"Proxima" - читать интересную книгу автора (Boruń Krzysztof)

Część II Pierścień Nibeiungów

ZOE

Duży plastyczny globus planety Nokty migotał rojem zielonkawych punkcików. Kalina przez chwilę śledził wzrokiem grę świateł, -po czym włączył ekran obserwacyjny.

W ścianie jakby otworzyło się okno. Widać było przez nie znaczny wycinek gwiaździstego nieba z wielką rdzaw.} kulą planety pośrodku.

Kalina spojrzał na globus. Zielonkawe światełka rozbłyskiwały coraz rzadziej i słabiej. Przesuwały się teraz nieregularnymi pasami z północy ku południowemu biegunowi planety. Tylko czasami przez granicę jaśniejszych świateł przeskakiwał pojedynczy blady punkcik i migocąc chwiię gasł.

Minuty wlokły się wolno. Kalina ziewnął i spojrzał na zegarek. Dochodziła ósma według czasu uniwersalnego.

Zoe z pewnością jeszcze śpi aibu po wczorajszym incydencie c/nie się obrażona. Inaczej już by tu była i zawracała głowę swymi niedorzecznymi pomysłami. Po wczorajszych całodziennych sporach i utarczkach czuł, iż nieobecność dziewczyny przyjmuje z wyraźną ulgą. Może istotnie obraziła się i będzie miał choć trochę spokoju. Niech zresztą leci sobie na Noktę, jeśli tylko Daisy się zgodzi…

A przecież jeszcze przed Tygodniem wydawało mu się, że Zoe to świetny kompan, który przez lata me może się znudzić. Jej osobisty urok, pogodne usposobienie, przedsiębiorczość i różnorodne zainteresowania sprawiały, że od czasu „wielkiego budzenia” była ulubienicą starej gwardii i najbardziej niespokojnym duchem wśród młodzieży. Właściwie niemal wszystkie te cechy jej osobowości pozostały i dziś, lecz — w jego odczuciach — jakby w wyolbrzymionej, skarykaturowanej postaci. Może zresztą Saka ocena była trochę krzywdząca dla Zoe, lecz coraz bardziej kłopotliwe, przejawy jej inicjatywy i upór, z jakim broni swych przywidzeń — wydały mu się chyba równie niedorzeczne co męczące.

Kiedy dzielono ekipę na dwie grupy: dwuosobową — dyżurującą w statku wyprawowym krążącym wokół Nokty i czteroosobową — prowadzącą pracę na powierzchni planety, było jasne, że Kalina jako fizyk, nawigator i najlepszy' bombardier w ekipie musi pozostać na orbicie. Był też bardzo zadowolony, że Zoe wyraziła niemal bez wahania gotowość towarzyszenia jemu właśnie. Zapał, z jakim uczestniczyła w sporządzaniu mapy globu i przygotowywaniu programu „bombardowania” przez pierwsze tygodnie wspólnej pracy, nie zapowiadał w niczym możliwości konfliktu. Wszystko układało się jak najlepiej i dopiero pięć dni temu z rana, po zakończeniu zdjęć na najniższym pułapie, tuż przed wprowadzeniem statku na orbitę stacjonarną, jakby ją coś opętało…

Czy dlatego, że jej się coś przywidziało, miał łamać harmonogram? Początkowo zresztą potraktował jej relację poważnie. Oboje dokładnie przejrzeli zdjęcia i zapisy. Ale przecież już sam fakt, że nie ma na nich żadnych śladów, nawet nieznacznego wzrostu jasności, powinien ją od razu przekonać, że uległa złudzeniu. Po prostu musiał to być zwykły refleks — odbicie światła Proximy od jakiegoś przedmiotu poruszającego się wraz ze statkiem czy odblask na szybie. Znajdowali się przecież w tym momencie pu oświetlonej stronie planety.

