"Jeźdźcy z nikąd" - читать интересную книгу автора (Abramow Aleksander, Abramow Siergiej)

KWIAT NUMER DWA

Ziernow podszedł do opatulonego Wano, odkrył mu twarz i ostro zapytał Amerykanina:

– Tego?

Martin zbliżył się ostrożnie i jak mi się wydało, nie bez lęku, powiedział niepewnie:

– N-nie…

– Proszę się przyjrzeć dokładniej – jeszcze ostrzej powiedział Ziernow.

Lotnik ze zdumieniem pokręcił głową.

– Nie ma żadnego podobieństwa, sir. Mój leży koło samolotu. A poza tym… – dodał niepewnie – w ogóle nie wiem, czy to jest człowiek.

W tej samej chwili Wano otworzył oczy. Jego spojrzenie prześliznęło się po stojącym obok śpiwora Amerykaninie, jego głowa uniosła się nieco i znowu opadła na poduszkę.

– To… nie ja – powiedział i zamknął oczy.

– Ciągle jeszcze majaczy – westchnął Tolek.

– Nasz towarzysz jest ranny. Ktoś na niego napadł. Nie wiemy, kto – wyjaśnił Amerykaninowi Ziernow – dlatego, kiedy pan powiedział… – I taktownie zamilkł.

Martin odsunął sanki Tolka i usiadł. Ukrył twarz w dłoniach i kiwał się, jakby go coś straszliwie hulało.

– Nie wiem, czy mi uwierzycie, bo to wszystko jest tak niezwykłe i tak nieprawdopodobne – opowiadał. – Leciałem jednomiejscowym samolotem. To nie jest samolot sportowy, to był kiedyś myśliwiec, taki mały „Lockhead”, wiecie? Ma nawet sprzężony karabin maszynowy. Tutaj nie jest to oczywiście potrzebne, ale regulamin każe utrzymywać uzbrojenie w gotowości bojowej, a nuż się nagle przyda? I przydało się, tyle, że bez rezultatu… Słyszeliście o różowych obłokach? – zapytał nagle i nie czekając na odpowiedź ciągnął dalej swoją opowieść: – Dogoniłem je w półtorej godziny po starcie.

– Je? – przerwałem, zdziwiony. – Było ich parę?

– Cała eskadra. Leciały zupełnie nisko, o jakie dwie mile niżej niż ja, wielkie różowe meduzy, właściwie nie tyle różowe ile raczej malinowe. Naliczyłem ich siedem, różnego kształtu i różnych odcieni, od jasnoróżowej niedojrzałej maliny do płomiennego owocu granatu, W dodatku ich kolor nieustannie się zmieniał, gęstniał albo rozwadniał się niby rozmywany. Zmniejszyłem szybkość i zszedłem niżej, żeby wziąć próbkę, miałem zainstalowany po to specjalny zasobnik pod kadłubem. Ale nie udało mi się to, meduzy uciekły. Dogoniłem je, ale znowu umknęły, bez najmniejszego Wysiłku. A kiedy znowu dodałem gazu, wzniosły się i poleciały wyżej niż ja – są lekkie jak dziecinne baloniki, tylko płaskie i o wiele większe, zakasują nie tylko mojego komara, ale nawet porządnego Boeinga. I tak się zachowywały, jak gdyby były żywe. Tylko żywa istota może się tak zachowywać, kiedy zagraża jej jakieś niebezpieczeństwo. Pomyślałem nawet, że być może powinienem odlecieć. Ale one jak gdyby przewidziały mój manewr. Trzy malinowe meduzy z niesłychaną szybkością wyskoczyły do przodu i bez żadnego wirażu, bez hamowania, z taką samą siłą i szybkością poleciały prosto na mnie. Nie zdążyłem nawet krzyknąć, a już samolot wszedł w mgłę, która, diabli wiedzą, skąd się wzięła, a właściwie nawet to nie była mgła tylko jakiś śluz, gęsty i śliski. Od razu wytraciłem szybkość, straciłem, panowanie nad maszyną, widzialność była żadna. Nie mogłem ruszyć ani ręką ani nogą. A samolot nie spadał, ale ześlizgiwał się w dół jak szybowiec. I wylądował. Nawet nie poczułem, kiedy i jak wylądowałem. Jak gdybym utonął w tym malinowym śluzie. Patrzę – dookoła śnieg, a obok mnie samolot, taki sam jak mój, maleńki „Lockhead”. Wysiadłem, rzuciłem się do tamtego samolotu, a naprzeciw z kabiny tamtego samolotu wyskakuje taki sam dryblas jak ja. Nie mogę się połapać – znajomy, nie znajomy. Pytam: „Kto ty jesteś?”. „Donald Martin” – mówi. „A ty?”. A ja patrzę na niego, jak gdybym patrzył w lustro. Nie, powiadam, kłamiesz to ja jestem Don Martin, a on się już zamachnął. Dałem mu nura pod ramię i zaprawiłem go lewym w szczękę. Upadł, trzasnął skronią o drzwi. Patrzę – leży. Trąciłem go nogą – ani drgnie. Potrząsnąłem nim – głowa mu się majta. Podciągnąłem go do swojego samolotu, myślę – zawiozę go do bazy, tam mu udzielą pomocy. Patrzę – a tu ani kropli paliwa. Myślę – nadam chociaż meldunek – a tu radio wysiadło. Wtedy zupełnie mi się zmąciło w głowie, wyskoczyłem i pobiegłem wprost przed siebie, gdzie oczy poniosą, wszystko jedno dokąd, byleby jak najdalej od tego diabelskiego cyrku. I raptem zobaczyłem wasz namiot.

