"Jeźdźcy z nikąd" - читать интересную книгу автора (Abramow Aleksander, Abramow Siergiej)

CZĘŚĆ DRUGA. „Stworzenie świata”

SAMOLOT-WIDMO

W Moskwie miałem pecha – przetrzymać surową zimę antarktyczną, nie kichnąć ani razu przy sześćdziesięciostopniowym mrozie i przeziębić się wśród jesiennych moskiewskich mżawek, kiedy nawet w nocy granatowy słupek w zaokiennym termometrze nie opadał poniżej zera! Co prawda medycyna obiecała mi, że w najbliższy wtorek będę już zupełnie zdrów, ale w niedzielę rano leżałem jeszcze z kataplazmem na plecach i nie mogłem nawet zejść do skrzynki po gazety. Gazety zresztą przyniósł mi Tolek Diaczuk. Szczerze ucieszyłem się, że przyszedł, choć po przyjeździe z Mirnego od razu wrócił do swego Instytutu Prognoz, do swoich map wiatrów i cyklonów i nie brał udziału w całej naszej krzątaninie związanej ze sprawą różowych obłoków. Tolek usadowił się w fotelu pod oknem i akompaniując sobie na gitarze mruczał jakąś własną kompozycję.

– Podoba ci się? – zapytał wreszcie.

– Co? – nie zrozumiałem.

– Jak to – co? Piosenka, oczywiście.

– Jaka piosenka? – ciągle jeszcze go nie rozumiałem.

– A więc nie słuchałeś? – westchnął. – Od razu tak sobie pomyślałem. Nie szkodzi, powtórzę.

I zaśpiewał przeciągłym recitativem, jakim zwykły śpiewać pozbawione głosu piosenkarki, które nigdy nie rozstają się z mikrofonem. Któż mógł wtedy przypuszczać, jak godny pozazdroszczenia los oczekuje ów utwór Diaczuka!


To mit czy sen, czy jawa?

Przypatrzcie się, nim znikną.

To jeźdźcy znikąd jadą,

nieznani jeźdźcy znikąd.

W oczekiwaniu cudu

zamarła stara Ziemia -

krok jeźdźców znikąd dudni

i cały świat oniemiał.

To jeźdźcy znikąd jadą

niechybnie, nieustannie…

I Hamlet znowu zada

odwieczne swe pytanie:

To ludzie, czy bogowie?

Czy może zjawa zwykła?

Lecz któż się tego dowie

i kto z nas to rozwikła?


Zrobił pauzę, a potem ciągnął nieco uroczyściej:


Kto ich rozpoznać zdoła?

Kto zdoła ich zrozumieć?

Niepoznawalni zgoła,

zmieszani z nami w tłumie…

To jeźdźcy znikąd jadą -

różowo śnieg się pali -

i długą kawalkadą

znikają w mroźnej dali…


Westchnął i popatrzył na mnie. Oczekiwał na wyrok.

– Nieźle – powiedziałem. – Da się zaśpiewać. Lecz skąd u mołojca ten smutek hiszpański? Skąd ten pesymizm? Cóż to, żałujesz im lodu? Zdejm mi lepiej te kataplazmy i tak już ich nie czuję.

Tolek zdarł z moich umęczonych pleców suche już kataplazmy i powiedział:

– Nawiasem mówiąc widziano je również w Arktyce.

– Kataplazmy?

– To wcale nie jest śmieszne.

– Pewnie, może nawet straszne?

– Może nawet straszne. Na Grenlandii także tną lód. Były komunikaty.

– No to co? Będzie cieplej.

– A jeżeli zabiorą z Ziemi cały lód? Z Arktyki, z Antarktydy, z gór i z oceanów?

– Ty się na tym lepiej znasz, jesteś przecież klimatologiem. Na Morzu Białym będziemy łowili sardynki, a na Grenlandii zasadzimy pomarańcze.

– Teoretycznie – westchnął. – Któż może wiedzieć, jakie będą praktyczne konsekwencje tego? Nikt. Zresztą nie chodzi o lodowce. Przeczytaj sobie lepiej przemówienie Thompsona. TASS podał je in extenso. – Wskazał plik gazet. – Twardy staruch. Dużo krwi nam napsuje – dodał. – Zresztą nie tylko mam. Nawiasem mówiąc wykorzystał naszą nazwę. Z raportu Lisowskiego: Horsemen from nowhere.

