona: na miejsce natychmiast udawali się lekarz, policyjny fotograf i inspektor. Inspektorzy wysyłani byli na podstawie listy dyżurów układanej na komendzie Kripo przy Werderscher Markt. — Max Jaeger. Jaeger. March dzielił z nim gabinet. Spojrzał na swój budzik i pomyślał o małym domku w Pankow, gdzie Max mieszkał ze swoją żoną i czterema córkami; w tygodniu widywał się z rodziną tylko przy śniadaniu. March tymczasem był rozwiedziony i żył samotnie. Popołudnie miał spędzić ze swoim synem. Ale najpierw musiał wypełnić czymś długie puste godziny poranka. Czuł się tak paskudnie, że perspektywa rutynowej sprawy wydała mu się zachęcająca. Przynajmniej czymś się zajmie. — Och, daj mu spokój — powiedział. — I tak już nie śpię. Pojadę tam. To było prawie dwie godziny temu. Zerknął w tylne lusterko na swego pasażera. Jost nie odezwał się ani razu, odkąd wsiadł do samochodu. Siedział sztywno na tylnym siedzeniu, wpatrując się w szare, mijane przez nich budynki. Przy Bramie Brandenburskiej policjant na motocyklu dał im sygnał, żeby się zatrzymali. Środkiem Pariser Platz maszerowała, rozchlapując kałuże, orkiestra SA w zmoczonych brązowych mundurach. Przez zamknięte szyby volkswagena dobiegał stłumiony odgłos bębnów i trąbek, wygrywających stary partyjny marsz. Kilkadziesiąt osób stojących przed Akademią Sztuk Pięknych przypatrywało się paradzie, kuląc ramiona przed deszczem. O tej porze roku nie sposób było przejechać przez Berlin, nie natknąwszy się na jakąś orkiestrę. Za sześć dni całe Niemcy obchodziły urodziny Adolfa Hitlera: obwołany państwowym świętem Führertag. Ulicami miały wtedy przedefilować wszystkie orkiestry Rzeszy. Wycieraczki samochodu odmierzały rytm niczym metronom. — Oto ostateczny dowód — mruknął March, obserwując tłumek — że marszowa muzyka odbiera Niemcom rozum. Obrócił się do kadeta, który niewyraźnie się uśmiechnął. Występ zakończył brzęk cymbałów. Rozległy się słabe oklaski. Dyrygent odwrócił się i ukłonił. Za jego plecami esamani wycofywali się już, pół idąc, pół biegnąc, do czekającego autokaru. Gliniarz na motocyklu odczekał, aż plac opustoszeje, a potem gwizdnął krótko i machnął odzianą w białą rękawiczkę dłonią, przepuszczając ich przez Bramę. Przed nimi ciągnęła się Unter den Linden. Aleja straciła swoje lipy w roku 1936 — wycięto je w akcie oficjalnego wandalizmu przed Igrzyskami Olimpijskimi w Berlinie. Na ich miejscu Gauleiter miasta, Josef Goebbels, wzniósł po obu stronach bulwaru dwa długie rzędy dziesięciometrowych kolumn, na szczycie których sterczały partyjne orły z rozpostartymi skrzydłami. Z dziobów i piór kapała im woda. Jazda przez Unter den Linden przypominała wędrówkę przez indiański cmentarz. March zwolnił przed światłami i skręcił w prawo, we Friedrich Strasse. Dwie minuty później wjeżdżali na parking położony naprzeciwko komendy Kripo przy Werderscher Markt. Zamykające plac od południa sześciopiętrowe wilhelmińskie gmaszysko było brzydkie, ciężkie i pokryte smugami sadzy. Od dziesięciu lat prawie przez siedem dni w tygodniu March przychodził tutaj codziennie do pracy. Jak skarżyła się często jego była żona, czuł się tu bardziej u siebie niż we własnym domu. W środku, za posterunkiem SS i skrzypiącymi