Słuchałem, wspominałem swoją przygodę i wydawało mi się, że już zaczynam rozumieć, co się przytrafiło Wano. Po oczach Tolka trudno się było zorientować, o czym myśli, zapewne miał wątpliwości i wyważał każde wypowiedziane przez Martina słowo. Zaraz zacznie zadawać pytania swoją szkolną angielszczyzną. Ale Ziernow był szybszy.

– Zostańcie z Wano, Diaczuk, a ja i Anochin pójdziemy z Amerykaninem. Chodźmy, Martin – dodał po angielsku.

Zabrałem kamerę. Zacząłem kręcić, skoro tylko zbliżyliśmy się do miejsca przymusowego lądowania Martina. Stał tam już tylko jeden samolot. A obok niego wznosił się znany mi już spieniony malinowy wzgórek. Wzgórek ten parował, mienił się i dziwnie pulsował, zupełnie jak gdyby oddychał. Przelatywały po nim białe wyładowania przypominające iskry, które sypią się w czasie spawania. „Nie podchodźcie!” – ostrzegłem Martina i Ziernowa, którzy mnie wyprzedzili. Ale odwrócony kwiatek już użył swej niewidzialnej tarczy obronnej. Martin, który biegł pierwszy, natknąwszy się na nią, jakoś dziwnie zwolnił, a Ziernow po prostu przysiadł, ugięły się pod nim nogi. Ale obaj nadal posuwali się do przodu usiłując przezwyciężyć przyciskającą ich do ziemi siłę.

Nie przestając filmować wyminąłem teren nowego „cudu” i natknąłem się na ciało zabitego czy też może tylko rannego sobowtóra Martina. Miał na sobie taką samą nylonową kurtkę na misiu, leżał o jakie trzy albo cztery metry od samolotu, śnieg już go przyprószył.

– Chodźcie, on tu jest! – krzyknąłem.

Wówczas od wibrującego kwiatu oderwał się malinowy płatek, wzniósł się, pociemniał, zwinął się w powietrzu w coś na kształt pąsowej tutki, wyprężył się i okrył leżące przed nami ciało. Przez minutę czy dwie owa wężowata macka iskrzyła się i pieniła, potem oderwała się od ziemi, ale nie dostrzegliśmy niczego w jej wielkiej, chyba dwumetrowej gardzieli. Następnie płatek znowu połączył się z kielichem. Na śniegu zostało tylko wgłębienie – ślad człowieka, który leżał tu przed chwilą.

Ciągle filmowałem obawiając się, że mogę przegapić ostatnią metamorfozę. Metamorfoza ta już się rozpoczynała. Teraz oderwał się od ziemi cały kwiat, unosząc się odchylał płatki ku górze. Ten rozpływający się w powietrzu dzwon również był pusty, widzieliśmy wyraźnie jego różowiejące już wnętrze – nic w nim nie było. Za chwilę przekształci się w różowy obłok i skryje się za prawdziwymi chmurami. Na ziemi zaś pozostanie tylko jeden samolot i tylko jeden lotnik. Tak się też stało.