Mógł jeszcze od biedy zrozumieć wybuch rozgoryczenia dziewczyny, spowodowany zawodem, że jej odkrycie okazało się złudzeniem. Ale upieranie się, że musi sama bezpośrednio zbadać teren tego płaskowyżu, na którym ponoć coś jej dwa razy błysnęło — to dziecinada. A już żądanie, aby w ogóle zaniechać obstrzału rezygnując z badań sejsmicznych i analiz spektralnych, świadczy o zupełnym zatraceniu poczucia rzeczywistości. I jeszcze do tego miałby to sugerować Mary?

A może przyczyną tych wyskoków jest zawiedziona dziewczęca miłość? Tuż przed odlotem z Sel postanowił sobie, że będzie unikał wszelkich dwuznacznych sytuacji, stwarzających niepotrzebne złudzenia Zoe, iż może spodziewać się z jego strony wzajemności. W czasie wspólnej pracy na, orbicie starał się zachować czysto koleżeńską atmosferę i dystans, co mogło być dla niej zaskoczeniem. U dziewcząt w jej wieku łatwo w tych warunkach o nieobliczalne reakcje.

Mógł o tym świadczyć przebieg wczorajszej kłótni. Niektóre słowa Zoe można interpretować jako celowe manifestowanie obojętności, Choćby to oświadczenie, że musi się ostatecznie rozmówić z Deanem, gdyż ma już dość siedzenia na Bolidzie.

— Jeśli tak bardzo ci się śpieszy, to poproś, może jeszcze dziś przyślą po ciebie rakietę. Ja cię nie zatrzymuję — odburknął wówczas szorstko.

Wyszła bez słowa z pokoju. Nie była również na kolacji. Niewątpliwie sprawa dojrzała do rozstrzygnięcia. Z niepokojem myślał jednak o czekającej go rozmowie. Powinien postawić sprawę otwarcie i powiedzieć jej o Suzy, ale nie mógł się jakoś na to zdecydować.

Globus przygasł niemal zupełnie, gdy na bocznym ekranie teleprojekcyjnym ukazała się twarz Hansa.

— Halo! Wład! Zmiana! — wyrwał Kalinę z zamyślenia głos geofizyka. —

W następnej serii drugi pocisk nieco dalej na południo-zachód: sektor R 48/11. Pierwszy, trzeci i czwarty bez zmian. Odstęp cztery sekundy.

— Tak jest! — Kalina poderwał się z miejsca. Podszedł do niedużej tablicy rozdzielczej i nacisnął szereg guzików. Zapłonęła czerwona lampka.

Znów podszedł do „okna”. Lampka zamigotała i zgasła raptownie. Niemal jednocześnie, gdzieś z boku za „oknem” wyskoczyła niewielka rakieta w kształcie długiego walca, spadając ukośnie ku planecie. Potem druga, trzecia, czwarta i piąta. Wysłane przez automatyczną wyrzutnię, ginęły z oczu niemal natychmiast i tylko smugi świecących cząstek materii odrzutowej znaczyły kierunek lotu. Po chwili i one stały się niewidoczne.

Trzeba było poczekać blisko pół godziny na rezultat. Usiadł w głębokim fotelu i sięgnąwszy do podręcznego stolika zaczął przeglądać kartki fotopisu z nadesłanymi przed godziną notatkami Hansa.

Drzwi rozsunęły się cicho. Przez próg przeskoczył mały, kudłaty piesek, a za nim Zoe.

Pies wskoczył Kalinie na kolana i przejechał ciepłym jęzorkiem po policzku.

— Jak się masz, Ro?! — pogładził psa po szorstkiej sierści. Jednocześnie spojrzał z ukosa na dziewczynę, która zatrzymała się niezdecydowanie tuż za progiem pracowni.

— Wład? — posłyszał wypowiedziane niemal szeptem swe imię. Wiedział już, że nie potrafi udawać obrażonego.

— Tak. Tu Wład! — odrzekł naśladując sposób nawiązywnia łączności radiowej.

Zaśmiała się cichutko z żartu, potem raptownie spoważniała.

— Chciałam cię przeprosić… — powiedziała niepewnie.

— Za co?

