"Jeźdźcy z nikąd" - читать интересную книгу автора (Abramow Aleksander, Abramow Siergiej)KTOŚ CZY COŚ?I odpowiedziano mi: – Najważniejsze, że żyjecie, Anochin. Prawdę mówiąc byłem przygotowany na najgorsze. Podniosłem głowę. Stali przede mną Ziernow i Tolek. Mówił Ziernow, Tolek przestępował z nogi na nogę na nartach i machał kijkami. Jak zawsze gruby i kudłaty stracił teraz, jak się zdawało, cały swój ironiczny sceptycyzm, był wesoły i podniecony jak dziecko. – Skądżeście się wzięli? – zapytałem. Byłem tak wyczerpany i znużony, że nie miałem nawet dość sił, by się uśmiechnąć. Tolek zaterkotał: – Jesteśmy tu bliziutko. No, jakieś półtora kilometra, najwyżej dwa. Rozbiliśmy namiot… – Poczekajcie, Diaczuk – przerwał mu Ziernow – o tym zdążycie jeszcze powiedzieć. Jak się czujecie, Anochin? Jakżeście się stamtąd wydostali? Dawno? – Tyle pytań naraz – powiedziałem. Z trudem poruszałem językiem, jak gdybym był pijany. – Zaraz, po kolei… Czy dawno się wydostałem? Nie wiem. Jak się wydostałem? Tego także nie wiem. Jak się czuję? W ogóle to dość normalnie. Żadnych kontuzji, niczego sobie nie połamałem. – A moralnie? Uśmiechnąłem się wreszcie, ale musiał to być jakiś kwaśny i nieszczery uśmiech, bo Ziernow natychmiast zapytał znowu: – Czyżbyście sądzili, żeśmy was tu porzucili na pastwę losu? – Ani przez chwilę tak nie myślałem – powiedziałem – ale przeżyłem tu dziwne rzeczy. – Widzę – Ziernow obejrzał naszą nieszczęsną „Charkowiankę”. – Okazało się, że to mocna sztuka. Tylko maleńkie wgięcia. Kto was wyciągnął? – Nie mam pojęcia – powiedziałem. – Ocknąłem się już tu, na równinie. – Borysie Arkadiewiczu! – zawołał nagle Tolek. – Jest tylko jeden pojazd. A zatem drugi już odjechał. Mówiłem przecież – amfibia śnieżna albo traktor. Zaczepili stalową linę i rrraz, dwa – hopla! – Wyciągnęli i odjechali? – powątpiewał Ziernow. – Nie zabierając z sobą Anochina, nie udzielając mu pomocy? Dziwne, bardzo dziwne. – Może nie mogli się go docucić? Albo może byli przekonani, że nie żyje? Może zresztą jeszcze wrócą, ich obozowisko jest z pewnością gdzieś tutaj w pobliżu. Miałem dosyć tego fantazjowania Diaczuka. – Przymknij się, jasnowidzu! – skrzywiłem się. – Nawet dziesięć traktorów nie dałoby tu rady. Lin także nie było. A ta druga amfibia wcale nie odjechała, tylko zniknęła. – A więc jednak była druga amfibia? – zapytał Ziernow. – Była. – Co to znaczy: „zniknęła”? Uległa zniszczeniu? – W pewnym sensie. W dwóch słowach nie da się tego opowiedzieć. To był sobowtór naszej „Charkowianki”. Nie, nie identyczny egzemplarz z tej samej serii, tylko sobowtór. Zjawa. Widmo. Ale widmo realne, materialne. Ziernow słuchał uważnie, z zainteresowaniem. Jego oczy nie mówiły bynajmniej: wariat, obłąkany, trzeba cię dostarczyć do czubków! Za to Diaczuk najwyraźniej nie skąpił mi w myślach stosownych epitetów, na głos zaś powiedział: – Ty to zupełnie jak Wano. Obu wam nie wiadomo co się zwiduje. Przybiegł, rozumiesz, i krzyczy: „Tam są dwie amfibie i dwóch Anochinów!” I zęby mu dzwonią. – Ty byś w takim wypadku zmykał szybciej niż zając! – przerwałem mu. – Nic