– Jeźdźcy znikąd. Ale to przecież ty wymyśliłeś? – przypomniałem sobie.

– Ale kto to spopularyzował?

Specjalny korespondent „Izwiestii” Lisowski, który razem z nami wrócił z Mirnego, był autorem artykułu o różowych obłokach, który obiegł całą prasę światową. Lisowski tak właśnie zatytułował swój artykuł: „Jeźdźcy znikąd”. Natomiast samą tę nazwę wymyślił rzeczywiście Tolek. To on, zobaczywszy ich z okna samolotu, zawołał: „Jeźdźcy, jak Boga kocham, jeźdźcy!”. „Ale skąd?” – zapytał ktoś. „A bo ja wiem? Znikąd”. A Lisowski natychmiast głośno powtórzył: „Jeźdźcy znikąd. Niezłe na tytuł”.

Nasz pasażerski odrzutowiec leciał wtedy z lodowego lotniska w Mirnym ku wybrzeżom Afryki Południowej. Lecieli nim wracający z zimowiska uczeni, a także kilku dziennikarzy. Mówiono oczywista o różowych obłokach, ale nie była to poważna rozmowa, raczej żartowano – słowem, była to taka sobie zwykła gadanina dla zabicia czasu.

Wygięte na kształt bumerangów różowe obłoki ukazały się nieoczekiwanie na tle białych strzępków wysokich chmur, cwałowały po tych chmurach i niknęły w nich niczym jeźdźcy w stepowych burzanach. Zresztą można je było porównać do czego, kto chciał – w oka mgnieniu zmieniały kształt. Sześć czy siedem z nich ruszyło w naszym kierunku, rozpłynęło się w różowe naleśniki, pociemniało i owinęło samolot niczym nieprzenikniony purpurowy kokon. Trzeba przyznać naszemu pilotowi, że ani drgnął na ten widok i prowadził nadal samolot, jak gdyby nic się nie stało – skoro jesteśmy wewnątrz kokonu, to polecimy dalej w kokonie!

Złowieszcza cisza zapadła w kabinie. Wszyscy czegoś oczekiwali, spoglądali na siebie lękliwie, nikt się nie odzywał. Czerwona mgła przesączała się już przez kadłub samolotu. Nikt nie mógł zrozumieć, jak to się dzieje. Wydawało się, że nie ma dla tej mgły żadnych materialnych przeszkód, albo też może ona sama jest niematerialna, jest tylko iluzją, istnieje tylko w naszej świadomości. Mgła ta wkrótce wypełniła całą kabinę, dziwny purpurowy półmrok okrył pasażerów siedzących przede mną i za mną. „Rozumiecie coś z tego?” – zapytał mnie Lisowski, który siedział obok mnie, po drugiej stronie przejścia. „Czy nie odnosicie wrażenia, że ktoś zagląda do waszego mózgu, patrzy przez was na wylot?” – odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Przez chwilę milczał, zastanawiał się zapewne, czy aby nie zwariowałem ze strachu, a potem zacinając się zaczął mówić:

„N-nie, nie mam takiego wrażenia, a dlaczego o to pytacie?” „To po prostu mgła, wrażenia nic tu nie mają do rzeczy” – powiedział ktoś obok nas. Ja także nie odniosłem takiego wrażenia. To, co się działo w samolocie, ani trochę nie przypominało tego, co się zdarzyło w amfibii czy w namiocie. Wówczas czułem, że ktoś czy coś przegląda mnie niejako, nieodczuwalnie obmacuje, jak gdyby badał strukturę cząsteczkową mego ciała, jak gdyby liczył każdą z tych cząsteczek. Teraz nie miałem takiego wrażenia. Otaczała mnie po prostu rozsnuta po całej kabinie mgła, coś jak podbarwione karminem powietrze, nieprzejrzysta jak mętna woda w bańce, ani ciepła, ani zimna, nie drażniąca oczu ani nozdrzy, nieodczuwalna. Opływała mnie nie dotykając mojej skóry i powoli tajała czy też wyparowywała. Niebawem mogłem już dojrzeć własne ręce, ubranie, obicia foteli i siedzących koło mnie pasażerów. Z tyłu dobiegło mnie czyjeś pytanie: „Jak długo to trwało? Nie patrzyliście na zegarek?”. I odpowiedź: „Nie, nie spojrzałem, nie wiem”. Ja także nie wiedziałem, może trwało to trzy minuty, może dziesięć.