Ziernow i Martin stali w milczeniu, wstrząśnięci podobnie jak ja, który wszystko to przeżyłem już rano. Martina zaś wprawiała w rozpacz sama myśl o tym, że to, co widział, było jedynie płodem jego rozstrojonej wyobraźni.

– Więc kogo ja zabiłem? – zapytał.

– Możemy uznać, że nikogo – powiedział Ziernow.

– Ale przecież to był człowiek, żywy człowiek – powtarzał Martin.

– Jest pan tego zupełnie pewien? – zapytał Ziernow.

Martin stropił się.

– Nie wiem…

– No właśnie. Ja bym powiedział – czasowo żywy. Powołała go do życia i unicestwiła ta sama siła.

– Ale po co? – zapytałem ostrożnie. Odpowiedział mi z niespotykanym u niego rozdrażnieniem:

– Myślicie; że wiem więcej niż wy? Kiedy wywołacie film, obejrzymy go sobie i pomyślimy.

I ruszył, nie prosząc nawet, abyśmy szli za nim. Ja i Martin popatrzyliśmy na siebie i poszliśmy także.

– Jak masz na imię? – zapytał Martin z bezpośredniością rówieśnika, ujmując mnie pod łokieć.

– Jurij.

– Juri. Juri – powtórzył. – Będę pamiętał. A ja jestem Don.

– Myślisz, że to jest żywe?

– Powinieneś to wiedzieć lepiej ode mnie. To przecież ty chciałeś pobrać próbkę, Martin. Roześmiał się.

– Nikomu bym nie radził tego robić. Ciekawe, dlaczego nie pożarł mnie wtedy? Połknął – i wypluł.

– Widocznie mu nie smakowałeś.

– Ale jego pożarł.

– Nie wiem – powiedziałem.

– Przecież sam widziałeś.

– Widziałem, że go okrył, ale nie widziałem, żeby pożerał. Może raczej rozpuścił albo zamienił w parę…

– Jaka to by musiała być temperatura!

– A mierzyłeś tę temperaturę?

Martin aż przystanął, porażony domysłem.

– Temperatura, w której roztopiłby się taki samolot? I to w ciągu trzech minut? Superodporne duraluminium?

– Jesteś pewien, że to było duraluminium a nie powietrze?

Nie zrozumiał, ja nie wyjaśniałem. Szliśmy już w milczeniu aż do samego namiotu. Tutaj także coś musiało zajść – uderzyła mnie dziwna poza Tolka, który skulił się na skrzynce brykietów i głośno szczękał zębami, ni to z zimna, ni to ze strachu.

– Co wam się stało, Diaczuk? – zapytał Ziernow. – Zimno wam?

Tolek nie odpowiedział, tylko jak zahipnotyzowany przykucnął przy drzwiczkach pieca.

– Troszeczkę wariujemy – oświadczył ze swojego futrzanego schowka Wano. Jego oczy były bystre i wesołe.

– My także mieliśmy gości – dodał i mrugnął, ruchem głowy wskazując Tolka.

– Ja nie miałem żadnych gości! Mów za siebie! – pisnął Tolek i odwrócił się do nas. Twarz miał wykrzywioną, wydawało się, że jeszcze chwila i zacznie płakać.

Wano pokręcił palcem koło skroni.

– Kolega się troszkę zdenerwował. Czego się krzywisz, przecież nic nie mówię. Będziesz chciał, to sam opowiesz – powiedział do Tolka i odwrócił się. – Ja się też odrobinkę zaniepokoiłem, kiedy cię zobaczyłem w dwóch egzemplarzach, Tolek. Nie mogłem na to patrzeć. Strach mnie zdjął, to było nie do zniesienia. Pociągnąłem spirytusu, przykryłem się kurtką, leżę. Chcę zasnąć – nie mogę. Niby śpię, niby nie śpię, ale coś mi się śni. Długi sen, śmieszny i straszny zarazem. Jak gdybym jadł jakiś kisiel, bardzo ciemny, nie czerwony, ale fioletowy, tyle go, że zalewa mnie całego, jeszcze chwila i zaleje mi usta, zachłysnę się nim. Nie pamiętam, jak długo to trwało. A skoro tylko otworzyłem oczy, zobaczyłem, że wszystko jest po dawnemu, zimno, namiot pusty, was nie ma. I nagle wchodzi on. Widzę jak w lustrze – to jestem ja! Ja we własnej osobie, tyle że bez kurtki i w samych skarpetkach.