— Za wczorajsze. Wiem, że byłam nieznośna…

— Zgadza się, alt spuśćmy na to zasłonę zapomnienia.

— Przyznaj jednak, że i ty…

— Przyznaję, ale z zastrzeżeniem. Zostałem niecnie sprowokowany.

— Niech ci będzie… — potwierdziła pojednawczo, siadając naprzeciw Kaliny. Pies zeskoczył z jego kolan, przesiadając się na kolana swej pani.

— Mam do ciebie prośbę — podjęła Zoe po chwili z pewnym wahaniem.

— Czyżby podróż do Canossy za interesem? — mrugnął do niej porozumiewawczo.

— Okropny jesteś! — oburzyła się raczej dla zasady.

— Co to za prośba?

— Chodzi o to, że jeśli nie chcesz mi pomóc, to chociaż nie przeszkadzaj…

— Cóż to znowu?! — zjeżył się wietrząc nowy atak.

— Skorzystałam z twojej rady i rozmawiałam wczoraj z Mary.

— No i…?

— Nietrudno było się zorientować, iż zdążyłeś ją uprzedzić, aby nie traktowała całej sprawy poważnie. Jesteś perfidny!

— Zbyt mocne słowa. Nie podejmowałem” się roli adwokata. A zresztą nie jest prawdą, iż cokolwiek sugerowałem Mary. Przeciwnie, starałem się jak naj obiektywniej przedstawić twoje racje i postulaty.

— Wyobrażam sobie twój obiektywizm — wtrąciła z przekąsem, jednak dość spokojnie.

— Nie jest też prawdą, iż nakłaniałem cię do rozmowy z Mary na temat twoich przywidzeń…

— Nie wmówicie mi, że to złudzenie! — wybuchnęła nagle. — Dwukrotny, bardzo jasny, wręcz oślepiający rozbłysk z tego samego miejsca!… Nie ma mowy o refleksie na szybie! To bzdura!!

— Wrażenie błysku mogło być wywołane promieniowaniem kosmicznym. W siatkówce lub w mózgu, w ośrodku wzrokowym…. — próbował jeszcze argumentować.

— Nie przekonasz mnie! To było z jednego punktu' W pobliżu długiej S7.czeliny, przecinającej centralną część płaskowyżu w sektorze K-14. W tym miejscu orbita Bolidu przebiegała w odległości niespełna i.rzech kilometrów od powierzchni. Zmiany w położeniu obiektów w polu. widzenia następowały bardzo szybko. A mówię przecież, że widziałam dwa błyamp;ki, w odstępie chyba nie mniejszym niż półtorej sekundy.

— W otwartej przestrzeni ulega się różnym złudzeniom. Daj sobie to powiedzieć! Rzeczywiste błyski byłyby zarejestrowane przez kamery!

— Wiem! Znam na pamięć twoje argumenty. A ja jednak chcę tam polecieć i zbadać bezpośrednio teren. I powiem ci, że mimo twoich sugestii. Mary dała się przekonać!…

— To znaczy? — zapytał zdziwiony.

— Powiedziała, że nie widzi przeszkód, aby zmienić nieco program…

— Tak powiedziała?!

Zoe poruszyła się niespokojnie.

— Powiedziała, że zostawia nam… to znaczy tobie… wolną rękę. Westchnął ciężko.

— Zrozum, dziewczyno — podjął siląc się na spokój. — Nie mamy czasu na przebudowę programu.

— Opracowałam korektę. Wystarczy, abyś przejrzał… — wyjęła z kieszonki w kombinezonie kasetkę z kryształem.

— Chcesz, abym dla twych przywidzeń zmieniał cały program?!

— Nie cały, tylko niewielki fragment! Wystarczy przesunąć kolejność terenów eksplozji.

— Nie rozumiesz, że to wymaga korekty programu badań sejsmicznych, harmonogramów lotów Deana… zmiany numeracji zasobników…

— Starałam się uwzględnić wszystkie konieczne zmiany. Bo z tymi zasobnikami to przesadzasz. Wystarczy, abyś sprawdził to, co zrobiłam.