się nikomu nie zwidywało. Były dwie „Charkowianki” i dwóch Anochinów. Tolek otworzył usta, ale nic nie powiedział, tylko popatrzył na Ziernowa, ten jednak nie wiedzieć czemu odwrócił wzrok. Zamiast odpowiedzieć wskazał ruchem głowy znajdujące się za moimi plecami drzwi i zapytał: – Tam – wszystko w porządku? – Chyba tak, choć nie sprawdzałem dokładnie – odpowiedziałem. – W takim razie zróbmy sobie śniadanie. Nie macie nic przeciwko temu? Już od dawna nic przecież nie jedliśmy. Zrozumiałem psychologiczny manewr Ziernowa – chciał mnie uspokoić, byłem okropnie zdenerwowany, chciał stworzyć odpowiednie sprzyjające warunki do rozmowy. Przy stole, kiedy pochłanialiśmy z apetytem paskudny omlet sporządzony przez Tolka, kierownik wyprawy pierwszy opowiedział o tym, co zaszło bezpośrednio po katastrofie na równinie. Kiedy nasza amfibia śnieżna przebiwszy zdradziecką skorupę zamarzniętego śniegu zwaliła się w szczelinę i utknęła w niej na stosunkowo niewielkiej głębokości zaklinowana pomiędzy ścianami lodowego wąwozu to, choć uderzenie było bardzo silne, ucierpiało jedynie szkło czołowego iluminatora. W kabinie nie zgasło nawet światło. Tylko ja i Diaczuk straciliśmy przytomność. Ziernow i Czocheli utrzymali się na swoich miejscach, wymigali się kilkoma tylko zadrapaniami i zaczęli przede wszystkim cucić mnie i Tolka. Diaczuk ocknął się od razu, miał tylko zawrót głowy i nogi jak z waty. „Niewielki wstrząs mózgu – powiedział – to minie. Zobaczmy lepiej, co z Anochinem”. Odezwał się w nim lekarz. Podprowadzili go i we trójkę starali się przywrócić mi przytomność. Ale ani amoniak, ani sztuczne oddychanie nie pomagały. „Moim zdaniem to jest szok” – powiedział Tolek. Wano, który zdążył już przez górny luk wyjść na dach amfibii, zakomunikował, że będziemy mogli bez trudu wydostać się z tej szczeliny. Ale Tolek zaprotestował przeciwko wynoszeniu mnie z kabiny: „Teraz trzeba uważać, żeby się nie przeziębił. Moim zdaniem szok przechodzi już w sen, a sen wzmocni hamowanie pozakresowe”. Powiedziawszy to Tolek o mało co nie zwalił się na ziemię, ponieważ znowu stracił przytomność, więc ewakuowanie pojazdu postanowiono zacząć właśnie od niego, mnie pozostawiając na razie w kabinie. Zabrali narty, sanki, namiot, piecyk przenośny i brykiety, latarki i część zapasów żywności. Chociaż amfibia utknęła na dobre i nie było obaw o to, że osunie się głębiej, nikt jednak nie miał ochoty pozostawać nad przepaścią. Ziernow przypomniał sobie wgłębienie w ścianie lodowca przypominające naturalną grotę. Postanowili, że przeniosą najpierw Tolka, rozbiją namiot, postawią piec, a potem wrócą po mnie. Dosłownie w pół godziny później byli już w grocie. Ziernow z Totkiem, który tymczasem poczuł się już zupełnie dobrze, zostali, aby rozbić namiot, Wano zaś z pustymi sankami wrócił po mnie. Właśnie wtedy stało się to, co uznali za przejściowe osłabienie władz umysłowych Wano. Nie minęła godzina, a Wano przybiegł z powrotem z obłędem w oczach, rozdygotany i nieprzytomny ze zdenerwowania. Amfibia, jak twierdził, nie znajduje się już w szczelinie, ale na polu lodowym, a