Martin, choć nie rozumiał, to słuchał z taką uwagą, jak gdyby się domyślał, że mowa o czymś bardzo dlań interesującym. Zacząłem więc tłumaczyć. Podczas gdy Wano opowiadał, Martin wczepił się we mnie i tylko co chwila mnie potrącał – tłumacz! Ale trudno jest tłumaczyć słowo w słowo, więc po prostu opowiedziałem mu po krotce o tym, co się przydarzyło Wano. W przeciwieństwie do nas Wano od razu zauważył różnice między sobą a swoim gościem. Już dawno wytrzeźwiał, strach minął, tylko głowa trochę bolała, a przybysz patrzył zmętniałymi, osowiałymi oczyma. „Daj spokój z tymi figlami – krzyknął po gruzińsku – nie boję się żadnej Królowej Śniegów, mogę ją przerobić na szaszłyk!” Najzabawniejsze, że Wano pomyślał coś takiego, w tych samych słowach wtedy, kiedy Ziernow i Tolek poszli po mnie. Gdyby wtedy miał kogoś pod ręką, bez wątpienia wdałby się z nim w bójkę. Teraz przybysz zaatakował. Ale oprzytomniały już Wano chwycił kurtkę i wybiegł z namiotu zorientowawszy się od razu, że należy trzymać się jak najdalej od takiego gościa. Wano nie pomyślał nawet o tym, że pojawienie się owego gościa urągało wszelkim znanym mu prawom natury. Wano chciał mieć swobodę manewru, kiedy zacznie się nieunikniona batalia. Sobowtór już go doganiał, w dłoni sobowtóra błysnął nóż, świetny nóż myśliwski Wano, przedmiot zazdrości wszystkich kierowców w Mirnym. Oryginał tego noża Wano miał w kieszeni, ale nie pomyślał nawet, że jest w tym coś dziwnego, tylko po prostu wyciągnął nóż, kiedy zjawa zadała mu pierwszy cios. Jedynie w porę podstawiona kurtka ocaliła Wano. Czocheli cisnął tę kurtkę pod nogi prześladowcy i pobiegł w kąt, tam gdzie ściana skręcała na północ. Drugi cios noża dosięgnął go już tutaj, ale na szczęście nóż musnął Wano tylko w ramię, sweter był gruby. Trzeci cios Wano zdołał odparować, przy czym udało mu się przewrócić przeciwnika. Co było potem, nie pamiętał – zapadła wokół niego krwawa ciemność i jakaś siła przypominająca podmuch wybuchu odrzucała go na bok. Odzyskał przytomność na posłaniu w namiocie, opatulony futrami i jak najzdrowszy. Ale cuda trwały nadal. Teraz rozdwoił się Diaczuk.

Wano nie zdążył jeszcze skończyć zdania, kiedy Tolek cisnął brykietem o ziemię – dokładał akurat do ognia – i zerwał się z histerycznym wrzaskiem:

– W tej chwili przestań! Słyszysz?!

– Wariat – powiedział Wano.

– Niech ci będzie. Nie ja jeden. Wszyscyście powariowali. Wszyscy! Mnie nikt nie odwiedzał. Nikt się nie rozdwajał. To bzdury, wymysł!

– Dość tego, Diaczuk – przerwał mu Ziernow. – Zachowujcie się przyzwoicie. Jesteście pracownikiem naukowym a nie klownem w cyrku. Nie należało tu przyjeżdżać, skoro nerwy macie nie w porządku.

– A właśnie że stąd wyjadę! – odgryzł się Tolek, ale już spokojniej, reakcja Ziernowa trochę go otrzeźwiła. – Nie jestem Scottem ani Amundsenem, dość mam tego obłędu.

– Co lnu się stało? – szepnął do mnie Martin.

Wyjaśniłem.

– Gdybym miał benzynę, zwiałbym stąd natychmiast – powiedział. – Za dużo cudów jak na mój gust.