obrotowymi drzwiami wisiała na ścianie tablica, na której zaznaczano obowiązujący aktualnie stopień alertu antyterrorystycznego. Stopni było cztery, każdy groźniejszy od poprzedniego: zielony, niebieski, czarny i czerwony. Tego dnia, jak zwykle, zaznaczony był alarm czerwony. Zaraz przy wejściu do holu przyjrzało im się dokładnie dwóch strażników w szklanej budce. Inspektor pokazał swoją legitymację i podpisał przepustkę dla Josta. Na komendzie panował ruch większy niż zazwyczaj. Przed Führertagiem zawsze było trzy razy więcej roboty. Wyłożony marmurowymi płytami hol przemierzały, głośno stukając wysokimi obcasami, objuczone aktami sekretarki. W powietrzu unosił się intensywny zapach wilgotnej odzieży i pasty do podłóg. Pod ścianami stały, wymieniając szeptem uwagi na temat różnych przestępstw, grupki funkcjonariuszy: ci w zielonych mundurach należeli do Orpo, ci w czarnych do Kripo. Nad ich głowami wpatrywały się w siebie kamiennym wzrokiem umieszczone po przeciwnych stronach holu, obwieszone girlandami dwa popiersia: Führera oraz Szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, Reinharda Heydricha. March odciągnął metalową kratę i wsiadł razem z kadetem do windy. Siły policyjne, które kontrolował Heydrich, podzielone były na trzy części. Na samym dole znajdowało się Orpo, normalni gliniarze. Zgarniali z parków pijaczków, patrolowali autostrady, linie kolejowe i lotniska, nakładali mandaty za przekroczenie szybkości, dokonywali aresztowań, gasili pożary, odpowiadali na telefony zaniepokojonej ludności i wyławiali z wody topielców. Na samej górze było Sipo, służba bezpieczeństwa. W skład Sipo wchodziło zarówno Gestapo, jak i wewnętrzna policja partyjna, SD. Siedziba obu instytucji znajdowała się w ponurym kompleksie gmachów przy Prinz-Albrecht Strasse, kilometr na południowy zachód od Werderscher Markt. Sipo zajmowało się terroryzmem, działalnością wywrotową, kontrwywiadem i „zbrodniami przeciwko państwu”. Miało własne wtyczki w każdej fabryce, szkole, szpitalu i kantynie; w każdym miasteczku, w każdej wsi i na każdej ulicy. Ciało odnalezione w jeziorze mogło zainteresować Sipo, wyłącznie jeśli należało do terrorysty lub zdrajcy. Gdzieś między tymi dwoma instytucjami, zahaczając o nie obydwie, lokowało się Kripo — Departament V Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy. Policja kryminalna zajmowała się pospolitą przestępczością — poczynając od włamań i napadów na bank, aż po gwałty, mieszane małżeństwa i morderstwa. Topielec wyłowiony z jeziora — ustalenie jego tożsamości i sposobu, w jaki się tam znalazł — to była właśnie sprawa dla Kripo. Winda zatrzymała się na drugim piętrze. Wyszli na korytarz, którego oświetlenie przypominało akwarium. Zielone linoleum i pomalowane na ten sam kolor ściany lśniły w słabym świetle jarzeniówek. W powietrzu unosił się ten sam co w holu zapach pasty do podłóg, tyle że tutaj wzbogacony był dobiegającą z ubikacji wonią środków dezynfekcyjnych i starym papierosowym dymem. Za drzwiami z matowego szkła mieściło się dwadzieścia klitek, w których pracowali inspektorzy. Niektóre były uchylone. Ktoś stukał jednym palcem w maszynę, gdzie indziej dzwonił nie odbierany telefon. — Oto