I właśnie wtedy zobaczyliśmy coś znacznie straszniejszego. Spróbujcie zmrużyć oczy, mocno zaciskając powieki – wyda się wam, że przedmiot, na który patrzycie, zaczyna się rozdwajać – wygląda to tak, jak gdyby oddzielała się odeń jego kopia, kopia ta odpływa gdzieś na bok. Coś takiego właśnie stało się z całym wnętrzem samolotu, ze wszystkim, co się znajdowało w naszym polu widzenia. Widziałem jak najwyraźniej – a potem miałem się dowiedzieć, że to samo widzieli wszyscy – jak od naszej kabiny wraz ze wszystkim, co zawierała, oddzielił się jej duplikat z podłogą, oknami, fotelami i pasażerami, oddzielił się, uniósł się na jakie pół metra i odpłynął w bok. Zobaczyłem siebie samego, trzymającego gitarę Tolka, Lisowskiego, widziałem, jak Lisowski próbował uchwycić swoją odpływającą kopię, ale uchwycił tylko powietrze, zobaczyłem już nie wnętrze naszej kabiny, tylko zewnętrzną ścianę samolotu, widziałem, jak ta ściana przeniknęła przez ścianę rzeczywistą, jak podążyło potem za nią skrzydło przechodzące przez nas niczym gigantyczny cień samolotu i jak wszystko zniknęło, jak gdyby rozpłynęło się w powietrzu. A jednak nie zniknęło, nie rozpłynęło się. Rzuciliśmy się do okien i zobaczyliśmy taki sam samolot jak nasz; leciał obok naszego, był wierną kopią naszego i nie był bynajmniej iluzją, czego dowiódł bystrzejszy od pozostałych Lisowski, który mimo wszystko zdążył zrobić zdjęcie. Na tym publikowanym wszędzie zdjęciu był duplikat naszego odrzutowca sfotografowany w locie z odległości dziesięciu metrów.

Niestety, to co zaszło później, nie zostało przez nikogo sfotografowane – nie zdążyliśmy. Wszystko stało się i skończyło błyskawicznie. Samolot-sobowtór znalazł się nagle w znanym nam malinowym kokonie kokon wyprężył się, spurpurowiał, potem znowu zrobił się fioletowy, roztajał. Nie zostało nic – nie było ani samolotu, ani kokonu.

Pamiętam, że z kabiny pilotów wyszedł pierwszy pilot i nieśmiało zapytał: „Czy może ktoś z towarzyszy byłby w stanie wyjaśnić nam, co się stało?”. Nikt się nie odezwał, pierwszy pilot odczekał chwilę, a potem z uśmiechem, który nie miał być dla nas komplementem powiedział: „Cóż to, towarzysze uczeni? Jakiś nie dający się wyjaśnić fenomen? Cud? Cudów przecież nie ma”. „Okazuje się, że się zdarzają” – odpowiedział mu ktoś. Wszyscy się roześmiali. A wtedy Lisowski zapytał: „Może towarzysz Ziernow nam to wyjaśni?” „Nie jestem bogiem ani wyrocznią delficką” – burknął w odpowiedzi Ziernow. „Czy mogę tak napisać?” – zjadliwie zapytał Lisowski. „Możecie tak napisać” – uciął Ziernow i zamilkł.

Zaczął ze mną o tym rozmawiać po wylądowaniu w Karaczi, kiedy obu nam udało się przedrzeć przez tłum dziennikarzy, którzy wylegli na powitanie samolotu – okazało się, że nasz radiotelegrafista jeszcze z powietrza nadał depeszę o tym, co zaszło. Podczas gdy dziennikarze uzbrojeni w aparaty fotograficzne i kamery filmowe obiegli załogę samolotu, ja i Ziernow zdołaliśmy się niepostrzeżenie przemknąć do bufetu i z rozkoszą zamówiliśmy coś zimnego. Pamiętam, że o coś Ziernowa zapytałem. Nie odpowiedział mi. Potem, jak gdyby odpowiadając nie na moje pytanie, ale na jakieś prześladujące go myśli, powiedział:

– Inna metoda modelowania. Zupełnie inna.

– Mówicie o „jeźdźcach”? – zapytałem.

– A więc jest już nazwa – uśmiechnął się. – To się przyjmie. Zobaczycie, przyjmie się, i u nas, i na Zachodzie. A modelowano tym razem zupełnie inaczej – dodał.

Nie zrozumiałem.