obok niej stoi druga, identyczna, ł ta druga ma tak samo wgniecione szkło czołowe. I w każdej z tych dwóch amfibii Wano znalazł w kabinie mnie, leżącego na podłodze i nieprzytomnego. Wówczas wrzasnął z przerażenia, był bowiem pewien, że oszalał, i pobiegł z powrotem, a kiedy dobiegł do towarzyszy, wychylił duszkiem pełną szklankę spirytusu i kategorycznie odmówił ponownej wyprawy. Poszedł po mnie zatem Ziernow z Totkiem. Opowiedziałem im w zamian swoją historię. Słuchali mnie bez niedowierzania, chciwie, tak jak dzieci słuchają bajki, na twarzy żadnego z nich nie zauważyłem ani śladu sceptycznego uśmiechu, tylko Diaczuk co chwila podskakiwał niecierpliwie i mruczał: „gadanie…” a oczy ich obu błyszczały tak, że kusiło mnie, by doradzić im powtórzenie doświadczenia Warno ze szklanką spirytusu. Ale kiedy skończyłem, obaj długo milczeli, woleli najwidoczniej, abym ja sam im to wszystko wyjaśnił. Ja jednak milczałem. – Nie gniewaj się, Jurek – powiedział wreszcie Diaczuk i zaczął mamrotać: – Czytałem pamiętnik Scotta czy coś w tym rodzaju, dokładnie już nie pamiętam. Z grubsza rzecz ujmując – samohipnoza. Halucynacje śniegowe. Białe sny. – Wano także miał to? – zapytał Ziernow. – Oczywiście. Ja, jako medyk… – Co z ciebie za medyk – przerwał mu Ziernow – dajmy temu spokój. Jest tu zbyt dużo niewiadomych, by tak od razu móc rozwiązać to równanie. Zacznijmy od pierwszej niewiadomej. Kto wyciągnął amfibię? Z głębokości sześciu metrów, w dodatku ściśniętą w takim imadle, jakiego próżno by szukać w fabrykach… Nawiasem mówiąc ten drobiazg waży trzydzieści pięć ton. I czym ją wyciągnięto? Na linach? Bzdura! Stalowe liny musiałyby pozostawić ślady na obudowie. A gdzież te ślady? Wstał i milcząc przeszedł do swojej kabiny nawigacyjnej. – Ale przecież to bzdury, Borysie Arkadiewiczu! – zawołał w ślad za nim Tolek. Ziernow odwrócił się. – Co macie na myśli? – Jak to co? Przygody Anochina. Nowy baron Munchhausen. Sobowtóry, obłoki, kwiat-wampir, tajemnicze zniknięcie. – Wydaje mi się, Anochin, że trzymaliście w ręku kamerę, kiedyśmy tu podchodzili – powiedział Ziernow. – Czy filmowaliście coś? – Wszystko – powiedziałem. – Obłok, zniknięcie „Charkowianki”, sobowtóra. Mam z dziesięć minut filmu. Tolek mrugał, ciągle jeszcze gotów wznowić spór. Nie zamierzał się poddać. – Zaraz to zobaczycie – usłyszeliśmy głos Ziernowa. – Spójrzcie w iluminator. O jakie pół kilometra nad równiną płynął ku nam malinowy racuch. Niebo zasnuło się już pierzastymi białymi nićmi i na ich tle racuch ów był jeszcze mniej podobny do obłoku. Diaczuk krzyknął i podskoczył ku drzwiom, my za nim. Obłok nie zmieniając kursu przepłynął nad nami gdzieś na północ, tam gdzie skręcała lodowa ściana. „W stronę naszego namiotu” – szepnął Tolek i podszedł do mnie. – Wybacz, Jurek – powiedział i wyciągnął rękę. – Okazuje się, że cała ta sprawa jest znacznie bardziej skomplikowana… Bynajmniej nie miałem ochoty triumfować. – To w ogóle nie jest obłok – ciągnął zamyślony Tolek, snując jakąś myśl, która go zaniepokoiła. – W znaczeniu zwykłej kondensacji pary wodnej. To nie żadne