centralny ośrodek nerwowy prowadzonej dzień i noc batalii z przeciwnikami Narodowego Socjalizmu — stwierdził March, cytując tytuł partyjnej gazety, „Völkischer Beobachter”. — Żartowałem — dodał, widząc, że Jost nadal gapi się przed siebie pustym wzrokiem. — Słucham? — Nieważne. Pchnął drzwi i zapalił światło. Jego gabinet był niewiele większy od służbówki; mała cela z pojedynczym oknem wychodzącym na podwórko z poczerniałej cegły. Jedna ściana zabudowana była półkami; stały na nich rozsypujące się, oprawne w skórę zbiory ustaw i dekretów, a także podręcznik kryminologii, słownik, atlas, spis berlińskich ulic, książki telefoniczne oraz skoroszyty, na grzbietach których widniały nalepki z nazwiskami — „Braune”, „Hundt”, „Stark”, „Zadek” — biurokratyczne kamienie milowe, które uwieczniały przy okazji tożsamość dawno zapomnianych ofiar. Przy drugiej ścianie ustawiono cztery szafki. Na jednej z nich stał storczyk, umieszczony tam przed dwoma laty przez niemłodą już sekretarkę u szczytu jej nie wyznanego nigdy i nie odwzajemnionego uczucia do Xaviera Marcha. Storczyk był od dawna martwy. Na tym kończyło się całe umeblowanie, jeśli nie liczyć dwóch zsuniętych przy samym oknie biurek. Jedno z nich należało do Marcha, drugie do Maxa Jaegera. Inspektor powiesił płaszcz na wieszaku obok drzwi. Unikał, jak mógł, noszenia munduru. Tego ranka wykorzystał ulewę jako pretekst, żeby założyć szare spodnie i gruby niebieski sweter. Pchnął w stronę chłopaka krzesło Jaegera. — Siadaj. Kawy? — Poproszę. Automat stał na korytarzu. Z wydziału VB3, zajmującego się przestępstwami seksualnymi, dobiegał głos przechwalającego się swoim najnowszym sukcesem Sturmbannführera Fiebesa. — Mamy tutaj fotografie. Potrafisz w to uwierzyć? Popatrz tylko na to. Zrobiła to jej pokojówka. Spójrz, widać tutaj każdy włosek. Ta dziewczyna powinna zostać zawodowym fotografem. Co to za sprawa? March rąbnął w bok automat, który wyrzucił z siebie plastikową filiżankę. Pewnie jakaś żona oficera i Polak, przysłany z Generalnej Guberni do pracy w ogrodzie. Najczęściej był to właśnie Polak, marzycielski, sentymentalny Polak, uwodzący panią domu, której mąż walczył na froncie. Z tego, co słyszał, sfotografowani zostali Xavier walnął ponownie automat. Odbędzie się prawdopodobnie posiedzenie Sądu Ludowego, które następnie zrelacjonuje ze wszystkimi sprośnymi szczegółami „Der Stürmer”. Wyrok niech stanie się ostrzeżeniem dla innych. Dwa lata w Ravensbrück dla żony. Degradacja męża. Dwadzieścia pięć lat dla Polaka, jeśli będzie miał szczęście; jeśli nie, kara śmierci. — Kurwa! Drugi męski głos mruknął coś i obleśny, zbliżający się do sześćdziesiątki Fiebes wybuchnął gromkim śmiechem. Jego własna żona uciekła przed dziesięciu laty z instruktorem narciarskim SS. March, trzymając w obu rękach filiżanki z czarną kawą, wycofał się do swojej klitki i jak mógł najgłośniej, zatrzasnął nogą drzwi. Nazywam się Hermann Friedrich Jost. Urodziłem się 23.02.45 w Dreźnie. Jestem kadetem Akademii imienia Seppa Dietricha w Berlinie. Dzisiaj rano o godzinie 05.30 opuściłem koszary, żeby jak co dzień trenować bieganie. Wolę biegać sam. Moja trasa wiedzie na ogół na zachód przez las Grunewald aż do Haweli, a