"Tiamat" - читать интересную книгу автора (Vinge Joan)3— O szarym świcie Moon stanęła na nabrzeżu, drżąc z zimna wywołanego chłodną mgłą i własnym nieszczęściem. Wstrzymywane aż do bólu oddechy wydobywały się z niej w postaci białych obłoczków, rozpływających się w burych oparach morza jak duchy, jak ulatujące dusze. Nie będę płakać. Otarła policzek. — Odwróciła się, patrząc poza babcią na tonący w mgle tunel nabrzeża, a ryki szaleńca spadały niby fale na zamki z piasku jej opanowania. — Och, zamknij się, stary wariacie… — mruknęła głosem drżącym z bezsilności, którą chciała wykrzyczeć. Babcia spojrzała na nią, jej zniszczoną wiatrami twarz rozjaśniała wielka sympatia. Moon odwróciła wzrok, wstydząc się zdenerwowania, denerwując się, że czuje wstyd. Sybille tak nie mówią, pełne są mądrości, siły i współczucia. Skrzywiła się. — Słyszała, że Daft Naimy urodził się Zimakiem. Słyszała, że kiedyś był lubiącym tech niewiernym… że pogwałcił prawa natury, rozlewając krew sybilli. Że Pani ukarała go szaleństwem i w ten sposób odpłaca za swą winę. Trójlistny symbol noszony przez sybille był ostrzeżeniem przeciwko skalaniu, przeciwko przekroczeniu świętego gruntu. Mawiają: śmierć za zabicie sybilli, śmierć za pokochanie sybilli, śmierć za bycie sybillą… (mają na myśli śmierć za życia). Twarz Sparksa ukazała się nad końcem nabrzeża, na które wszedł po drabince. Rysy stężały mu w nienawiści, gdy spojrzał na tkwiącego w oddali starucha, a potem na nią. Moon pokręciła przecząco głową, odpowiadając na inne nie wypowiedziane oskarżenie. Uciekł jednak od niej oczami, patrząc na babcię; przekazując jej swym wzrokiem to wszystko, co kochała i co straciła. W końcu zrozumiała, o co chodzi ludziom, gdy mówią: Ktoś z dołu zawołał do Sparksa, odkrzyknął coś, nim podszedł do nich, wysoki, blady i zdecydowany. Trwał odpływ, woda zatoki leżała daleko poniżej nabrzeża. Ze swego miejsca widziały jedynie wystający, jak kiwający się palec, czubek masztu okrętu handlowego Zimaków, który go zabierze. — No, chyba pora. Wszystkie rzeczy mam już na pokładzie; są gotowi do odpłynięcia. — Patrzył pod nogi, gdy stanął przed nimi, nagle onieśmielony. Mówił tylko do babci. — Chyba, chyba się pożegnam. — — Nie mogę. — Odsunął głowę, by nie zdołała go dotknąć. Nie mogę. Muszę płynąć teraz. To nie na zawsze… — dodał jakby w obawie, że jeśli zaczeka, jutro zbyt łatwo przemieni się w zawsze. — Och, kochany chłopcze… mój kochany. — Wyciągnęła sztywno ramiona i objęła go, jak to czyniła od niepamiętnych czasów. — Co zrobię bez ciebie? Jesteś całą mą pociechą po śmierci twego dziadka… Czy muszę tracić cię teraz, tracić was oboje naraz? Wiem, że Moon musi odejść, ale… — Moon bardziej poczuła, niż zobaczyła, tężenie ust Sparksa, gdy uniósł głowę i popatrzył na Dafta Naimy. — Przez całe życie wołało ją przeznaczenie — tak samo mnie, babciu. Nie wiedziałem tylko, że zawiedzie nas w różne strony. — Przycisnął na dowód swój pozaziemski medal i odsunął się od nich. — Ale do Krwawnika! — powiedziała babcia, bardziej przeklinając, niż protestując, i kręcąc głową. — To tylko miejsce. — Uśmiechnął się i chwycił uspokajająco jej okryte szalem ramiona. — Moja matka tam poszła i wróciła ze mną. Kto wie, z czym ja wrócę. Lub z kim. Moon odwróciła się, obciągając natrętnymi ruchami rękawy swej kurtki. — Nagle wszystko, co widziała i słyszała, co było tak bardzo znajome, nabrało posmaku obcości, jakby spotkała się z tym wszystkim po raz pierwszy… choć wiedziała jednocześnie, że nie jest tak naprawdę, że zmiana zaszła w niej. Dwie słone jak morska woda łzy spłynęły jej po obu stronach nosa i spadły dziesięć metrów niżej do zatoki. Usłyszała, jak mija ją, nie zwalniając kroku. — Sparks! — Odwróciła się i zastąpiła mu drogę. — Tak bez słowa…? Sparks cofnął się trochę, jakby bał się jej dotknąć. — Wszystko w porządku. — Uniosła twarz, z pewną dumą udało się jej mówić, jakby było to