kropelki ani kryształki. W każdym razie na pierwszy rzut oka. Dlaczego sunie tak nisko nad ziemią? Dlaczego ma taką dziwną barwę? Gaz? Wątpię. Nie jest to także pył. Pobrałbym próbkę, gdybyśmy mieli samolot. – Akurat, pozwoliłby ci się zbliżyć – powiedziałem, pamiętając o niewidzialnej przegrodzie i o tym, jak próbowałem ją pokonać z kamerą. – Przyciska do ziemi jak na ostrym wirażu. Myślałem, że mam magnetyczne podeszwy. – Sądzisz, że ten obłok jest żywy? – Może i żywy. – Jakaś istota? – Któż to może wiedzieć… Może i istota – przypomniałem sobie swoją rozmowę z moim sobowtórem i dodałem: – To pewne, że jest zdalnie sterowany. – W jaki sposób? – To już ty powinieneś wiedzieć. Jesteś meteorologiem. – Uważasz, że ten obłok ma coś wspólnego z meteorologią? Nie odpowiedziałem. A kiedy wróciliśmy do kabiny, Tolek powiedział nagle coś zupełnie niesłychanego: – A jeżeli są to jacyś nie znani nauce mieszkańcy pustyń lodowych? – Genialne – powiedziałem – w dodatku w stylu Conan Doyle’a. Odważni podróżnicy odkrywają nieznaną cywilizację na równinie antarktycznej. Kto będzie lordem Rockstone? Ty? – To niezbyt mądre. Wyłóż swoją hipotezę, jeżeli ją masz. Tak sprowokowany powiedziałem pierwsze lepsze, co mi przyszło do głowy: – To raczej jakieś mechanizmy cybernetyczne. – Skąd? – Z Europy oczywiście. A może z Ameryki. Ktoś je wynalazł i wypróbowuje tutaj. – A do czego służą? – Na początek mogą być używane, powiedzmy, jako ekskawatory dla wydobywania i podnoszenia ciężkich ładunków. „Charkowianka” nadawała się do eksperymentu, więc ją wyciągnęli. – Po co zatem ją zdublowano? – Możliwe, że są to nie znane nam urządzenia służące do reprodukowania dowolnych struktur atomowych, białkowych i krystalicznych. – Ale po co… po co? Nie rozumiem… – Zdolność rozumienia u ludzi cierpiących na niedorozwój móżdżka według danych Baudouina zmniejsza się o czternaście do dwudziestu trzech procent. W twoim wypadku – mniej więcej o piętnaście. Zestaw fakty i pomyśl, poczekam. Jest jeszcze jeden istotny element hipotezy. Tolek tak bardzo chciał zrozumieć wszystko jak najprędzej, że bez mrugnięcia okiem przełknął i Baudouina, i procenty. – Poddaję się – powiedział. – Jaki element? – Sobowtóry – oświadczyłem. – Byłeś na najlepszej drodze do poznania prawdy, kiedy wspomniałeś o samohipnozie. Ale – zaledwie na drodze. Prawda leży zupełnie gdzie indziej. To nie samohipnoza tylko interwencja w opracowywanie informacji. Tak naprawdę nie było żadnych sobowtórów. Ani drugiej „Charkowianki”, ani drugiego Anochina, ani sobowtórów różnych przedmiotów, jak na przykład moja kurtka albo kamera. „Obłok” przekształcił moją psychikę, spowodował rozdwojenie postrzegania świata. A co za tym idzie rozdwojenie osobowości, ponury nastrój, złe samopoczucie. – A jednak twoja hipoteza ma jedną wadę – nie wyjaśnia ani fizykochemicznej natury tych urządzeń, ani ich bazy technicznej, ani celów, dla których zostały skonstruowane i użyte. Nazwać hipotezą te bzdury, które plotłem, można było tylko w malignie. Wymyśliłem je pośpiesznie, od ręki, byle nie dać Tolkowi ostatniego słowa, a