stamtąd brzegiem jeziora na północ do restauracji Lindwerder i z powrotem na południe do koszar przy Schlachtensee. W odległości trzystu metrów od grobli Schwanenwerder zobaczyłem przy samym brzegu zanurzony w jeziorze obiekt. Stwierdziwszy, że jest to ciało mężczyzny, pobiegłem prowadzącą wzdłuż brzegu jeziora ścieżką do znajdującego się w odległości pół kilometra telefonu i zawiadomiłem policję. Następnie wróciłem do zwłok i czekałem na przyjazd funkcjonariuszy. Przez cały czas padał ulewny deszcz i nikogo nie widziałem. Składam to oświadczenie z własnej nieprzymuszonej woli w obecności inspektora Kripo Xaviera Marcha. SS-Schütze H. F. Jost 08.24/14.04.64 March odchylił się na krześle i obserwował podpisującego zeznanie chłopaka. Miał miękkie rysy, różową jak niemowlę twarz, kilka krost wokół ust i ledwo widoczny jasny meszek na górnej wardze. Zdaniem Marcha nie zaczął się jeszcze golić. — Dlaczego biegasz samotnie? Jost oddał mu swoje zeznanie. — Mam wtedy szansę porozmyślać. Dobrze jest pobyć choć raz w ciągu dnia samemu. W koszarach na ogół nie jest to możliwe. — Jak długo jesteś kadetem? — Trzy miesiące. — Jak ci się podoba w Akademii? — Podoba?! — Chłopak spojrzał w stronę okna. — Wezwanie nadeszło, kiedy rozpocząłem studia na uniwersytecie w Getyndze. Powiedzmy, że nie był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu. — Co studiowałeś? — Literaturę. — Niemiecką? — A czy jest jakaś inna? — odparł, uśmiechając się niewyraźnie. — Mam nadzieję, że po odsłużeniu trzech lat puszczą mnie z powrotem na uniwersytet. Chcę być nauczycielem albo pisarzem, nie żołnierzem. March przebiegł oczyma zeznanie. — Jeśli jesteś takim pacyfistą, dlaczego w ogóle wstąpiłeś do SS? — zapytał, domyślając się odpowiedzi. — Przez ojca. Był członkiem założycielem Leibstandarte Adolf Hitler. Wie pan, jak to jest; jestem jego jedynym synem. To było jego najgorętsze pragnienie. — Musi ci być ciężko. Jost wzruszył ramionami. — Jakoś przeżyję. Dowiedziałem się poza tym, oczywiście nieoficjalnie, że nie będę musiał iść na front. W szkole oficerskiej w Bad Tolz potrzebują asystenta, który poprowadziłby kurs na temat zdegenerowanej literatury amerykańskiej. To dziedzina, na której znam się całkiem nieźle: degeneracja. — Chłopak zaryzykował kolejny uśmiech. — Być może zostanę na tym polu prawdziwym ekspertem. March roześmiał się i ponownie rzucił okiem na zeznanie. Coś się tutaj nie zgadzało i teraz odkrył co. — Na pewno zostaniesz — powiedział, odkładając na bok kartkę i wstając z krzesła. — Mam nadzieję, że poprowadzisz ten kurs. — Mogę już iść? — Oczywiście. Jost podniósł się z wyrazem ulgi na twarzy. March położył dłoń na klamce. — Jeszcze tylko jeden drobiazg — powiedział. Odwrócił się i spojrzał prosto w oczy kadetowi. — Dlaczego mnie okłamujesz? Jost odchylił głowę do tyłu. — Co…? — Powiedziałeś, że wyszedłeś z koszar o piątej trzydzieści. Zadzwoniłeś na policję pięć po szóstej. Schwanenwerder jest trzy kilometry od koszar. Jesteś wysportowany; biegasz codziennie. Nigdzie się nie włóczyłeś: padał ulewny deszcz. Jeśli nagle nie okulałeś, musiałeś zjawić się przy jeziorze grubo przed szóstą. Mamy więc jakieś dwadzieścia minut, z których nie zdałeś