— Dean…

— …zgodzi się na pewno! — nie pozwoliła mu dojść do słowa. — Chyba że mu powiedziałeś, aby się nie godził! — spojrzała na niego podejrzliwie.

— Jeśli miałbym sprawdzać, to wolałbym już opracować sam korektę.

— Nie masz do mnie zaufania?

— Będę szczery: jest to zadanie za trudne dla ciebie. Musisz się jeszcze sporo nauczyć.

Gwałtownym ruchem spędziła psa z kolan. Wydawało się przez chwilę, że wybuchnie gniewem lub płaczem, ale opanowała się nadspodziewanie szybko.

— Bardzo cię proszę, Wład — powiedziała niemal bez urazy. — Zrób to dla

mnie.

Jasny blask bijący od ekranu oświetlił wnętrze pracowni.

Zoe zerwała się i podbiegła do „okna”.

W tej samej chwili nowy oślepiający błysk przeciął ciemność nocy tuż przy długim paśmie górskim biegnącym w okolicach równika planety. Nad miejscem eksplozji wykwitł żółto świecący grzyb chmury radioaktywnej, błyskawicznie rozpływając się w przestrzeni.

Trzecia rakieta eksplodowała bardziej na zachód, w odległości kilkuset kilometrów od równika. Czwarta i piąta na drugiej półkuli, tak iż błyski nie były widoczne.^ Za to powierzchnia globusa-modelu jaśniała teraz błyskami zielonych lampek. Światełka rozbiegały się powoli z punktów eksplozji, w miarę jak do poszczególnych sejsmografów, rozstawionych na całej powierzchni planety, docierały fale sztucznie wywołanych wstrząsów.

Zoe patrzyła na globus szeroko otwartymi oczami, jakby po raz pierwszy była świadkiem badań sejsmicznych. Nagle odwróciła twarz w stronę Kaliny, a oczy jej nabrały innego wyrazu. Był w nich lęk.

— Więc znowu… znowu… Te pociski…

Patrzył na nią w milczeniu.

Dziewczyna stanęła teraz wprost przed nim.

— Trzeba przerwać te.badania! — powiedziała jakimś nienaturalnym, twardym tonem. Ro kręcący się u jej nóg przywarował.

— Znów zaczynasz? — uniósł nieco głowę.

— Więc nie chcesz przerwać…

— Zwariowałaś… Dlatego, że ty…

— Dobrze! — nie pozwoliła mu dokończyć zdania. — A jednak… Jednak przerwiesz!!!

Odwróciła się gwałtownie i wyszła z pracowni nie spojrzawszy nawet na Kalinę.

Ro zerwał się z podłogi, lecz drzwi zasunęły mu się tuż przed nosem. Skomląc podbiegł do Włada.

— Zostawiła cię twoja pani… — pogładził psa po kudłatym łbie.

Wstał z fotela i poszedł otworzyć psu drzwi.

Globus błyskał dziesiątkami światełek. Kalina spojrzał na zegarek. Miał przed sobą ponad trzy godziny do wysłania nowej serii pocisków.

Pies znikł w głębi korytarza.

Wład usiadł znów w fotelu i sięgnął po sprawozdanie Hansa. Ale nie umiał się skupić. Raz po raz wracał pamięcią do ostatniego spięcia z Zoe, nie mogąc ochłonąć ze zdenerwowania.

Miał przed sobą trzy godziny, ale wiedział, że nie będzie mógł spokojnie pracować. W tej sytuacji najrozsądniej byłoby się przespać, zwłaszcza że czekało go kilkanaście godzin bardzo intensywnych zajęć. Włączył więc usypiacz, nastawiając budzik na godzinę dwunastą. Oparł głowę na» poduszce fotela we wgłębieniu między elektrodami i przymknął powieki. Przez chwilę-czuł jeszcze, jak fotel powoli zmienia kształt, a umysł ogarnia przyjemne wrażenie leniwej beztroski. Zapadł w głęboki, spokojny sen.