kontynuować tę bzdurę kazał mi upór. Dla mnie samego było oczywiste, że hipoteza taka niczego nie wyjaśnia, że co najważniejsze nie udziela odpowiedzi na pytanie, dlaczego sobowtóry istniejące tylko w mojej świadomości musiały zostać fizycznie unicestwione, dlaczego w dodatku nie dopuszczono mnie do owego tajemniczego laboratorium. To, co wymyśliłem, było całkowicie uzależnione od wywołania taśmy filmowej. Jeżeli obiektyw zarejestrował wszystko, co widziałem, to moja tak zwana hipoteza nie nadawała się nawet na anegdotę. – Roztrzygnijcie nasz spór – błagał Ziernowa Tolek. – Po co? – odpowiedział Ziernow, który, jak się wydawało, w ogóle nie słuchał tego, co mówiliśmy. – Anochin ma nader bujną wyobraźnię. To bardzo cenne i dla artysty, i dla uczonego. – Anochin już wysunął hipotezę. – Każda hipoteza musi zostać sprawdzona. – Ale każda hipoteza musi być choć trochę prawdopodobna. – Słabość hipotezy Anochina – zgodził się z nim Ziernow – polega na tym, że nie tłumaczy ona sprawy lodów w naszym rejonie. Ta hipoteza nie może wyjaśnić, kto i po co usunął dziesiątki, a może nawet setki kilometrów sześciennych lodu. Sens tej wypowiedzi nie dotarł do nas, więc Ziernow, który najwidoczniej to zauważył, wyjaśnił łaskawie: – Jeszcze przed katastrofą zwracałem wam uwagę na idealnie równy uskok ściany lodowej, która nie wiedzieć skąd się wzięła i nie wiadomo jak daleko się ciągnie. Wydało mi się, że ten uskok powstał sztucznie. Pod naszymi stopami lód był także sztucznie wygładzony, już wtedy zauważyłem, jak cienka i sypka była warstwa leżącego na nim śniegu. Prześladuje mnie myśl, że o kilkadziesiąt kilometrów stąd może znajdować się taka sama, równoległa do naszej ściana lodowa. Oczywista, jest to tylko domysł. Ale jeśli ten domysł miałby się okazać słuszny, to jaka siła byłaby w stanie wyciąć i przenieść taką taflę lodu? Obłok? Powiedzmy. Nie znamy przecież jeszcze jego możliwości. Ale obłok europejskiego czy też amerykańskiego pochodzenia? – Wzruszył ramionami z niedowierzaniem – Powiedzcie mi w takim razie, Anochin, komu były potrzebne i gdzie się podziały te miliony ton lodu. – Ale czy je stąd wydobyto, Borysie Arkadiewiczu? Waszym zdaniem ten przerębel ma dwa brzegi? Na jakiej podstawie tak sądzicie? – broniłem się. – Gdzie są w takim razie przecięcia poprzeczne? Zresztą wygodniej by przecież było wyjmować tę taflę przy skośnych nacięciach. Kopać w jednym miejscu, głębiej, wykopać krater… – Oczywiście, gdyby się nie pamiętało o potrzebach komunikacji po kontynencie. A oni zapewne nie chcieli utrudniać komunikacji. Dlaczego? Za wcześnie jeszcze, żeby wyciągać wnioski, wydaje mi się wszakże, że oni nie są wrogo wobec nas usposobieni, raczej są nam życzliwi. A poza tym komuż to łatwiej byłoby wydobywać lód w ten a nie inny sposób? Mnie, wam? My postawilibyśmy bariery ochronne, wywiesilibyśmy tabliczki ze strzałkami, nadalibyśmy komunikat radiowy? A może oni nie mogli albo nie umieli tego zrobić? – „Oni” to znaczy kto? – Nie konstruuję hipotez – oschle powiedział Ziernow. |
||
|
© 2026 Библиотека RealLib.org
(support [a t] reallib.org) |