relacji. Dwadzieścia na trzydzieści pięć. Co wtedy robiłeś, Jost? Chłopak sprawiał wrażenie wstrząśniętego. — Może wyszedłem z koszar później. Albo zrobiłem najpierw kilka okrążeń na boisku… — Może, może… — March pokiwał ze smutkiem głową. — Wszystko to można sprawdzić i ostrzegam cię: znajdziesz się w poważnych tarapatach, jeśli to ja będę musiał odkryć prawdę i opowiedzieć ci ją, a nie odwrotnie. Jesteś homoseksualistą, tak? — Herr Sturmbannführer! Na litość boską… March położył mu ręce na ramionach. — Nie obchodzi mnie to. Być może biegasz codziennie sam, żeby spędzić w Grunewaldzie dwadzieścia minut z jakimś facetem. To twoja sprawa. W moim kodeksie to nie jest zbrodnia. Mnie interesuje tylko topielec. Widziałeś coś? Co naprawdę robiłeś? Jost potrząsnął głową. — Nic, przysięgam. — W jego jasnych, szeroko otwartych oczach gromadziły się łzy. — Doskonale — powiedział puszczając go March. — Zaczekaj na dole. Załatwię jakiś transport. Odwiozą cię z powrotem do Schlachtensee. — Otworzył drzwi. — Pamiętaj, co ci powiedziałem: lepiej, żebyś wyjawił mi prawdę już teraz, niż żebym musiał szukać jej na własną rękę później. Jost zawahał się i przez moment Xavier myślał, że pęknie, ale sekundę później za chłopakiem zamknęły się drzwi. March zadzwonił do podziemnego garażu i zamówił samochód, a potem odłożył słuchawkę i przez chwilę gapił się przez brudne okno na sąsiedni budynek. Po czarnych błyszczących cegłach lała się woda z wyższych pięter. Czy nie był zbyt ostry wobec tego chłopca? Możliwe. Ale czasami prawdy można się dowiedzieć tylko atakując z zasadzki, podczas niespodziewanego natarcia. Czy Jost kłamał? Z całą pewnością. Ale jeśli był rzeczywiście pederastą, trudno było oczekiwać, żeby się do tego przyznał: delikwenci przyłapani na postępowaniu „sprzecznym ze zbiorową moralnością” wędrowali prosto do obozów pracy. Aresztowanych za homoseksualizm esesmanów wysyłano do karnych batalionów na froncie wschodnim; wracali stamtąd nieliczni. W minionym roku March widywał wielu ludzi podobnych do Josta. Z każdym dniem było ich coraz więcej. Buntujących się przeciwko rodzicom. Kwestionujących obowiązki wobec państwa. Słuchających amerykańskich radiostacji. Wymieniających między sobą niewyraźnie odbite kopie zakazanych książek: Güntera Grassa i Grahama Greene’a, George’a Orwella i J. D. Salingera. Najczęściej protestowali przeciwko wojnie — nie mającej końca wojnie z popieraną przez Amerykanów sowiecką partyzantką, która od dwudziestu lat działała na wschód od Uralu. Nagle zrobiło mu się wstyd, że potraktował Josta tak ostro. Zastanawiał się nawet, czy nie zejść na dół i go nie przeprosić. Ale potem jak zawsze doszedł do wniosku, że przede wszystkim powinien spełnić obowiązek wobec zmarłego. Pokutą za poranną agresywność będzie odnalezienie nazwiska topielca. Centrum operacyjne berlińskiej komendy Kriminalpolizei zajmowało większą część trzeciego piętra gmachu przy Werderscher Markt. March wbiegł na górę, pokonując po dwa stopnie naraz. Stojący przed wejściem, uzbrojony w pistolet maszynowy wartownik zażądał od niego przepustki. Drzwi otworzyły się ze zgrzytem elektronicznych rygli. Górną połowę przeciwległej ściany zajmowała świetlna mapa