prawdą. — Jeszcze nie jestem sybillą. — Tak. Wiem. To nie dlatego… — przerwał, poprawiając dzianą czapkę. — Ale to dlatego odjeżdżasz. — Nie potrafiła sama określić, czy było to stwierdzenie, czy oskarżenie. — Tak. — Nagle spojrzał w dół. — Chyba tak. — Sparks… — Ale tylko częściowo! — Wyprostował się. — Wiesz, że to prawda. Zawsze mnie to ciągnęło, Moon. — Wskazał na północ, pod wiatr, w stronę Krwawnika. — Muszę znaleźć to, co utraciłem. — Albo kogo? — Przygryzła język. — Może… — Wzruszył ramionami. Rozpaczliwie pokręciła głową. — Gdy wrócę po wtajemniczeniu… nic się nie zmieni, nadal będziemy mogli być razem! — — Hej, chłopcze — dobiegł z dołu głos, odbijający się echem od murów nabrzeża. — Jedziesz? Przypływ nie będzie czekał cały dzień! — Za chwilę! — skrzywił się Sparks. — Nie, Moon, nie może. Wiesz o tym. “Śmierć za pokochanie sybilli…” — Głos mu się załamał. — To tylko przesąd! — Zamknęła oczy. Wiedziała już, że tak jak ona, rozumie prawdę; jak zawsze wiedzieli i dzielili się wszystkim. Nigdy już nie będzie tak jak przedtem. — Zmienisz się. Tak jak ja nigdy nie zdołam. — Zbielały mu dłonie zaciśnięte na barierce. — Nie mogę tu zostać, być tym, kim przedtem. Też muszę się zmienić. Muszę dorosnąć, dowiedzieć się… dowiedzieć, kim naprawdę jestem. Cały czas myślałem, że wiem. Myślałem, że zostając sybillą, znajdę odpowiedź na wszystkie pytania. — Oczy pociemniały mu od nowego uczucia, jakie ujrzała po raz pierwszy, gdy wróciła do niego w ukrytej jaskini na Wyspie Wyboru. Była w nim zazdrość, oskarżenie, które kazało jej zamilknąć. — No to jedź, jeśli naprawdę dlatego wyruszasz — sprzeciwiała się ciemności, bojąc się porażki. — Ale nie rób tego z goryczy, bo jesteś zraniony lub chcesz zranić mnie. Jeśli to zrobisz, nigdy już nie wrócisz. — Wyczerpała swą odwagę. — I nie myśl, bym to zniosła, Sparkie… Uniósł ręce, lecz gdy wyciągnęła swoje, by ich dotknąć, opuścił je wzdłuż boków. Odwrócił się, kręcąc głową bez znaku wybaczenia, zrozumienia czy nawet smutku. Ruszył nabrzeżem, zaczął schodzić po drabince. Moon poczuła, że staje obok niej babcia, patrzyły razem, jak Sparks skacze na pokład statku, gdy fala uniosła mu go na spotkanie. Zniknął w kabinie stojącej na szerokiej platformie łączącej oba kadłuby, i póki patrzyły, nie wyszedł z niej. Załoga odrzuciła cumy, trójkątne żagle z łopotem opadły z masztów i złapały mokry wiatr. Mgła zaczęła się unosić, rozjaśniając świat. Moon widziała cały kanał prowadzący na otwarte morze, patrzyła na malejący w nim kupiecki katamaran, który skręcał w stronę wylotu zatoki. Gdy tylko oddalił się od nabrzeży Letniaków, włączono na nim silnik. Wreszcie osiągnął koniec kanału i zniknął w ścianie mgły, która połknęła go w jednej chwili jak statek — widmo. Moon ocierała oczy i twarz rękoma mokrymi od wilgoci i łez. Ocknąwszy się, jak po długim śnie, spojrzała na babcię, drobną i pogrążoną w smutku. Przeniosła wzrok za nią na sieci i kabestany obok nabrzeży, stare, nadwerężone wichrami magazyny u wylotu stromej uliczki wioski. Gdzieś dalej jest ich chata… i leżąca na plaży łódź, gotowa zabrać ją do wszystkiego, co zostało jej na świecie. — Babciu? Babcia poklepała mocno dłoń Moon. Ta dojrzała w jej zapadniętych szarych oczach postanowienie zachowania nadziei i wiary. — Odpłynął, dziecino. Możemy się tylko pomodlić, by kiedyś jeszcze znalazł drogę do domu, do nas. Teraz Pani czeka na ciebie. Im szybciej wyruszysz, tym szybciej do mnie wrócisz! Wzięła Moon pod ramię i ruszyły nabrzeżem. — Przynajmniej przy twoim odjeździe nie będzie tego osieroconego, starego pomyleńca. — Moon obejrzała się, dostrzegając z pewną ulgą, że Daft Naimy już odszedł. Babcia przypomniała coś sobie i zrobiła potrójny gest. — Ma biedną duszę. Usta Moon skrzywiły się krótko i zastygły stanowczo, gdy odzyskała siły. Sparks popłynął do Krwawnika, by jej dokuczyć |
||
|
© 2026 Библиотека RealLib.org
(support [a t] reallib.org) |