– Samolot?

– Nie sądzę. Samolot z pewnością wymodelowali całkowicie. Także tym sposobem. Najpierw iluzorycznie, potem materialnie. Skopiowali dokładnie całą strukturę atomową. Ale ludzi modelowali inaczej. Tylko formę zewnętrzną, atrapę, funkcję pasażera. Co robi pasażer? Siedzi w fotelu, wygląda przez okno, pije wodę mineralną, przegląda książkę. Wątpię, czy odtwarzano całe skomplikowane życie psychiczne człowieka. To nie było im potrzebne. Potrzebny im był ożywiony, działający model samolotu z ożywionymi, działającymi pasażerami. Jest to zresztą tylko domysł.

– Po cóż więc mieliby niszczyć taki model?

– A po co niszczą sobowtóry? – zapytał w odpowiedzi. – Pamiętacie pożegnanie z moim bliźniakiem? Dotąd nie mogę tego zapomnieć.

Zamilkł i nie odpowiadał już na moje pytania. Dopiero kiedy wyszliśmy z restauracji i minęliśmy Lisowskiego otoczonego przez co najmniej dziesiątek korespondentów zagranicznych, Ziernow roześmiał się i powiedział:

– Z pewnością opowie im o „jeźdźcach”. A oni to podchwycą. Skojarzą z Apokalipsą. Będzie i koń biały, i koń wrony, i jeźdźcy na nich siedzący, śmierć niosący – wszystko to z pewnością będzie.

Przewidywania Ziernowa sprawdziły się co do joty. O mało nie podskoczyłem na łóżku, kiedy wraz z depeszami donoszącymi o pojawieniu się różowych obłoków na Alasce i w Himalajach, Diaczuk przeczytał mi tłumaczenie artykułu admirała Thompsona wydrukowanego w jakiejś nowojorskiej gazecie. Terminologia, wyśmiana przez Ziernowa, była właśnie terminologią, którą posługiwał się admirał.

„Ktoś nazwał je trafnie jeźdźcami – pisał admirał – a jednak nie trafił w dziesiątkę. Nie są to zwykli jeźdźcy. To Jeźdźcy Apokalipsy. Nie przypadkiem używam tego porównania. Zacytujmy słowa proroka:»… a oto koń płowy, a tego, który siedzi na nim, imię jest śmierć, a piekło szło za nim; i dana im jest moc nad czwartą częścią ziemi, aby zabijali mieczem i głodem, i morem«. Amerykanie zrozumieją, dlaczego uciekam się do terminologii, która naturalniej zabrzmiałaby w ustach kardynała kościoła rzymskokatolickiego niż w ustach emerytowanego oficera marynarki wojennej. Muszę tak postąpić, zbyt beztrosko bowiem ludzkość odnosi się do swoich nieproszonych gości”. Admirała nie interesowało to, skąd się ci goście zjawili, z Syriusza czy może z Alfa Centaur!. Nie był także zaniepokojony eksportowaniem w kosmos ziemskich lodowców. Interesowało go pojawianie się i znikanie sobowtórów. Już w Mirnym powątpiewał, czy aby na pewno znikają sobowtóry a nie ludzie. Teraz, w artykule, z przekonaniem, a nawet dość agresywnie dowodził słuszności tej swojej tezy.

Godny uwagi był nie tylko sens tego artykułu, ale i ton, w którym artykuł był utrzymany, ton panikarski i krzykliwy. Ludzi przyzwyczajonych do przyjmowania na wiarę wszelkich reklamowych bredni artykuł tego z pewnością niegłupiego, ale najwyraźniej z góry uprzedzonego człowieka, mógł doprawdy poważnie przestraszyć.

Kiedy podzieliłem się tymi myślami z Tolkiem, ten powiedział:

– Artykuł admirała to drobiazg. Zarysowuje się nowy problem. Zawsze dotąd, kiedy uczeni albo fantaści pisali o prawdopodobieństwie spotkania w kosmosie z innymi istotami myślącymi, interesowało ich, czy te istoty odniosą się do ludzi przyjaźnie czy też wrogo. Nikt jednak nie zastanawiał się nad problemem wrogiego stosunku ludzi do takich istot rozumnych. A przecież w tym właśnie tkwi problem.

No cóż, było nad czym pomyśleć.

Tolek mówił czasami bardzo roztropnie. Przypomniałem sobie, że na posiedzeniu Akademii Nauk również poruszono ten problem,