Berlina. Galaktyka połyskujących pomarańczowo w półmroku gwiazd oznaczała miejsca, w których mieściły się sto dwadzieścia dwa stołeczne komisariaty. Po lewej stronie wisiała druga, jeszcze większa mapa przedstawiająca całą Rzeszę. Czerwone światełka symbolizowały miasta, w których mieściły się samodzielne oddziały Kripo. Środek Europy jaśniał purpurą. Dalej na wschód światełek było coraz mniej, a za Moskwą jarzyło się tylko kilka izolowanych iskier. Mrugały w ciemności niczym obozowe ognie. Całość przypominała planetarium zbrodni. Krause, oficer dyżurny Berlin Gau, siedział na podwyższeniu pod mapami. Rozmawiał właśnie przez telefon i na widok zbliżającego się Marcha podniósł na powitanie rękę. W stojących przed nim szklanych kabinach siedziało dwanaście kobiet w białych bluzkach, każda z założonymi na głowie słuchawkami, do których dołączony był mikrofon. Czego one się nie nasłuchały! Sierżant dywizji pancernej wraca do domu z frontu wschodniego. Po rodzinnej kolacji wyciąga pistolet i zabija swoją żonę, a potem po kolei trójkę dzieci. Na koniec strzela w łeb sobie samemu, ochlapując mózgiem cały sufit. Rozhisteryzowany sąsiad wzywa gliniarzy. Wiadomość dociera najpierw tutaj — zostaje skontrolowana, oceniona i zredukowana — a potem dopiero przesyła się ją na dół, do klitek wyłożonych zielonym popękanym linoleum i przesiąkniętych starym papierosowym dymem. Za plecami oficera dyżurnego, ubrana po cywilnemu, skwaszona sekretarka nanosiła dane na tablicę, na której odnotowywano wydarzenia ubiegłej nocy. Tablica podzielona była na cztery kolumny: przestępstwa poważne, przestępstwa z użyciem przemocy, wykroczenia i nieszczęśliwe wypadki. Każda kategoria również zawierała cztery rubryki: czas zgłoszenia, źródło informacji, szczegóły raportu i powzięte działania. Przeciętną noc w największym, liczącym dziesięć milionów mieszkańców mieście świata zredukowano tu do niewyraźnych hieroglifów na kilku metrach kwadratowych białego plastiku. Od godziny dwudziestej drugiej poprzedniego dnia odnotowano osiemnaście wypadków śmiertelnych. Najwięcej ofiar pochłonęła kraksa samochodowa w Pankow — oznaczona jako 1H2D4K — w której zginęła trójka dorosłych i czworo dzieci. Nie podjęto żadnych działań — ta sprawa pozostawała w gestii Orpo. Był jeszcze pożar domu w Kreuzbergu, w którym poniosła śmierć cała rodzina; bójka na noże przed barem w Wedding, kobieta pobita na śmierć w Spandau. Ostatni na liście widniał zapis sprawy, którą zajmował się wczesnym rankiem March: 06.07 [O] (co oznaczało, że zgłoszenie nadeszło za pośrednictwem Orpo) lH Hawela/March. Sekretarka dała krok do tyłu i nałożyła głośno nasadkę na pisak. Krause skończył rozmawiać przez telefon i zrobił minę, jakby miał się zamiar bronić. — Już cię przeprosiłem, March. — Zapomnij o tym. Potrzebna mi jest lista zaginionych. Obszar Wielkiego Berlina. Powiedzmy ostatnie czterdzieści godzin. — Żaden problem. — Krause odetchnął z ulgą i obrócił się na krześle do skwaszonej kobiety. — Słyszałaś, co powiedział pan inspektor, Helgo. Sprawdź wszystko, co przyszło aż do teraz. — Odkręcił się z powrotem do Xaviera, z czerwonymi od niewyspania oczyma. — Powinienem skończyć dyżur godzinę temu. Ale wiesz, jak to jest, kiedy coś się dzieje. March spojrzał na mapę Berlina. Większą część zajmowała szara pajęczyna ulic. Ale po lewej stronie jaśniały dwie kolorowe plamy: zielony Grunewald i biegnąca tuż obok błękitna wstęga Haweli. Blisko brzegu widać było skurczoną niczym płód niewielką wyspę, połączoną z lądem cienką pępowiną grobli. Schwanenwerder. — Czy Goebbels wciąż ma tam swój dom? Krause kiwnął głową. — I cała reszta. Był to jeden z najbardziej ekskluzywnych adresów w Berlinie, praktycznie rzecz biorąc osiedle rządowe. Kilkadziesiąt dużych willi niewidocznych od strony drogi. Wartownik przy wjeździe na groblę. Wymarzone miejsce dla tych, którym zależy na intymności i bezpieczeństwie, a przy okazji chcą mieć pod bokiem las i własną prywatną przystań. Miejsce, w którym zdecydowanie nie powinno się wyławiać topielca. Ciało zostało wyrzucone na brzeg nie dalej jak trzysta metrów od grobli. — Miejscowi gliniarze z Orpo nazywają Schwanenwerder „bażantarnią” — dodał Krause. Xavier uśmiechnął się: „złotymi bażantami” nazywała ulica wysokich dygnitarzy partyjnych. — Nie wolno pozwolić, żeby brud leżał zbyt długo przed takim progiem. Wróciła Helga. — Oto osoby zaginione od niedzieli rano — oznajmiła. — I dotychczas nie odnalezione. Wręczyła długi rulon wystukanych na maszynie nazwisk Krausemu, który rzucił nań okiem i przekazał Marchowi. — Będziesz miał z tym kupę roboty. — Z jakiegoś powodu uznał to za zabawne. — Powinieneś dać to temu twojemu grubemu kumplowi, Jaegerowi. To on przecież miał się zająć całą sprawą, pamiętasz? — Dziękuję. Zrobię przynajmniej coś na początek. Krause potrząsnął głową. — Bierzesz dwa razy tyle godzin co inni. Nie dają ci żadnych awansów. Zarabiasz grosze. Jesteś nienormalny, czy co? March zwinął rulon ze spisem zaginionych. Pochylił się do przodu i poklepał nim lekko Krausego po piersi. — Zapominacie się, towarzyszu — powiedział. — Wiecie, jakie hasło wisi nad bramą obozów pracy? Odwrócił się i przecisnął z powrotem między rzędami telefonistek. — I to miał być żart? Widzisz chyba, o co mi chodzi? — usłyszał za sobą głos zwracającego się do sekretarki Krausego. Kiedy March wrócił do gabinetu, Max Jaeger wieszał właśnie w kącie swój płaszcz. — Zavi! — zawołał, otwierając szeroko ramiona. — Dostałem właśnie wiadomość z Centrum Operacyjnego. Naprawdę brak mi słów! Miał na sobie mundur Sturmbannführera. Na czarnej kurtce wciąż widniały ślady śniadania. — Zawsze miałem miękkie serce — odparł March. — A poza tym zbytnio się nie podniecaj. Przy zwłokach nie ma nic, co pozwoliłoby je zidentyfikować, a od niedzieli rano zaginęło w Berlinie sto osób. Parę godzin zajmie samo przejrzenie listy. A ja obiecałem, że to popołudnie spędzę razem z moim chłopakiem. Zostawiam ci wszystko na głowie. Zapalił papierosa i przeszedł do szczegółów: opisał miejsce zdarzenia, wspomniał o amputowanej nodze topielca, napomknął o podejrzeniach w stosunku do Josta. Jaeger słuchał, pochrząkując od czasu do czasu. Był zwalistym, mającym prawie dwa metry niechlujnym mężczyzną, o niezgrabnych stopach i dłoniach. Miał pięćdziesiąt lat, o dziesięć więcej od Xaviera, ale dzielili ten gabinet od 1959 roku i czasami pracowali jako partnerzy. Lis i Niedźwiedź, żartowali za ich plecami koledzy z Werderscher Markt. Przypominali stare małżeństwo — mimo częstych kłótni jeden zawsze chronił drugiego. — To jest lista zaginionych. — March usiadł przy swoim biurku i rozwinął rulon: nazwiska, daty urodzenia, czas zaginięcia, adresy informatorów. Max zajrzał mu przez ramię. Palił grube krótkie cygara i ich zapachem przesiąkł cały jego mundur. — Według naszego poczciwego doktora Eislera śmierć nastąpiła prawdopodobnie po godzinie szóstej wczoraj wieczorem, istnieje zatem możliwość, że nikt nie zauważył zniknięcia naszego delikwenta aż do godziny siódmej albo ósmej dziś rano. Może jeszcze na niego czekają. Całkiem prawdopodobne więc, że w ogóle nie znajdziemy go na tej liście. Ale musimy wziąć pod uwagę także dwie inne ewentualności, prawda? Po pierwsze, że zaginął jakiś czas przed śmiercią. Po drugie, że Eisler błędnie podał czas zgonu. Nie można tego wykluczyć, biorąc pod uwagę nasze dotychczasowe smutne doświadczenia. — Ten facet nie nadaje się nawet na weterynarza — stwierdził Jaeger. Xavier dokonał szybkich obliczeń. — Sto dwa nazwiska. Wiek naszego topielca określiłbym na jakieś sześćdziesiąt lat. — Dla bezpieczeństwa powiedzmy pięćdziesiąt. Nikt nie wygląda najlepiej po dwunastu godzinach spędzonych w wodzie. — To prawda. Wykluczamy zatem wszystkich, którzy urodzili się po roku 1914. Trudno sobie wyobrazić łatwiejszą identyfikację: czy dziadek nie miał przypadkiem uciętej nogi? — March złożył rulon na pól, rozdarł go na dwie części i wręczył jedną z nich Jaegerowi. — Jakie są najbliższe posterunki Orpo? — W Nikolassee — odparł Max. — W Wannsee. W Kładow. W Gatow. I w Pichelsdorfie, choć może to zbyt daleko na północ. Przez następne pół godziny Xavier obdzwaniał po kolei wszystkie posterunki, włącznie z Pichelsdorfem, pytając, czy nie odnaleziono jakiegoś ubrania i czy jakiś lokalny włóczęga nie odpowiada rysopisowi topielca. Bez rezultatu. Potem zajął się swoją połową listy. Do jedenastej trzydzieści sprawdził wszystkie nazwiska. Wstał i przeciągnął się. — Prawdziwy anonim. Jaeger skończył telefonować dziesięć minut wcześniej i wyglądał przez okno, paląc cygaro. — Popularny facet, nie? W porównaniu z nim nawet ty wydajesz się szeroko znany. — Wyjął z ust cygaro i zebrał z języka kilka luźnych paprochów tytoniu. — Sprawdzę, czy w Centrum Operacyjnym nie mają jakichś nowych nazwisk. Zostaw to mnie. Przyjemnego popołudnia z Pilim. W brzydkim kościele naprzeciwko siedziby Kripo właśnie skończyło się ostatnie poranne nabożeństwo. Stojący po drugiej stronie ulicy March obserwował zamykającego drzwi księdza. Religia nie była w Niemczech zbyt dobrze widziana. Ilu wiernych, zastanawiał się, miało odwagę uczestniczyć w nabożeństwie, nie zważając na kręcących się wokół agentów Gestapo. Pół tuzina? Ksiądz ubrany był w zniszczony, zarzucony na sutannę płaszcz. Wsunął ciężki żelazny klucz do kieszeni i odwrócił się. Kiedy zobaczył przyglądającego mu się Sturmbannführera, spuścił oczy i zaczął się natychmiast szybko oddalać, jak ktoś złapany na nielegalnej transakcji. March zapiął guziki trencza i podążył w ślad za nim szarą berlińską ulicą. |
||
|
© 2026 Библиотека RealLib.org
(support [a t] reallib.org) |